Rumunia 2021: Dzień czwarty, zamek w Hunedoarze

Konsekwencje niezbyt udanego dnia poprzedniego miały spory wpływ na nasze rozplanowanie trasy. Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem – rano zwiedzilibyśmy zamek w Hunedoarze i fajną drogą E79 zjechalibyśmy do Novaci, gdzie planowaliśmy zacząć od południowej strony Transalpinę dnia kolejnego. Jednak wszystko stanęło na głowie, więc zaczęliśmy od Transfogaraskiej z północy.

Od początku nie podlegało dyskusji, że w naszej trasie musi być jakiś zamek. Początkowo miał być ten od Drakuli (Bran), jednak poczytałam trochę o nim i niezbyt przychylne opinie odwiedzających – odpuściłam. A ten prawdziwy zamek Drakuli (Poenari) jest na szczycie góry przy Transalpinie i trzeba się tam wspiąć (w upale i ciuchach motocyklowych to niezbyt zachęcające). Za to całkiem urokliwy i z pięknymi wieżyczkami jest zamek Hunedoarze, więc tam się udaliśmy.

Nie było tam dzikich tłumów, a na żywo zamek wygląda równie pięknie jak na klimatycznych zdjęciach. Wnętrza też się zwiedza, choć niewiele tam się znajduje.

Dalsza trasa przebiegła bez komplikacji i wieczorem zatrzymaliśmy się, zatankować, przy zjeździe na Transfogaraską. Jakie było nasze zdziwienie, gdy po chwili na stację zjechali Ci sami motocykliści z Łotwy, których spotkaliśmy na Węgrzech. Właśnie zjechali z Tranfogaraskiej. Najlepsze jest to, że jeden z nich rozpoznał nas od razu, a drugi „nie zajarzył” i podszedł do nas zrobić grupową fotkę, bo mieliśmy takie same kamizelki. Dopiero po zrobieniu foty się zorientował, że już się widzieliśmy i uśmialiśmy się nieźle.

Po chwili podjechał jeszcze jeden angielski motocyklista i się okazało, że on w kufrze bocznym wozi psa! Na początku byłam zachwycona takim pomysłem, jednak gdy pies wyskoczył i się okazało, że ma przykurcz w łapkach, to już mniej. Gdy zebrało się trochę osób, to motocyklista zrobił „pokaz” jak pies wsiada na komendę i nie wysiądzie, póki mu pan nie pozwoli. Pies miał chłodzącą kamizelkę na sobie, bo było gorąco. Właściciel poszedł na stację po napój, jednak o psie chyba zapomniał? Wzięliśmy podstawkę z kwiatka obok i nalaliśmy mu tam wody, wypił cztery takie miski…

Nocleg zajęliśmy na bookingu w Casa Balea na starcie trasy Transfogaraskiej w Cartisoara. Sympatyczny właściciel Petre zagadywał swoich gości i żartował, że zamieni się z nami: rower na motocykl. Byliśmy na tyle wcześnie, że udało nam się zrobić pranie. Jednak przez noc całkiem nie wyschło, więc właściciel wystawił mi na dworze suszarkę. I tak się nie udało, to wrzuciłam rzeczy do siatkowej torby, żeby sobie wyschły po drodze. Na koniec Petre nakręcił filmik jak odjeżdżamy i nam wysłał.

Pierwszy Zlot Kawasaki Versys Klub 300/650/1000

Grupa Kawasaki Versys Klub powstała, ponieważ większość moich znajomych wyleciało z innego klubu Versysa, gdzie z adminem trzeba się zawsze zgadzać (bo jak nie – to się wypada, łącznie z całą dyskusją). A po założeniu swojego klubu wyleciałam też ja, więc w genezie jest to klub banitów. Początkowo było to 12 zaprzyjaźnionych osób, ale ciągle dołączają kolejne (obecnie jest ok. 100).

Gdy Dzień Kobiet spędziłam z motocyklistkami w mongolskich jurtach, to wpadłam na pomysł, by tam też spotkać się z ekipą od Versysów. Początkowo miał to być wyjazd tej mojej, zaprzyjaźnionej grupy, ale jak pojawiło się więcej zainteresowanych to poszerzyliśmy skład i tym samym powstało coś na kształt – pierwszego, dolnośląskiego zlotu Kawasaki Versys Klub.

Mongolskie jurty to Domy Słońca w miejscowości Jaszkowa Dolna pod Kłodzkiem, które prowadzi para motocyklistów: Oksana i Marek. Nie mam żadnego doświadczenia w organizacji tak dużych spotkań i to dzięki nim to wszystko wypaliło. Ja byłam takim koordynatorem ekipy, a Oksana i Marek wzięli na siebie cały harmonogram wycieczki i organizację posiłków. Zrobili to świetnie, za co jestem bardzo wdzięczna! Czasowo wszystko się zgrało, zakrętów i atrakcji także nie brakowało.

Domy Słońca są „na wypasie”, mają własne łazienki, a na zewnątrz można korzystać z bani i sauny. W jednej jurcie mieszkało 5 osób, w drugiej 6, a trzecia była pusta, więc tą przestrzeń zagospodarowało sobie kilka osób jako bazę noclegową. My dojechaliśmy dopiero późnym wieczorem w piątek, kiedy jedna ekipa już się kąpała w bani, a druga imprezowała w jurcie. Po rozpaleniu grilla już się wszyscy zintegrowali i tak już zostało na cały weekend.

W sobotę zaczęliśmy od wodospadu Wilczki, a potem kręte trasy zaprowadziły nas na kawę w Hubertusie przy Czarnej Górze.

Z Lądka Zdrój, solidną porcją zakrętów, zjechaliśmy do Złotego Stoku, gdzie umówieni byliśmy na smacznego pstrąga w Złotym Jarze. Pogoda była w kratkę, co chwile nadciągały złowrogie chmury deszczowe. Przed startem w sobotę spadł deszcz z gradem, jednak później się rozpogodziło i wyjechaliśmy na sucho. Chyba nasza intencja dobrej zabawy zaczarowała pogodę, bo drugie „oberwanie chmury” miało miejsce wtedy, jak spokojnie pod dachem piliśmy kawę. Gdy zaczęliśmy się zbierać do wyjścia, to wyszło słońce. Lepiej być nie mogło!

Po obiedzie pojechaliśmy zwiedzić Pałac Marianny Orańskiej w Kamieńcu Ząbkowickim. Byłam tam już kilka razy, ale z pewnością wrócę jeszcze po 2025 roku, kiedy zakończą się rewitalizacyjne prace zewnętrzne (obecnie ogrody są zamknięte). Po dniu pełnym wrażeń integrowaliśmy się przy wspólnym ognisku, w bani i saunie. Mnóstwo wspólnych tematów, kupę śmiechu i genialny klimat miejsca!

Niedziela była już takim dniem „na wylocie”, w planie też była wspólna trasa i kawka u zaprzyjaźnionych motocyklistów w Pensjonacie Granada. Po drodze odłączały się kolejne osoby, potwierdzając, że nasz wspólny weekend był bardzo udany!

Autorami zdjęć są uczestnicy imprezy. A na koniec filmowe podsumowanie sobotniej wycieczki od MotoZew Adventure:

Dolnośląskie zakamarki

Pogoda wreszcie się rozkręciła, więc pewnej niedzieli wyskoczyłam sobie na motocyklu, ot tak przed siebie. W sumie to kierunek mojej przejażdżki wyznaczyły mi chmury deszczowe na horyzoncie. Tak bardzo przyzwyczaiłam się do jazdy w towarzystwie, że samej mi jakoś dziwnie… Nie ma z kim się podzielić wrażeniami z odwiedzonych miejsc, a na postojach pogadać o czymkolwiek (no dobra, zwykle o motocyklach).

Pojechałam zobaczyć pałac w Luboradzu z XVII wieku. Optymistyczne jest to, że coś się tam dzieje, wymienione są okna i remontowana wieża:

Byłam już blisko Jawora, więc postanowiłam zahaczyć jeszcze o średniowieczny Zamek Piastowski w Jaworze. Wielokrotnie przebudowywany i odbudowywany – obecnie, prezentuje się tak:

Cały czas balansowałam na granicy deszczu, raz mnie lekko złapał, ale zwykle udawało mi się go trzymać za plecami. Rzepakowe pola pięknie ubarwiają krajobrazy, a w połączeniu z pochmurnym niebem to już był kolorystyczny odlot. Tylko ten zapach…

W świąteczny czwartek wyskoczyliśmy z naszą ulubioną ekipą na dolnośląskie zakręty. Oczywiście przewaga była po stronie Kawasaki Versys! Wypiliśmy kawkę na Czarnej Górze i polataliśmy odcinkami rajdowymi, a Romek pokazał nam, w którym miejscu wyleciał kiedyś z trasy.

A w piąteczek podjechaliśmy do pobliskiego klubu Wings Of Freedom na ognisko. Osobiście nigdzie nie jestem zrzeszona, ale tam wszyscy goście są mile widziani, można pogadać, kiełbaskę upiec i poznać ciekawych ludzi.

Jeszcze w międzyczasie odkryliśmy ruiny zamkowych wież w Chwalimierzu. Nie wiem jak długo jeszcze postoją, bo ich stan jest już bardzo słaby. Na szybko robiliśmy zdjęcia, bo napadły nas tam stada nienażartych komarów!