Nocleg 135m pod ziemią – Kopalnia Wieliczka

W ubiegły weekend byłam na świetnej wycieczce – motocyklową paczką wyskoczyliśmy do Wieliczki, zwiedzić tamtejszą kopalnię soli i… tam przenocować. Pojechaliśmy na dwa auta, bo tak było optymalnie i wyjechaliśmy z zapasem czasowym, bo autostrady w Polsce to jednak wielka ruletka. Okazało się, że jednak niepotrzebnie, ale dzięki temu zyskaliśmy czas na tężnię, pospacerowanie po spokojnej Wieliczce i wspólny obiad.

Po godz. 15 zeszliśmy do kopalni, pieszo. Schodów było tyle, że można było się poczuć jak w zapętleniu czasu, a łydki bolały jeszcze kolejnego dnia. Poznawaliśmy historię kopalni, sposoby wydobycia, ale największe wrażenie w kopalni robią jednak wielkie sale oraz rzeźby w bryłach soli i na ścianach.

Po kolacji mogliśmy zabrać bagaże i windą zjechać pod ziemię – do miejsca naszego noclegu. Spodziewaliśmy się chłodu, jednak okazało się, że wcale nie zmarzliśmy. Miejsca noclegowe są tam takie, typowo kolonijne, posiłki zresztą też. Piętrowe łóżka z twardymi materacami, bez żadnej prywatności.

Obok była sala rekreacyjna, gdzie mogliśmy wesoło spędzić wieczór, pograć w piłkarzyki (wraz z tradycyjną wymianą koszulek haha) i ping-ponga. W nocy nie spałam za dobrze, myszka jakaś hałasowała, ktoś tam chrapał, a do tego ten twardy materac… Mimo fajnego miejsca, cieszyłam się rano, że już wracamy na ziemię.

Wracając, wyskoczyliśmy jeszcze na spacer po krakowskim Kazimierzu. Z rana było bardzo zimno, ale słońce potem się rozkręciło i pogoda była idealna do zwiedzania.

Amerykańce razy dwa

Tak się jakoś złożyło, że przez dwa weekendy w okolicy były imprezy związane z amerykańską motoryzacją. Ma ona swój klimat i dźwięk! Lubię czasem pooglądać takie perełki, szczególnie, że w wieku nastoletnim zakochana byłam w… Corvette. Najpierw pojechaliśmy na wrocławski stadion, gdzie była American Cars Mania:

Potem pojechałam z Asią, Dawidem i jego tatą na małą przejażdżkę. Asia właśnie wjeżdża się w nowy, większy motocykl na A2 – Kawasaki Er6-f. Wyskoczyliśmy do Krotoszyna, gdzie na rynku był Kroto Amcar Spot. Samochodów było bardzo dużo i ledwo się na tym rynku „upakowały”:

Jadąc na spotkanie z ekipą zauważyłam, że dużo motocykli jedzie w jedno miejsce i przypomniałam sobie, że równolegle jest jeszcze Moto Piknik w Czeszowie. Odwiedziliśmy to miejsce wracając. Motocykli było dwa razy tyle, co widziałam tam kilka lat temu. Organizator się chyba tego nie spodziewał, bo zaplecze do siedzenia i jedzenia było bardzo słabe. Nie zdecydowaliśmy się zostać, polecieliśmy dalej…

Rumunia 2021: Wesoły Cmentarz w Sapancie i powrót (7, 8, 9 dzień)

Rano śniadanko i kawa z naszej kuchenki biwakowej, a potem ruszyliśmy w trasę. Mijając Baia Mare zobaczyłam piękną kopułę, wyróżniającą się z brył miasta, więc tam chciałam podjechać. Okazało się, że to Katedra Świętej Trójcy, jeszcze w budowie (ponoć od 1992 roku). Podjechaliśmy jeszcze na ulicę z restauracjami, gdzie zjedliśmy burgera w Supreme Burger, który swoim smakiem i soczystością pobił wszystkie, jakie do tej pory jedliśmy! Droga 18 na mapie wyglądała imponująco, więc nią postanowiliśmy pojechać i ani trochę się nie zawiedliśmy! Kręta, szeroka droga, nowiutki asfalt – poezja!

Na wesoły cmentarz dotarliśmy ok. godz. 16, a były tam prawdziwe tłumy (pewnie dlatego, że już był weekend). Sam cmentarz widziałam wielokrotnie na zdjęciach, jednak na żywo to inne wrażenie. Kolorowy, bogato zdobiony kościółek, a do tego te pośmiertne historie o ludziach w obrazkach i epitafium zawarte. Ponoć opisy z lekkim sarkazmem (stąd określenie wesoły cmentarz), ale gdy próbowałam przetłumaczyć tekst translatorem, to nie do końca się to udało. Po prostu jest to pisane gwarą z tamtej okolicy. Postanowiłam zrobić zdjęcia wszystkich krzyży, gdzie pamięć o danym człowieku zobrazowana została z jakimś pojazdem mechanicznym.

Zajrzeliśmy jeszcze do Monastyru (klasztoru) Peri i chcieliśmy jechać dalej, ale się okazało, że nie ma tam bazy noclegowej za bardzo. Musieliśmy zostać w Sapancie, gdzie były noclegi do wynajęcia. Wzięliśmy pokój u babci, która nie mówiła po angielsku, ale na szczęście jest translator w telefonie. Potem poszliśmy na zakupy oraz po jakieś produkty na podarunki.

Generalnie było w tym regionie widać to przywiązanie do tradycji, szczególnie w strojach, ubieranych przez mieszkańców, którzy wybierali się na niedzielną mszę. Wszystkie kobiety, te młode i starsze, wystrojone były tak samo – szły we wzorzystych spódnicach-bombkach, koszulowych bluzkach, przepasanych szerokim pasem.

Na granicy nawet szybko nas załatwili, tylko na dowód zerkali i w drogę! Powrót do Polski poszedł nam w miarę płynnie, ale na koniec i tak musieliśmy skrócić trasę z powodu sporej burzy na trasie. Mieliśmy „deja vu”, bo znowu zadzwoniliśmy zarezerwować pokój do „pani-babci”, która nas przenocowała, jak byliśmy na granicy, na początku naszego urlopu. Kręte drogi w okolicy Iwonicz Zdroju już mnie trochę wymęczyły, bo organizm domagał się wypoczynku.

Kolejny dzień to ok. 500 km polskimi drogami do domu i to był najgorszy etap podróży. Drogi krajowe zawalone, na autostradowych węzłach wypadki, a jak w końcu wjechaliśmy na autostradę – to był tam niekończący się ciąg ciężarówek do wyprzedzania. Umordowani totalnie polską rzeczywistością drogową (dzień wcześniej na luzie przejechaliśmy, pustymi autostradami, dwa kraje), dotarliśmy do domu ok. godz. 22. Zmęczenie dało o sobie znać i jeszcze dwa dni spałam wiele godzin i nie miałam siły. Trzeba było odpocząć po urlopie! 🙂