Urlop w kamperze

To wyjątkowo nie jest wpis motocyklowy, bo będzie dotyczył urlopu spędzonego w kamperze. To była mała odskocznia od motocyklowego spędzania wolnego czasu, pierwsza, ale z pewnością nie ostatnia!

Od kilku lat mam takie marzenie, że jak tylko uda mi się uniezależnić od miejsca pracy (praca zdalna lub na emeryturze) – przeniosę swoje życie i bycie na dom mobilny. Bardzo podoba mi się ta wolność wyboru miejsca postoju, gdy miejsce zamieszkania (w kamperze) nadal pozostanie niezmienne. Taki swój kącik w dowolnym miejscu świata – codziennie mogę mieć nowe wrażenia, czas zdecydowanie zwalnia i ode mnie zależy, gdzie kolejnego dnia się obudzę. Urlop 2022 był takim małym testem, czy to właściwie dobry kierunek?

Kilka lat z rzędu urlopy spędzałam na motocyklu, jednak w ubiegłym roku epizod zdrowotny (odcięło mi czucie w prawej ręce) uzmysłowił mi, że może warto poszukać innej, mniej obciążającej, formy podróżowania. Miesiąc przed urlopem wpadłam na pomysł, żeby na jego czas wynająć kampera. Zdziwienie jednak było niezłe, gdy zobaczyłam koszt rzędu 450-600 zł za dobę wypożyczenia kampera w sezonie. No nie! Przecież za taką kasę można mieć całkiem wypasione wakacje zagraniczne. Już prawie się poddaliśmy w tym szukaniu, gdy Emil wpadł na ogłoszenie z Leszna, gdzie całkiem spory kamper (na bazie Forda Transita) był oferowany za 290 zł. W terminie urlopu był wolny, więc klamka zapadła!

Przed urlopem mieliśmy jakiś szalony czas, a w międzyczasie się pakowaliśmy. Fajne jest to, że nie trzeba się ograniczać z bagażem, jak na motocyklu. Wyruszyliśmy dopiero ok. 18, więc pierwszy nocleg wypadł nam na MOPie. Nie miało to większego znaczenia, bo i tak wieczór przeznaczyliśmy na rozpakowanie się (szafki i schowki, wbrew pozorom, są dość pojemne, bo jeszcze został luz), a rano ruszyliśmy dalej w kierunku Mazur. A raczej Gdańska, bo to ponoć fajne miasto. Kierunek mazurski był marzeniem Emila, a ja nie miałam ochoty tam jechać na motocyklu, bo tamte drogi to żadna atrakcja. Na wypad kamperowy taki kierunek zaakceptowałam, szczególnie, że w tej części Polski byłam tylko raz, na rajdzie WRC.

Już pierwszego dnia zrozumiałam ten fenomen kampera. Wstaje sobie rano, za oknem już sporo się dzieje, a ja spokojnie robię śniadanko, parzę kawkę. Nadal jestem „w domu”, choć w samochodzie. Śmiałam się, że w sumie nawet w pidżamie można jechać dalej. Ten dzień był cały w drodze, ale jak po obiedzie mieliśmy ochotę się zdrzemnąć, to hops na łóżeczko i z nową energią ruszyliśmy dalej. Noclegów szukaliśmy z aplikacją Grupa Biwakowa, niektórzy korzystają też z Park4night. Fajne jest to, że nawet jak ktoś dodał punkt dawno, to w komentarzach inni piszą uaktualnienia.

W Gdańsku, po odwiedzeniu Westerplatte, stanęliśmy sobie w Marinie, tuż obok rynku. I faktycznie to miasto robi wrażenie. Klimatyczne uliczki, kamienice, woda, bramy, mosty – bajka! Warto je odwiedzić, a nawet wciąż wracać. Kolejnego dnia pojechaliśmy do Krynicy Morskiej i dalej Mierzeją Wiślaną, aż do miejscowości Piaski.

Nie byłam nigdy w Malborku, to „po drodze” na Mazury i tam wyskoczyliśmy. Początkowo stanęliśmy blisko zamku, ale po rozmowie z tamtejszym ochraniarzem, przenieśliśmy się na plac pod biblioteką obok (trudno tam o niepłatne „za godzinę” miejsce postojowe). Rano się okazało, że niestety nie zaliczymy pełnego zwiedzania, bo akurat było święto Boże Ciało. Musieliśmy się zadowolić krótką „trasą zieloną”, ale na pocieszenie – mieliśmy świetnego przewodnika, dla którego historia była pasją, a nie tylko datami. Ten zamek dopisuje do miejsc, gdzie muszę wrócić, bo został jednak ten niedosyt, że wnętrz i eksponatów zobaczyć się nie udało. Wieczorem dotarliśmy pod granicę Mazur, gdzie nocowaliśmy sami nad Jeziorem Kinkajmskim.

Zwiedzanie zaczęliśmy od Sanktuarium w Świętej Lipce, gdzie można posłuchać mini koncertu organowego, a w rytm muzyki poruszają się, na tych wielkich organach, różne święte figurki. Odcinając się od kontekstu religijnego, to całkiem przyjemnie się tego słuchało. Po drodze zahaczyliśmy o turystyczne Mikołajki, a w czasie obiadu Emil nagle wymyślił, że nad jeziorem Śniardwy też musimy być. Skręciliśmy więc w pierwszą drogę pod to jezioro, choć akurat przeszła ulewa, a asfalt w tym miejscu zapomnieli położyć… Dotarliśmy do bardzo urokliwej, małej plaży w miejscowości Suchy Róg. Słońce zaczęło się przebijać, a kawa przyrządzona nad jeziorem smakowała wyśmienicie. Spotkaliśmy też miejscowego „prezesa”, co nam przybliżył specyfikę tego miejsca.

Mazury to jednak gratka dla wielbicieli wszelakich wodnych sportów/atrakcji (ja nadal wolę góry niż Mazury). Ilość miejsc turystycznych nie powala, więc to, co potem odwiedziliśmy, wiązało się głównie z działaniami wojennymi na tym terenie. Pierwszy był Wilczy Szaniec, potem śluzy w Leśniewie i na koniec Mamerki. Wszystkie te obiekty skrywają bogatą historię, przy czym Wilczy Szaniec jest zdecydowanie lepiej zorganizowany pod względem zwiedzania i przekazywania tej historii turystom, niż bunkry w Mamerkach. Wybaczcie, że nie będę się tu rozwodzić nad tymi miejscami, ale nie jest to tematyka mi bliska i przyswajam ją słabo. Wyobrażam sobie jednak, że dla fanów historii wojny i militariów, takie miejsca to odlot.

Na obiad pojechaliśmy do Baru Stodoła w Kietlicach i tak jakoś spacerkiem poszłam dalej, gdzie okazało się, że jest mała marina i pole namiotowo-kamperowe. Pan, który tam był z przyczepką stwierdził, że to ciche i spokojne miejsce, idealne na weekend. No i namówił mnie, a ja namówiłam Emila, że zostajemy. Szczególnie, że miał być gorący weekend, a klimatyzacja działała w kamperze na postoju tylko po podpięciu budy do prądu.

Miejsce było faktycznie fajne, łazienki i bar obok, do tego spacerkiem mogliśmy w niedzielę wyskoczyć na Mamerki. Nie przewidzieliśmy jednak tego, że to długi weekend, więc z soboty na niedzielę przybije do mariny mnóstwo łodzi, na wspólne ognisko, picie i imprezę do rana. Tej ciszy i spokoju mogliśmy doświadczyć dopiero z soboty na niedziele, gdy praktycznie byliśmy tam sami… Upałów tak strasznych nie było, a woda jednak zimna. Po przebraniu się w strój kąpielowy, zanurzyłam duży palec u stopy w wodach jeziora Mamry i zawróciłam na leżaczek.

Dla mnie takim bardzo pozytywnym zaskoczeniem tamtych dni było poznanie Pauliny i Tomka z Wrocławia. Stanęliśmy właśnie na nocleg nad Jeziorem Kętrzyńskim, gdy obok stanął bus (a później się okazało, że to „tajniacki kamper”, czyli auto firmowe przerobione do turystyki). Wysiadła para i nas zagadali, okazało się, że: A. są z Wrocławia (40 km od nas), B. Jeżdżą motocyklem, C. Zwiedzają tymi samymi trasami, co my i jeszcze parę rzeczy nas łączy. Oni w sumie nie mieli zamiaru tam nocować, ale po krótkiej rozmowie wiedzieli już, że jednak zostaną. I tak spędziliśmy razem wieczór i poranek, a rozmowom i śmiechom nie było końca!

W nowym tygodniu powoli trzeba było zacząć wracać. Wyskoczyliśmy jeszcze do Giżycka – na szybko zjedliśmy obiad i zobaczyliśmy miasto, bo lało. I „przelecieliśmy” Twierdzę Broyen. Teren to rozległy i zwiedza się go samodzielnie, wyznaczonymi szlakami (zielony, niebieski, czerwony). My to odwaliliśmy taką trasę, że wzięliśmy po kawałku z każdego szlaku, a raz zapędziliśmy się w ślepą drogę i trzeba było improwizować. Ale przynajmniej wesoło było i zmokliśmy tylko minimalnie.

Po drodze zajrzeliśmy jeszcze (dosłownie) do grobowca-piramidy w Rapie, obejrzeliśmy mosty i wieżę w Stańczykach, otarliśmy się o ruską granicę i poszliśmy spać nad jeziorem Necko.

Kolejny dzień nadal był deszczowy, ale udało nam się odwiedzić urokliwy Dwór Pentowo, gdzie hasają konie i mieszkają bociany, bo to „Europejska Stolica Bocianów”. Można je podglądać przez lornetki z wieży widokowej, a akurat maluchy były w gniazdach, więc super atrakcja! Do tego byli tam panowie z podnośnikiem koszowym, żeby je obrączkować. Podeszliśmy bliżej i okazało się, że wyciągają małe bociany z gniazda w torbach, na dole obrączkują i odwożą z powrotem. Dorosłe bociany na ten czas odlatują i obserwują wszystko z daleka. Myślałam, że te maluchy są lekko usypiane, ale panowie mówili, że one po prostu ze stresu zamierają i dlatego tak to spokojnie wygląda.

Po drodze zobaczyliśmy jeszcze Zamek w Tykocinie i pojechaliśmy w kierunku Krainy Otwartych Okiennic. Tam znowu dopadł nas deszcz, więc większość zdjęć robiłam przez okno. Zatrzymaliśmy się też na podgrzanie obiadu – to też ten plus, że jak człowiek jest głodny to kuchnię ma za plecami. I tak samo z toaletą, szukać jej nie trzeba.

Ostatnia noc, tak jak pierwsza, była na MOPie, bo jechaliśmy do godz. 23, a o 6 rano już ruszyliśmy do domu. Jak już człowiek wie, że wraca, to nawet za tym domem tęskni. Paradoks jest jednak taki, że jak już tam dotrze, to banalność codzienności znów przycina mu skrzydła. Chciałoby się gdzieś uciec, gdzieś znowu wyjechać, łapać wrażenia i cieszyć się wolnością…

Łącznie przejechaliśmy kamperem 2200 km, na paliwo poszło 1500 zł. Ten urlop utwierdził nas w przekonaniu, że życie „z własnym domem”, w trasie, bardzo nam się podoba. Ale także uzmysłowił, czego nie chcemy… Z pewnością ten dom nie będzie typowym kamperem, a nieco mniejszym autem dostawczym 4×4, przerobionym na kampera. Małe gabaryty i wyższe zawieszenie to jednak podstawa, by cieszyć się urokiem miejsc odludnych, w które trudno się dostać. Poza tym, zawsze można jeszcze doczepić przyczepkę z motocyklami.

Park Wrocławski w Lubinie

Szukałam planu na niedaleką, niedzielną przejażdżkę motocyklową i padło na Park Wrocławski w Lubinie. Atrakcja to darmowa i imponująca, bo łączy mini zoo z ptaszarnią i parkiem dinozaurów. Spacer parkiem jest bardzo przyjemny, choć przyznam szczerze, że ptaki w osiatkowanych boksach to dla mnie zawsze dołujący widok. Pozytywnym zaskoczeniem były pawie, których część była za siatką, a część chodziła sobie luzem między ludźmi. Niektóre zwierzęta w mini zoo także miały mało przestrzeni, ale wyglądały na zadbane i już przyzwyczajone do tych ludzi nimi zainteresowanymi.

Prehistoryczne zwierzaki 1:1 są imponujące i jakościowo całkiem dobrze wykonane. Przy każdym jest tablica informacyjna. Niezła gratka dla wielbicieli dinozaurów.

Kolejnego weekendu wyskoczyłam na Rajd Strzeliński, tak z sentymentu do mojej pasji sprzed lat. Muszę przyznać, że lista zgłoszeń była imponująca i rajdy niższej rangi się w naszym kraju świetnie rozwijają. Fotek nie mam zbyt wiele, bo telefon z większej odległości nic sensownego nie złapie. Fajnie było posłuchać tych ryczących silników, poczuć te okołorajdowe zapachy, jak i spotkać po latach kilku znajomych kierowców.

A w międzyczasie nasz przyjaciel Andrzej Turczyn strzelił nam kilka zabawnych fotek z naszym SeeBlue.

Triumph Dziewczyn!

Tak się fajnie złożyło, że po tygodniu od Międzynarodowego Dnia Motocyklistki dostałam zaproszenie na kobiecy wyjazd, organizowany przez Triumph Wrocław. Namówiłam koleżanki i spotkałyśmy się w sobotnie popołudnie pod salonem. Przywitała nas Ola z mężem Markiem, którzy ten salon prowadzą od kilku miesięcy. Mogliśmy liczyć na oprowadzenie (obok jest salon UNIKAT), ciekawe rozmowy, kawkę i słodkości. A koleżanka Asia napaliła się nawet na jeden model i trzymamy kciuki, że dostanie na niego leasing (UPDATE: UDAŁO SIĘ!!!).

Na wycieczkę można było wyjechać testówką, ale akurat nic turystycznego wolnego nie było, a przy mojej historii zdrowotnej, na innym modelu ryzykować dłuższej jazdy nie mogę. Wycieczka obejmowała trasę ok. 200 kilometrową, którą poprowadziła Magda „Rocket Queen”. Dziewczyny w czołówce jechały na: turystycznym Triumph Tiger 900, niepozornym Tridencie i spektakularnym Rocket (ja bym się go bała haha).

Jechałam raczej na końcu i muszę przyznać, że byłam pod wrażeniem, jak dziewczyny trzymają szyk. Jak ładnie, synchronicznie wyprzedzają i uważają na siebie wzajemnie. Jeżdżę z rożnymi grupami i często jest jakiś „czynnik chaosu”, a tutaj było tak, jakbyśmy jeździły ze sobą od zawsze. Mega!

Magda poprowadziła nas malowniczymi drogami Doliny Baryczy, a potem zatrzymałyśmy się na pogaduchy oraz kawkę i serniczek (na które zapraszał Triumph). W drodze powrotnej stopniowo odłączałyśmy się od grupy, każda w stronę domu. To był super dzień, bardzo optymistyczny i energetyczny. Po prostu Triumph Dziewczyn!