Kamizelka chłodząca na motocykl Hyperkewl

Pytaliście o skuteczność kamizelek chłodzących, więc odpowiadam 😉. My mieliśmy te dwa modele ze zdjęć, zakupione na allegro po 150 zł/szt. Użyty materiał Hyperkewl (ten grubszy z przeszyciami) jest połączony z przewiewną siateczką. Siateczką wysycha dość szybko, a Hyperkewl kilkanaście godzin, dlatego drugi model ma większą powierzchnię chłodzącą.

Kamizelki kupiliśmy na upały w Rumunii, do ubrania pod meshowe kurtki. Udało się jednak, że pogodę mieliśmy idealną, ok 25-30 stopni i tylko dwa razy zdecydowałam się z niej skorzystać. Kamizelkę moczy się na chwilę w zimnej wodzie i wyciska jej nadmiar (bez wykręcania!). Ubiera się i… faktycznie robi się przyjemniej i dłużej można jechać, bez zmęczenia wysoką temperaturą. Najlepsze jest to, że wcale nie czuje się mokrej tkaniny (na początku ta siatka jest mokra, ale szybko schnie), tylko delikatny efekt chłodzenia. Patent to fajny i działa.

Wady? No jedna jest taka, że ten materiał mega długo schnie. Jak jechaliśmy cały dzień i moczyliśmy kamizelki dwa razy, to jeszcze rano kolejnego dnia kamizelki były mokre. Dzień nie był upalny, więc musieliśmy je schować do worka. Po całym dniu już się tam zakisiły, a dłużej tak trzymane pewnie zaczną śmierdzieć. Na szczęście można je prać ręcznie i z lekkim detergentem.

Rumunia 2021: Wesoły Cmentarz w Sapancie i powrót (7, 8, 9 dzień)

Rano śniadanko i kawa z naszej kuchenki biwakowej, a potem ruszyliśmy w trasę. Mijając Baia Mare zobaczyłam piękną kopułę, wyróżniającą się z brył miasta, więc tam chciałam podjechać. Okazało się, że to Katedra Świętej Trójcy, jeszcze w budowie (ponoć od 1992 roku). Podjechaliśmy jeszcze na ulicę z restauracjami, gdzie zjedliśmy burgera w Supreme Burger, który swoim smakiem i soczystością pobił wszystkie, jakie do tej pory jedliśmy! Droga 18 na mapie wyglądała imponująco, więc nią postanowiliśmy pojechać i ani trochę się nie zawiedliśmy! Kręta, szeroka droga, nowiutki asfalt – poezja!

Na wesoły cmentarz dotarliśmy ok. godz. 16, a były tam prawdziwe tłumy (pewnie dlatego, że już był weekend). Sam cmentarz widziałam wielokrotnie na zdjęciach, jednak na żywo to inne wrażenie. Kolorowy, bogato zdobiony kościółek, a do tego te pośmiertne historie o ludziach w obrazkach i epitafium zawarte. Ponoć opisy z lekkim sarkazmem (stąd określenie wesoły cmentarz), ale gdy próbowałam przetłumaczyć tekst translatorem, to nie do końca się to udało. Po prostu jest to pisane gwarą z tamtej okolicy. Postanowiłam zrobić zdjęcia wszystkich krzyży, gdzie pamięć o danym człowieku zobrazowana została z jakimś pojazdem mechanicznym.

Zajrzeliśmy jeszcze do Monastyru (klasztoru) Peri i chcieliśmy jechać dalej, ale się okazało, że nie ma tam bazy noclegowej za bardzo. Musieliśmy zostać w Sapancie, gdzie były noclegi do wynajęcia. Wzięliśmy pokój u babci, która nie mówiła po angielsku, ale na szczęście jest translator w telefonie. Potem poszliśmy na zakupy oraz po jakieś produkty na podarunki.

Generalnie było w tym regionie widać to przywiązanie do tradycji, szczególnie w strojach, ubieranych przez mieszkańców, którzy wybierali się na niedzielną mszę. Wszystkie kobiety, te młode i starsze, wystrojone były tak samo – szły we wzorzystych spódnicach-bombkach, koszulowych bluzkach, przepasanych szerokim pasem.

Na granicy nawet szybko nas załatwili, tylko na dowód zerkali i w drogę! Powrót do Polski poszedł nam w miarę płynnie, ale na koniec i tak musieliśmy skrócić trasę z powodu sporej burzy na trasie. Mieliśmy „deja vu”, bo znowu zadzwoniliśmy zarezerwować pokój do „pani-babci”, która nas przenocowała, jak byliśmy na granicy, na początku naszego urlopu. Kręte drogi w okolicy Iwonicz Zdroju już mnie trochę wymęczyły, bo organizm domagał się wypoczynku.

Kolejny dzień to ok. 500 km polskimi drogami do domu i to był najgorszy etap podróży. Drogi krajowe zawalone, na autostradowych węzłach wypadki, a jak w końcu wjechaliśmy na autostradę – to był tam niekończący się ciąg ciężarówek do wyprzedzania. Umordowani totalnie polską rzeczywistością drogową (dzień wcześniej na luzie przejechaliśmy, pustymi autostradami, dwa kraje), dotarliśmy do domu ok. godz. 22. Zmęczenie dało o sobie znać i jeszcze dwa dni spałam wiele godzin i nie miałam siły. Trzeba było odpocząć po urlopie! 🙂

Rumunia 2021: Dzień szósty, Transalpina

Kolejnego dnia pogoda już dopisała, trzeba było tylko uważać na łaty piachu, które na drogę wyniosła ulewa i jakieś połamane gałęzie. TransAlpina od początku nas zachwyciła! Wspinaliśmy się coraz wyżej i co chwilę zatrzymywaliśmy, żeby powiedzieć „wow”, ale widoki! Do tego ruch samochodów był bardzo mały (w stosunku do Transfogaraskiej).

Na początku się zdziwiliśmy, że motocykliści zjeżdżają z góry w przeciwdeszczówkach, bo przecież jest piękna pogoda, jednak już po kilkunastu kilometrach poczuliśmy to przeszywające zimno w naszych (wentylowanych) ubraniach. Też stanęliśmy ubrać dodatkową warstwę i dopiero pojechaliśmy dalej. Widoki się zmieniały, mogliśmy już patrzeć na góry, nie równinę. Asfalt był bardzo dobry, ale nie było zbyt wielu miejsc, przygotowanych pod punkty widokowe. Ruch był mały, więc zatrzymywaliśmy się po prostu na skraju drogi, jeden motocykl za drugim.

Pod samym szczytem droga stała się dość trudna, szczególnie do przejechania z bagażami. Zakręty 180 stopni jeden za drugim, bardzo wąskie i strome. Ja, po 10 latach na motocyklu, miałam tam stres, dlatego nie polecam tej trasy komuś, kto jeszcze nie ma wprawy w górskich, krętych, stromych zjazdach i podjazdach. Cieszę się, że wcześniej doczytałam, że lepiej tę partię wjeżdżać pod górę niż odwrotnie.

Dotarliśmy na szczyt, a tam już widoki były jak z innej planety. Na tablicy z wlepkami znaleźliśmy kilka polskich i jedną nawet z naszego miasta. Wiało dość mocno, więc postanowiliśmy coś zjeść i się ogrzać. Zamówiliśmy gorącą herbatę, mięso pastrami z frytkami oraz taką kulkę serową, polaną białym sosem, bo wszyscy to zamawiali. Moje mięso było dobre, ale Emil dostał jakieś żylaste. Ta kulka z kilku rodzajów sera fajnie się komponowała z resztą dania, ale jakoś tak sama, by nam raczej nie podeszła.

Myśleliśmy, że zjazd to już nuda, bo prowadził bardziej przez las, bez powalającej panoramy. Jednak to ta część trasy była dla nas najprzyjemniejsza do jazdy. Szczególnie, gdy odbiliśmy na Sebes z idealnie gładkim asfaltem i nie kończącymi się, aczkolwiek już łagodnymi zakrętami. Po prostu płynęliśmy, składając się na zmianę w lewy i prawy zakręt, a gęby się nam cieszyły od ucha do ucha. Stwierdziliśmy, że generalnie tą stroną moglibyśmy wjeżdżać i zjeżdżać po kilka razy, najchętniej bez bagażu (co może zrobimy, jak pojedziemy tam kolejny raz).

Minęło kilka godzin, więc na dole zatrzymaliśmy się na obiad w miejscu, gdzie było najwięcej motocykli. Emil się śmiał, że się nie zdziwi, jak to będą Polacy i faktycznie! Usiedliśmy na tarasie z grupą polskich motocyklistów, fajnie sobie pogadaliśmy i zjedliśmy pyszne Mici (takie rolki z mieszanego mięsa mielonego), podane prosto z grilla obok. Przed nami jeszcze był kawałek drogi, bo chcieliśmy podjechać chociaż połowę trasy, jaka nam została do ostatniego punktu wycieczki – wesołego cmentarza w Sapancie.

Znaleźliśmy sobie jakiś fajny kamping w górach z krętą drogą dojazdową (tak, nauczeni doświadczeniem sprawdziliśmy w Google Street View, czy jest tam już asfalt). Jednak, gdy skręciliśmy w boczną drogę to się okazało, że ulewy sprzed 2 tygodni „zabrały” tam wszystkie mosty i kawałki drogi. Im jechaliśmy wyżej, tym było gorzej, więc się uparłam, że trzeba zawrócić (nie chciałam drugi raz, po nocy, jeździć po wyrypach).

Na bookingu nie było zbyt wiele miejsc do wyboru, ale po drodze zobaczyliśmy, że na przystani kajakowej rozbijają się namioty, więc tam podjechaliśmy. Okazało się, że to nie jest pole namiotowe, ale teren prywatny, jednak sympatyczni właściciele pozwolili nam się tam rozbić z namiotem i to za darmo. Prysznica wprawdzie nie było, ale biwakowanie też ma swój urok, choć znowu nie spałam za dobrze. Była taka godzina, że wszystkie psy na wsi szczekały i oczywiście moja wyobraźnia mi podpowiadała, że to na pewno idzie ten… zły niedźwiedź.