Jazda szósta

Zdarza mi się „strzelać ze sprzęgła” – mina instruktora jest wtedy – bezcenna! Szczególnie, że często ruszam, jak gdyby nigdy nic, a przychodzi taki moment że zdławię silnik, prawie jak blondynka ;-). Żadne rady nie pomagają, po prostu: wychodzi, wychodzi, a nagle jeb!

No to w ramach treningu musiałam ruszać kilkanaście razy pod rząd i myślicie, że pomogło? No tak! Ale… do kolejnych zajęć ;-).

Instruktor Waldek ustawił mi ciaśniejszy slalom do pokonania i zaprezentował, jak go przejeżdżać. Wychodzi mi trochę „połamany” ten slalom, ale pracuje nad jego płynnością.

Generalnie zdałam sobie sprawę, że nie nauczę się jeździć w 20 godzin. Tylko tyle godzin na motocyklu, nie uchroni mnie przed podstawowymi błędami na egzaminie, a co dopiero na drodze – gdzie miejsca na błędy nie ma! Wzmogłam, więc swoje starania dotyczące zakupu własnego motocykla do treningów. Trzymajcie kciuki!

Zakup motocykla – krok pierwszy!

Żeby kupić motocykl wypadało by, mieć na to środki finansowe. Idealnie by było, żeby je mieć po prostu na koncie. Więc, patrzę na to swoje konto – a tam nie za ciekawie (ale do końca miesiąca może styknie :-)).

Nie pozostało mi nic innego, jak skorzystać ze swojej (niedawno odzyskanej) zdolności kredytowej. Udałam się więc do mojego banku pozałatwiać formalności – jest ich na szczęście o wiele mniej, niż kilka lat temu.

Złożyłam ostatnie podpisy, a że atmosfera była sympatyczna, to pani Ania spytała mnie, czy czeka mnie teraz udany urlop? Ja na to: – „że urlop w tropikach to nie, ale za to jaka frajda – bo za kredyt kupie motocykl!”

No i rozmowa się rozkręciła, bo okazało się, że mąż pani Ani jeździ ścigaczem, ale ona sama jeszcze się nie odważyła. Po chwili do rozmowy dołączyła jeszcze druga pani, która jeździ motocyklem! Razem z mężem preferują off-road i być może spotkamy się jeszcze, gdzieś na bezdrożach?? Tymczasem obiecałam, że jak będę już prawdziwą motocyklistką – to przyjadę pokazać swój pierwszy motocykl…

Hasło „motocykle są wszędzie” jest równoznaczne z tym, że motocykliści/stki są wszędzie, nawet w banku! 😉

Jazda piąta

Pierwszy raz umówiłam się na jazdy w godzinach popołudniowych i okazało się, że to będzie bardzo upalne popołudnie. A upały w mieście (bo „na zielonym” – to co innego) sprawiają, że wszystkiego mi się odechciewa! Przez niecałą godzinę tarabaniłam się autobusem i niech będzie przeklęty ten, kto zastąpił w autobusach okna rozsuwane – uchylanymi! (Najlepiej niech się smaży w piekle, jak ja w tym autobusie).

Jak dotarłam na plac (z rozgrzanego asfaltu), to już miałam zerową motywację. A jak wiadomo – nastawienie to podstawa! No i się zaczęło… Ósemka znowu była trudna, gaz się ślizgał w spoconych dłoniach (a rękawice w domu lezą!), czarny kask też nieźle grzał. Odpuścilismy drugą godzinę jazdy, bo byłoby to marnowanie czasu…

Jak to mówią: raz na wozie, raz pod wozem. Albo raz na motocyklu, raz … hmmm lepiej nie! 😉