Jesienna wycieczka z Versysami

Ostatnia sobota była cudna, po deszczowym tygodniu wyszło słońce i temperatury były bardzo przyjemne. I całe szczęście, bo właśnie na ten dzień była zaplanowana wycieczka dla właścicieli Kawasaki Versys i ich kolegów (BMW GS i Suzuki VStrom też dołączyły). Plan powstał ok. 2 tygodnie temu, po tym jak miał się odbyć klubowy zlot, a nie obejmował on jednodniowej obecności. Zlot nie doszedł do skutku, a nasza wycieczka wypaliła, jak najbardziej!

Spotkaliśmy się pod Sobótką, gdzie niektórzy mieli blisko, ale byli też motocykliści z woj. opolskiego i wielkopolskiego. Razem ruszyliśmy na kręte trasy, a plan trzeba było nieco zmienić tak, żeby nie trafić na zamknięte odcinki, bo akurat wtedy rozgrywał się Rajd Świdnicki. Wszystko ogarniał Robert, który sprawdził się doskonale w roli przewodnika na poprzedniej wycieczce.

Na obiad zjedliśmy świeżego pstrąga, wprost z łowiska i ruszyliśmy dalej na kolejne zakręty. Była droga 100 zakrętów, Zieleniec, autostrada sudecka i świetna droga 384, którą nawet lepiej się wraca, niż wjeżdża. W połowie wycieczki przewodnikiem został Emil, który wraz z najszybszymi kolegami wyrwał się na prowadzenie. Ja ich goniłam, gdzieś po środku stawki i bacznie obserwowałam, czy kogoś nie gubię na tyłach.

Trasy były kręte i wymagające, to świetna szkoła jazdy – nie jechałam na maksa swoich możliwości, bo to jednak są drogi publiczne i wszystko się może wydarzyć. Plusem było to, że miałam łączność z Emilem, który uprzedzał mnie o samochodach z przeciwnej strony i innych niespodziankach, więc na tych „ślepych zakrętach” mogłam się czuć pewniej.

Mam znajomych co mówią, że wycieczka bez niespodziewanego odcina dla enduro – to nie wycieczka. No to ta była udana, bo Emil z Robertem nie dogadali się, co do przebiegu trasy i wylądowaliśmy na krętej „patatajce”. Asfalt to tam był, ale kiedyś, teraz to dziura na dziurze i dziurą poganiana. Wszyscy odetchnęli z ulgą jak już dojechaliśmy do cywilizowanej drogi.

Na koniec zaplanowane było ognisko – na Przełęczy Tąpadła jest fajne na to miejsce. Motocykle zostawiliśmy na łące, a męska część ekipy wzięła się za rozpalanie ogniska. Niestety drewno było wilgotne i konar długo nie chciał płonąć, ale Robert się nie poddawał! Warto było, bo ogień wreszcie się rozkręcił i mogliśmy upiec sobie pyszne kiełbaski.

Na koniec była mała niespodzianka, którą przygotowałam dla Iwonki i Sylwka. Oni się wygadali, że za tydzień biorą ślub i właśnie tego wieczoru wypadałoby zrobić kawalerski z panieńskim. A, że akurat byli z nami, to zrobiliśmy im mały quiz z dopasowania pary, a na koniec podpisaliśmy certyfikaty, że na żonę i męża już się nadają! „Gorzko, gorzko” też musiało być.

Ekipa się super zgrała, choć połowa wcale się nie znała. Było mnóstwo śmiechu, wspólnych tematów i genialny klimat. Już czekam na nasze kolejne wycieczki, być może uda się też z biwakowaniem.

p.s. Dotarły do nas nowe dzioby do Versysów, które powstały na bazie mojego z Tajlandii. Trudno go było zdobyć, a popękał już po pół roku użytkowania. Robert wpadł na pomysł, żeby odlać takie z formy, znalazł firmę, która się podejmie tego wyzwania i zamówił kilka sztuk dla nas i kolegów. Okazało się, że forma powieliła także te pęknięcia i niespodziewanie otrzymaliśmy dzioby lakierowane, po korekcie ich kształtu. Super, bo one prezentują się jeszcze lepiej!

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Dodaj komentarz

Trzecia część filmów o motocyklowej odzieży

Jest już trzecia część moich filmów o odzieży motocyklowej. Najdłuższa, bo dotyczy kasków, butów, rękawic i różnych ocieplaczy. Opowiadam z własnego doświadczenia, co wybrałam i czy był to dobry pomysł 😉

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii O czym myśli blondynka? | Dodaj komentarz

Nowe filmy na youtube

Ostatnio na moim kanale youtube wylądowały dwa nowe filmy. Jest to efekt paskudnej pogody w weekend, więc już wiecie, że zimą będzie wysyp nowych filmów 🙂 . Mam też w planie stworzenie interaktywnej mapy miejsc, które odwiedziłam, wraz z linkami do ich opisu na moim blogu.

Wracając do filmów – są to moje pierwsze kroki, więc jakość ich jest słaba. Swoje gadanie nagrywam smartfonem i aplikacją w telefonie też to wszystko składam. Kupiłam nawet mikrofon, żeby nieco poprawić głos, no ale ma za krótki kabel. Potrzebuję raczej mieć bezprzewodowy, za dużo więcej $$$$.

O czym będzie tym razem? O tym, o co często mnie pytacie w wiadomościach prywatnych – ubraniu na motocykl. Co mi się sprawdziło, co polecam i w czym sama jeżdżę. Ta seria będzie miała 3 odcinki, a 2 już możecie obejrzeć:

O kurtkach i spodniach motocyklowych:

O bieliźnie motocyklowej:

Kolejna część będzie o kaskach, butach, rękawicach i ocieplaczach. Zapraszam do śledzenia mojego kanału, bo kolejna sprawa, jaką poruszę, będzie dotyczyć wyboru pierwszego motocykla.

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii O czym myśli blondynka? | Dodaj komentarz

Kilka punktów z Dolnośląskiego Rajdu Zabytków Techniki

W ubiegły weekend Tomek zaproponował, żeby zrobić wycieczkę przy okazji Dolnośląskiego Rajdu Zabytków Techniki. W rajdzie udział mogły brać tylko samochody i motocykle zabytkowe, ale nikt nikomu nie bronił zwiedzać miejsc, gdzie uczestnicy mieli w ramach rajdu się meldować. A było ich sporo, a w tym muzea, różne wytwórnie, młyny itp., do tego stopnia, że tylko 1 uczestnik rajdu zebrał wszystkie pieczątki i przez dwa dni przejechał ponad 800 kilometrów, tylko po Dolnym Śląsku!

Tomek miał plan, jednak złapał kapcia i do końca nie było wiadomo, czy wyjedzie. Dlatego postanowiłam wybrać kilka punktów i na wycieczkę zabrać Asię na 125-tce. Jakoś już jesienią i po całym tygodniu w pracy nie mam parcia na całodniowe wyprawy. Pokręcić się na motocyklach z fajnymi ludźmi, kawy się wspólnie napić napić i zobaczyć coś przy okazji – też jest fajnie. Ostatecznie Tomek też wyjechał i spotkaliśmy się na dwóch pierwszych punktach.

W sobotę rano ruszyłam do młyna w Siedlimowicach, gdzie czekała na mnie reszta ekipy. Młyn działa, ale akurat tego dnia miał awarię, więc wszystkie maszyny miały postój.

Drugim punktem było Muzeum Technik Rolnych w Piotrowicach Świdnickich, niestety zamknięte ze względu na Covid. Kolejnego dnia się okazało, że przechodząca burza pozrywała tam dachy.

Na koniec odwiedziliśmy rodzinną winiarnię w Sobótce, która powstała w budynku starej gazowni. Z węgla uzyskiwano tam gaz do latarni w mieście. Teraz produkowane jest tam wino z winogron, z lokalnej winnicy. Wino przechowywane w beczkach i sprzedawane detalicznie, już w butelkach. Ta rodzinna firma powstała 6 lat temu, a uzyskane litry wina, każdego roku, rozchodzą się w całości.

Potem wróciliśmy na Bielany Wrocławskie na kawę i pyszne pierogi, ale jak zobaczyłam czarne chmury, to szybko wsiadłam na motocykl i ruszyłam w drogę powrotną. Ulewa złapała mnie jednak na obwodnicy i to taka, że aż ręce bolały od uderzeń kropel wody. Za plecami błyskały pioruny i wiatr nieźle hulał. Na szczęście przed sobą widziałam biały prześwit i faktycznie, im bliżej byłam domu, tym bardziej sytuacja się poprawiała.

Drugiego dnia postanowiłam pojechać do Wałbrzycha, do prywatnego Muzeum Górnictwa i Sportów Motorowych. Stworzył je Jerzy Mazur – dealer Nissana, kierowca rajdowy i wyścigowy, były górnik. W muzeum jest zbiór jego własnych pamiątek ze sportowej kariery, a także rzeczy podarowanych przez innych kierowców. Można tam także obejrzeć kolekcję samochodów.

A przez przypadek odwiedziłam też inne Muzeum Górnictwa, ale do środka nie wchodziłam:

Na koniec ze znajomymi spotkaliśmy się na mecie rajdu, żeby obejrzeć inne pojazdy, które wystartowały w rajdzie:

Dawno już nie jeździłam sama, na starcie czułam nawet jakiś niepokój. Ale po kilkunastu kilometrach powróciła ta radość z samotnej przygody. Wesołe nastawienie do poznawania świata i otwartość na to, co wycieczka przyniesie. Przyzwyczajenie jednak ogranicza.

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Działania wojenne na zamku w Rydzynie

W ubiegłą niedzielę chcieliśmy się gdzieś przejechać, więc przeszukałam listę wydarzeń w okolicy i padło na Piknik Militarny na zamku w Rydzynie. Byłam już na rekonstrukcji bitew, gdzie jeszcze nie prezentowano broni palnej, a tym razem pokaz miał dotyczyć działań wojennych z 1920 roku, a potem z 1944 roku. Pojechaliśmy w trójkę, na trzech Versys’ach: ja i Emil z Brzegu Dolnego, a na miejscu dołączył Marek z Wrocławia.

Usiedliśmy na brzegu fosy, nie bardzo wiedząc czego się spodziewać, a pierwsze strzały były głośne i zaskakujące. Całą inscenizację prowadziły grupy rekonstrukcyjne, ok. 15 osób (bo dwie kolejne nie dotarły). Pomagali sobie rekwizytami, racami dymnymi, petardami i ślepymi nabojami, a w prezentacji z 1944 roku pojawiły się też motocykle i samochód wojskowy.

Fajnie się to oglądało – odebraliśmy to bardziej na wesoło, bo to jednak tylko inscenizacja. Gdzieś w środku dociera jednak do człowieka ta informacja, że wojna niesie ofiary i przynosi cierpienie, przy czym wymaga wielkiej odwagi i narażenia/utraty swojego życia w imię większej sprawy.

Między pokazami pospacerowaliśmy po okolicy zamku, a na drugim pokazie złapał nas deszcz. Na szczęście miałam przeciwdeszczową płachtę, pod którą się schowaliśmy. Chcieliśmy jeszcze wyskoczyć w jakieś fajne miejsce na kawę, a niedaleko był fajny zameczek w Rokosowie. Niestety tam kawiarni żadnej nie było i musieliśmy się zadowolić taką ze stacji benzynowej.

Na trasie zauważyłam wyróżniający się dom i namówiłam chłopaków, żeby tam wrócić. Domek stał na krzyżówce w miejscowości Poniec i był pięknie ozdobiony, a do tego otoczony ogrodzeniem z różnymi figurkami, głównie aniołków. Spytaliśmy miejscowych, co to za miejsce i jeden pan nam powiedział, że właściciel domu miał taką pasję, jednak zmarł. Jego rodzina mieszka w Niemczech, więc dom jest teraz opuszczony.

P.s. Na Majkim mam nowy uchwyt telefonu, bo chiński się połamał, a mąż zrobił mi (własnoręcznie!) świetną poprzeczkę pod szybą, dzięki czemu telefon z nawigacją mam na wprost, wysoko i bez żadnych drgań. Na urodziny też dostałam zestaw do automatycznego smarowania łańcucha Scottoiler.

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Wycieczka po Kotlinie Jeleniogórskiej

Korzystając z kilku dni urlopu pod Kliczkowem, postanowiliśmy wyskoczyć na całodniową wycieczkę, gdzieś w okolice Jeleniej Góry. Znalazłam kilka punktów, które chciałam zobaczyć przy okazji. Trasa wiodła cudnymi drogami, krętymi i z idealną nawierzchnią. Już sama jazda – to sama frajda, ale doszły do tego ciekawe miejsca.

Zacząć mieliśmy od Muzeum Kargula i Pawlaka w Lubomierzu, ale po drodze nie sposób było się nie zatrzymać w miejscowości Pławna i zadziwiającym miejscu. Kiedyś to było miejsce wprost ze śląskich legend, a teraz jest tam wszystko: koń trojański, napoleon, wielki jeleń, drewniane chaty, pomarańczowy zamek, złote figury, skrzaty, kamienne posągi, rycerze, krasnale, czarownicy, potworki, ponoć nieco dalej Arka Noego i cholera wie, co jeszcze, bo do środka biletowanego nie wchodziliśmy.

Potem pojechaliśmy do małego miasteczka Lubomierz, zjedliśmy lody na wyludnionym ryneczku i odwiedziliśmy Muzeum Kargula i Pawlaka w dawnym Domu Płócienników. To miasto przewijało się w filmie, dlatego zgromadzono tam wiele eksponatów z filmu i innych użytkowych przedmiotów z tamtych czasów.

Po drodze zjechaliśmy z asfaltu na mały most spacerowy nad Jeziorem Złotnickim i pojechaliśmy na obiad do Perły Zachodu.

Bardzo ciekawe to miejsce, świetnie położone i z klimatem. A do tego obiadek syty! Spotkaliśmy się tam z kolegą Tomkiem, który właśnie wracał z motocyklowego wypadu.

Tomek nas porwał na Górę Szybowcową, a potem my jego do pięknie odnowionego Pałacu Wojanów.

Na koniec chciałam odwiedzić Zamek Karpniki, który podziwiałam lata temu, gdy jeszcze nikt się nim nie opiekował. Teraz w zamku jest hotel i całość wygląda imponująco.

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Akcesoria do motocykli z AliExpress

W chińskim AliExpress kupić można (prawie) wszystko, także do motocykli. Akcesoria do wyboru, do koloru i dedykowane do konkretnego modelu. A to wszystko w ekstra cenie i z dostawą, nawet w 10 dni.

Kawasaki Versys to mój czwarty motocykl, jednak dopiero przy tym modelu odkryłam, jak wiele rzeczy mogę do niego kupić na AliExpress. Po wpisaniu modelu w wyszukiwarkę wyskoczyła cała masa dodatków, często z ozdobnym napisem Versys 650 i w dowolnym kolorze. Zaczęłam je zamawiać, oczywiście nie wszystkie na raz, bo budżet domowy by tego nie wytrzymał. Jednak, gdy już wydawało mi się, że mam wszystko, co bym chciała – to zaraz wpadało mi w oczy coś jeszcze innego. To chyba jakiś rodzaj motocyklowego zakupoholizmu. Po roku czasu stwierdziłam, że koniec z tym, bo jeszcze krok mi został do przesady.

Zawsze chciałam mieć kolorowy motocykl, a po pomarańczowym i czerwonym, niestety były dwa czarne. Niestety – oczywiście w ocenie koloru, bo wybór danego motocykla był poparty doskonałym stanem technicznym. Dlatego do mojego Kawasaki Versys postanowiłam dodać nieco ognia, czyli czerwonych dodatków, których na AliExpress nie brakuje (podobnie jak zielonych, czarnych i srebrnych).

Dlaczego kupuję na AliExpress? Bo mam tam spory wybór, bo ceny są atrakcyjne, bo wyszukiwarka po fotografii super działa, bo dostawę do paczkomatu można dostać już w 10 dni. Tak jest to egoistyczne podejście, podyktowane własnym interesem, bo nie wnikam kto i gdzie to produkował, ani nie daje zarobić kilkunastu pośrednikom, którzy to samo w Polsce sprzedadzą mi kilkukrotnie drożej. Każdy ma wybór tego, co i gdzie kupi, a ja mam możliwość kupowania w Chinach i z niej korzystam.

Dodatki do motocykla, dostępne na AliExpress, można podzielić na takie, które poprawiają funkcjonalność motocykla i takie, które zmieniają jego wygląd. Do pierwszej grupy zaliczyć można: dodatkowe wskaźniki biegów (wpinane do kostki pod kanapą), szyby i deflektory, handbary, przedłużenia błotników, osłony chłodnicy, poszerzenia stopki, poszerzenia podnóżków, gniazda zapalniczki itd. Wizualnie ładnie się prezentują: naklejki na felgi, kolorowe elementy zastępujące te fabryczne – różne klapki, śruby, nakrętki, korki.

Przykładowe akcesoriów i ich ceny możecie zobaczyć na poniższym filmie:

Jakie wpadki można zaliczyć przy zakupach w Chinach?
– Towar może nie dotrzeć, ale to nic strasznego – zgłaszamy ten fakt (gdy liczba dni na dostawę upłynie), kasa wraca i zamawiamy jeszcze raz.
– Jakość może być słaba, a produkt może mieć krótką żywotność – tutaj doświadczenia nabywa się z czasem, dużo wskazówek dotyczących jakości można znaleźć w komentarzach od kupujących (warto przejrzeć kilka aukcji, żeby takie znaleźć).
– Towar może być uszkodzony w transporcie lub nie działać – to też zgłaszamy i występujemy o zwrot kasy.
– Nie ma tradycyjnej ochrony gwarancyjnej – dlatego ja nie kupuje tak drogiej elektroniki, akcesoriów, ani też dodatków do motocykla drogich i takich, które mają bezpośredni wpływ na prowadzenie motocykla (tu stawiam na sprawdzone marki).
– Towar wygląda inaczej, niż na zdjęciach – tutaj pewnie też można składać reklamację. Gorzej, jak jest to jedynie nieco odmienny kolor, który nie wpasuje się w wygląd naszego motocykla.

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Majk | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Krótki urlop w Kliczkowie

Przez tą całą pandemię zostało mi tylko kilka dni urlopu, więc postanowiliśmy wyjechać na motocyklach, gdzieś w Polskę. Przeszukałam bazę noclegową nad różnymi jeziorami, ale ceny były kosmiczne za te domki, których wystrój zatrzymał się PRL-u. Jakoś przypadkiem trafiłam na domek „Zakątek Kliczków”. Fajny standard, wyposażona kuchnia, super cena i co najważniejsze – mogliśmy zabrać ze sobą tam kota. To był świetny wybór – spokojna okolica, chłodny domek w leśnym zakątku nad rzeką, który pozwalał się zrelaksować, gdy żar się lał z nieba.

Pierwszy dzień poświęciliśmy na różne spacery i takie oderwanie się od tego, że „coś musimy robić”. Na urlopie nic się nie musi, a można chcieć. Chcieliśmy pierwszy raz w życiu przepłynąć się kajakiem, więc się na taki wypad umówiliśmy. Na szczęście rzeka Kwisa niewiele ma wody i nurt spokojny, więc nie padłam tam na zawał. Co wcale nie znaczy, że było nudno, oj nie! Tam rzeka żyje swoim życiem, a drzewa jak upadną to leżą, więc powoli nabywana wiedza o sterowaniu kajakiem i niespodziankach na rzece – była dość emocjonująca. Na szczęście żadnych wywrotek nie zaliczyliśmy, chociaż raz zawisnęliśmy na konarze drzewa, ukrytym pod wodą i raz nas obróciło pod prąd. Mam tylko kilka fotek, zrobionych jak było spokojnie, bo jak się dużo działo, to trzeba było walczyć 🙂 .

Mieszkaliśmy blisko Zamku Kliczków, to na lody tam chodziliśmy:

A kolejnego dnia wybraliśmy się do niemieckiego zamku Bad Muskau w Mużakowie, który jest otoczony ogromnym kompleksem parkowym, co już w większości należy do strony polskiej. Zamek jest przepiękny, a jeszcze większe wrażenie robi wtedy, gdy zobaczy się go na powojennych zdjęciach. Po wojnie i pożarze niewiele z niego zostało, praktycznie ściany zewnętrzne, a został tak cudnie odtworzony! Jestem pod wielkim wrażeniem, bo jeżdżąc po Polsce widzę wiele zamków i pałaców w dużo lepszym stanie, które skazane są jedynie na powolne znikanie…

W środku była malarska wystawa czasowa oraz druga, poświęcona życiu jednego z właścicieli – księcia Pucklera, który dość barwną był osobowością i wiele świata zwiedził. W tamtych czasach było to wielkim wyczynem, biorąc pod uwagę chociażby środki transportu, jakimi dysponował, a był w krajach azjatyckich, jak i afrykańskich. Gromadził różne pamiątki z podróży, a nawet przywiózł ze sobą afrykańską kochankę (od kobiet to akurat nigdy nie stronił).

Na poznawanie zakątków parku nie mieliśmy już czasu i siły, bo upał był straszny, a w motocyklowych ubraniach zapał do spacerowania jednak maleje. Mimo to, warto było to cudo zobaczyć. Zrobiliśmy sobie jeszcze jedną wycieczkę, ale o tym napiszę w kolejnym wpisie.

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Jak przewieźć kota na motocyklu?

W tym roku urlop mogłam wziąć tylko krótki, więc postanowiliśmy z mężem spędzić go w Polsce. Nasze wakacje wiążą się zwykle z podróżowaniem motocyklem, więc musieliśmy rozważyć, co przez ten okres zrobić z naszą kotką Kawą. Zwykle są trzy scenariusze: kot zostaje w domu i ktoś ze znajomych (lub z rodziny) go odwiedza, kot idzie mieszkać u kogoś innego w domu lub w kocim hotelu i wersja ostatnia – kot jedzie z nami na wakacje.

Tą ostatnią wersję przerabialiśmy 2 lata temu nad morzem, tylko że wtedy kot jechał z nami samochodem. Kawa wcale nie chciała siedzieć w transporterze, tylko biegała po tylnych siedzeniach i bagażniku, obserwując drogę. Była przy tym mocno zestresowana, dyszała i nie było to dla niej przyjemnością. Nasz kot mieszka w bloku, jego wybiegiem jest balkon i każda sytuacja, ponad ten scenariusz, jest już sporym przeżyciem, pobyt na zewnątrz np. na plaży – również.

Biorąc to wszystko pod uwagę postanowiliśmy pojechać gdzieś bliżej, tak maksymalnie 2 godziny drogi od domu i wynająć domek taki, gdzie koty są mile widziane. Miejsce nie miało znaczenia, bo to i tak jest dla nas tylko baza wypadowa dla motocyklowych wycieczek. Padło na Kliczków, domek przy rzece i blisko do granicy z Niemcami. Rozważaliśmy przewiezienie kota samochodem i powrót po motocykle, ale wtedy sobie przypomnieliśmy, że na AliExpress widzieliśmy spory wybór plecaków do przewozu małych zwierząt w cenach od 80 do 150 zł.

Wiele z nich jest z tworzywa, co od razu wykluczyliśmy, ponieważ było upalnie. Wybraliśmy model tekstylny z dużą ilością przewiewnej siatki. Trzeba dokładnie sprawdzać wymiary plecaka, bo jedne są dla małych, a inne dużych kotów. Nasza Kawa jest drobniutka i wybrany plecak okazał się być idealnym. Dla poprawy bezpieczeństwa podczas jazdy zabezpieczyliśmy zamki przed rozpięciem biurowymi spinaczami, plecak był ubrany odwrotnie – na klatkę piersiową, a szelki na plecach połączyliśmy dodatkowo paskiem.

Zdecydowaliśmy, że delikatnie wpłyniemy też na polepszenie nastroju kota i złagodzenie stresu przez podanie ziołowej dawki Kalmvet. Okazało się, że Kawa bardzo chętnie zjadła i dokładnie wylizała całą porcję, jedną dostała wieczorem, a drugą godzinę przed startem. Potem trzeba było tylko spakować jej wszystkie zabawki, miski, karmy i w drogę. Oczywiście zapomnieliśmy żwirku i trzeba było się wracać.

Początkowo Kawa nie mogła znaleźć sobie miejsca i bardzo się wierciła. Potem już chyba pogodziła się z tym dyskomfortem i do celu na luzie dojechała. Drogę powrotną zniosła dużo lepiej, wiedząc już o co chodzi. Najbardziej niepokoiła się, gdy się zatrzymywaliśmy, ale wtedy Emil mówił do niej uspokajająco. Dlatego dobrym pomysłem było trzymanie plecaka z przodu, podpartego na baku.

Na miejscu Kawa zaczęła zwiedzać wszystkie kąty domu i co chwilę przychodziła cała w pajęczynach. Chyba właściciel powinien jej dopłacić za sprzątanie. O dziwo, cała sytuacja mocno wpłynęła na jej odwagę i nawet dwa razy z rzędu z własnej woli wyszła na spacer po terenach zewnętrznych. Oczywiście wieczorem, jak już inni mieszkańcy domków poszli spać.

Podsumowując – można bezpiecznie i w miarę komfortowo przewieź kota na motocyklu. Plecak do transportu jest dobrej jakości i sprawdził się w praktyce. Jednak nie będziemy tego robić tylko i wyłącznie dla wycieczki motocyklowej z kotem, tylko w razie konieczności przewiezienia go z punktu A do B.

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii O czym myśli blondynka? | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Niedzielne zakrętobranie

W ubiegłą niedzielę, ze świetną ekipą, pojechaliśmy na wycieczkę do Kotliny Kłodzkiej. Ekipa była „z łapanki”, tzn. Robert dał posta, że jadą – a ja zaproponowałam, że dołączymy i już. Mam już na koncie parę takich spontanów i tylko raz średnio mi się podobało, jak ekipa leciała 130km/h i wyżej. Nauczona doświadczeniem, teraz zawsze pytam o tempo wycieczki. Poza tym lubię jak ktoś za mnie obmyśla plan wycieczki, bo nie muszę się wtedy głowić, gdzie wyskoczyć na weekend 🙂 . A, że nikogo nie znam, to żaden problem, bo z motocyklistami jest łatwo znaleźć wspólny temat.

Robert trasę wyznaczył wyśmienitą, a podobała mi się szczególnie dlatego, że zawierała najlepsze, kręte trasy Kotliny Kłodzkiej, a do tego nie byłam na nich już kilka lat. Po przeprowadzce do Brzegu Dolnego już tak często w tamtych rejonach nie bywam, częściej za to zahaczam o Wielkopolskę.

Spotkaliśmy się w Strzelinie, gdzie czekali na nas: Robert z Wiolą, Tomek z Iwonką i Krzysiek oraz bliźniaczy Versys mojego (tylko żółty, taki jak chciałam mieć, ale nie pykło) i dwie sztuki Suzuki DL. Wynik 3:2 na korzyść Versysów 🙂 .

Ruszyliśmy w stronę Złotego Stoku, gdzie wstąpiliśmy na zapoznawczą kawę pod znaną kopalnią. Rozmowy z nową ekipą od początku kleiły świetnie, miałam praktycznie wrażenie, że się już znamy i dużo razem zjeździliśmy.

Po tej krótkiej pauzie pojechaliśmy na pierwszą partię zakrętów ze Złotego Stoku do Lądka Zdrój. Szczerze, to miałam jakieś obawy, że nie znam jeszcze Versysa na tyle, żeby płynnie pokonywać kręte trasy, ale miło się (nie) rozczarowałam. Szedł jak po sznurku, składał się jak chciałam i generalnie „uśmiech od ucha do ucha” miałam. Końcówka tej trasy jest nieco wyboista, ale jednak większość ma super nawierzchnię.

Kolejne winkle były na Siennej, znam te wszystkie zakręty, ale z pobocza 😀 , bo wielokrotnie oglądałam tam samochodowy wyścig górski. Sam podjazd jest ekstra, ale i później było świetnie, wąsko i zakrętami do Międzygórza, a następnie na obiad we Wrzosowej Przystani w Długopolu Dolnym, gdzie miał być nasz kolega z Versysem, ale się minęliśmy. Miejsce fajne, tylko świeżo usypana żwirem droga mnie zaskoczyła. Po pierwszym ratowaniu się przed glebą, pojechałam dalej trawiastym poboczem, a w drodze powrotnej z grząskiego podjazdu wyjechał za mnie Emil. Ja już jeden metalowy bark mam i więcej nie potrzebuje 🙂 .

Przez Zieleniec wyskoczyliśmy na chwilę na 8mkę, by dalej pojechać „Drogą 100 zakrętów”. Jak tam byłam ostatnio, to dziury w asfalcie zasłaniały mi te zakręty. Jednak sytuacja znacznie się poprawiła, miejscami jest nowy asfalt i można cieszyć się trasą. Oczywiście tłumy turystów wszędzie, a zwiedzali nawet skarpy przy drodze, bo jedno auto zsunęło się tam właśnie 🙂 .

Na koniec została nam trasa, którą też bardzo lubię – z Nowej Rudy do Bielawy, kręta przez las. Zmęczenie już dawało o sobie znać, dlatego zrobiliśmy krótką przerwę, żeby potem przez Przełęcz Tąpadła pojechać na wieńczący wycieczkę jabłecznik w fajnej knajpce. A my mieliśmy jeszcze godzinną trasę do domu.

Podsumowując – przejechałam tego dnia 470 kilometrów (mój tyłek to odczuł), wyjechaliśmy o 8 rano z garażu, a wróciliśmy o 19. Sama nie wiem, która droga podobała mi się najbardziej, ale wrócę na bank, jeszcze w tym sezonie, na Sienną, Zieleniec i do Bielawy.

Nowa ekipa była świetna, wesoła i zgrana, a do tego tempo jazdy też było dobre, dynamiczne, a nie za szybkie. Mam nadzieję, że jeszcze będzie okazja razem pojeździć, bo bardzo miło wspominam tą wspólną niedzielę!

P.S.
Z nowości to mam wskaźnik biegów, okleiłam sobie lekko kask i wymieniłam żarówki na białe (obecnie mam też tą pozycyjną wymienioną).

i jeszcze kilka zdjęć z wypadu na lody i w lawendę tydzień wcześniej:

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Wielkopolska wycieczka pałacowa

W ubiegłą sobotę wyruszyliśmy na wycieczkę, którą zaplanowali Iwonka i Sylwek. Do miejsca spotkania mieliśmy 2 godziny jazdy i około godz. 10 dołączyliśmy do ekipy organizatorów na Versysie 1000, Adama na Versysie 650 i Krzyśka na BMW 1200, razem uzbierało się 5 motocykli. Planowana trasa liczyła ok. 300 kilometrów i zawierała kilka punktów do obejrzenia. Były to głównie pięknie zachowane zespoły pałacowo-parkowe, a także dworek i skansen, wprost z filmu „Pan Tadeusz”.

Pierwszy punkt wycieczki to Muzeum Ziemiaństwa w Dobrzycy, Zespół Pałacowo-Parkowy. Pałac w Dobrzycy wzniesiono w latach 1795-1799 z inicjatywy Augustyna Gorzeńskiego, ówczesnego właściciela majątku, według projektu Stanisława Zawadzkiego. Piękny jest teren wokół pałacu zwany „parkiem krajobrazowym o cechach romantycznych”. Alejki, stawy, pawilony parkowe, zabytkowy drzewostan, pawie i bażanty. Emil spotkał Gąskę Balbinkę, a Adam odpalił drona i z góry to dopiero wszystko ekstra wyglądało. Z chęcią tu wrócę i odwiedzę to muzeum wewnątrz.

To nie koniec spotkań ze zwierzętami, bo w kolejnym punkcie wycieczki to dopiero ich dużo było. Pojechaliśmy do skansenu filmowego „Soplicowo”, który jest rekonstrukcją scenografii z filmu „Pan Tadeusz”. Oryginalne budowle filmowe: lamus, wozownia, stajnia, stodoła, kurnik i spichlerz odbudowano, aby spełniały funkcje kulturalne i turystyczne. Dopełnieniem filmowej scenografii stał się otwarty w 2011 roku – Dwór Sopliców. Zwierzęta były bardzo przyjazne i lgnęły do ludzi, część z nich była za ogrodzeniami, a część brykała sobie na wolności.


Następny był Pałac w Turkwi, który pochodzi z lat 1760-1770 i otoczony jest XVIII-wiecznym parkiem krajobrazowym o powierzchni 21,9 ha. Jednym z jego właścicieli był gen. Dezydery Chłapowski – żołnierz napoleoński, poseł, współtwórca pracy organicznej i jeden z kreatorów nowoczesnego rolnictwa wielkopolskiego. Pałac był wybudowany w stylu barokowym, a potem przebudowany na neogotycki.

W Racocie odwiedziliśmy Pałac książąt Jabłonowskich i już parkując, zauważyliśmy spacerujące postacie, wprost wyrwane z kart historii. Okazało się, że mamy niesamowite szczęście i odwiedzamy obiekt wtedy, gdy wynajęła go historyczna grupa rekonstrukcyjna. Normalnie teleportacja w czasie, a raczej zderzenie współczesnych motocyklistów z historycznymi postaciami. Podziwialiśmy, porozmawialiśmy z pasjonatami historii i nawet wspólne zdjęcia mamy: