Proteinki

No niestety już się skończyły spektakularne efekty… O każdy centymetr ręki w górę – muszę walczyć. Rehabilitant wysłał mnie po białko dla mięśni, więc odwiedziłam sklep „dla pakerów”. Pan sprzedawca był wyrozumiały dla blondynki i powiedział, że jak ćwiczę mało intensywnie to nie ma zagrożenia „przypakowania” się tylko z jednej strony ;-). A proteinki bardzo dobre są, jak rozpuszczone lody truskawkowe!

I jak sobie chodzę na te ćwiczenia, to poznaję trochę ludzi, a ich podejście do choroby czy kontuzji jest bardzo różnorodne… Czasem człowiek „prawie zdrowy” jest totalnie załamany swoim stopniem niesprawności, a ten, co ma zupełnie przechlapane – jest pełen optymizmu. Jeden przyjmuje los z pokorą, inny się na niego i siebie wścieka. Jeden wie, że wypadek to wypadek, a inny nie może sobie tej sytuacji darować…

Co zyskujemy obwiniając się, załamując, wkurzając na los?
Bo tracimy bardzo wiele. Tracimy każdy dzień, który spędzimy w takim stanie…

O pierwszym razie?

Tak mnie coś naszło, żeby coś napisać o tym, jak teraz wygląda moje życie. W sumie to nie wiem, czy chcecie czytać takie rzeczy?? Bo z motocyklem niewiele mam teraz wspólnego. No może tylko to, że raz wyciągnęłam na dwór Stringa jedną ręką (!) 😉 (a dodam, że trzeba nim wycofać). Nawet się jakoś udało – dzięki takiej rozpórce na kierownicy – trzymając rękę na środku, utrzymywałam kierownicę prosto, a całą jego masę przeniosłam na biodro. Potem go odpaliłam, ot tak, żeby go posłuchać i żeby trochę silnik popracował. A potem zobaczyłam, ile jeszcze muszę ćwiczyć, by prawa ręka dosięgła kierownicy. No niestety podnoszę ramię na 30 stopni, a trzeba minimum 90. Jeszcze troszku! 😉

Na komputerze, jak widzicie piszę – ale tylko na netbooku położonym na kolanach i nie za długo tak mogę. Ale odkąd wyszłam ze szpitala i mam dużo wolnego czasu – to z czasem się jakoś mniej lubimy. Ucieka mi gdzieś bokami ;-). Kiedyś wyrabiałam 8 godzin pracy i popołudniu tyle rzeczy udawało mi się zrobić. Teraz, muszę się mocno zmotywować, by zrobić ze 3 pożyteczne czynności w ciągu całego dnia! Za pożyteczne nie uważam: siedzenie na kompie, przed TV, z książką (no chyba, że czegoś uczy), z MP3, u koleżanki, na ogródku, czy wyskok na zakupy. A właśnie te czynności wychodzą mi teraz najlepiej 😉 i perfidnie kradną mi czas.

Cieszę się, że co chwile mam jakiś pierwszy raz! Pierwszy raz w dzień bez użycia przeciwbólowych. Tydzień później kolejny pierwszy raz – w nocy bez ketonalu też mi się udało! Wymaga to nieco cierpliwości w oczekiwaniu, aż ręka się ułoży i przestanie boleć – ale ważne, że jest to już wykonalne ;-). Szczególnie, że po tych prochach sny nie są zbyt przyjemne (no chyba, że ktoś lubi takie rodem z Marylina Mansona). Potem był pierwszy raz, kiedy w sposób akrobatyczny ubrałam T-shirta (wcześniej musiałam nosić tylko zapinane rzeczy, albo z gumką na górze). Trochę się zamotałam w nim, ale się udało.
A dziś pierwszy raz zjadłam prawą ręką. Muszę ją oprzeć na kolanie, bo siły w niej nadal niewiele, ale już mi się humor poprawił! No i pierwszy raz umyłam twarz obydwoma rękami.

Zupełnie zaskakujące uczucie, cieszyć się tak z czegoś, co kiedyś nie kosztowało, ani bólu, ani wysiłku. A za wyzwanie traktować powrót do sprawności, choć wcześniej wydawała się ona zupełnie naturalna i totalnie niedoceniana…

Dobra, już nie zanudzam ;-). Jutro kontrola, cykną fotkę i może wreszcie pozwolą mi rozpocząć rehabilitację.

Update: Miałam dziś wizytę na 9-tą i się trochę zdziwiłam, że tą godzinę ma też 30 innych osób ;-). Ale dzięki uprzejmości jednego lekarza, mogłam szybciej wskoczyć na RTG i udało się do 12 wszystko załatwić.

Jeszcze nie czas na rehabilitację i podnoszenie ręki, bo najpierw muszę uzyskać jej rotację. To taki ruch, żeby wewnętrzna strona łokcia odwrócona w stronę ciała, dała się obrócić całkiem do przodu (jakby się chciało pokazać wewnętrzną stronę dłoni). Niestety mój łokieć nie rotuje ani centymetr! Mam na to czas do 13-listopada, kiedy znowu będą robić fotę. Nie wiedziałam, że jestem, aż tak fotogeniczna ;-)!

Razem w domku

Melduję, że akcja String 2 się powiodła ;-)! Niedzielna pogoda była idealna na przewiezienie motocykla, a Eliza świetnie sobie poradziła ze Stringiem.

Po kilku przejazdach zapoznawczych po parkingu, wyruszyłyśmy w trasę – ja i Karola w samochodzie, a za nami Eliza na moto. Trasa przebiegła bez przygód, a Eliza miała okazję na własnej skórze odczuć te bicie kierownicy i niewygodną kanapę. Mam nadzieję, że ten pierwszy temat (wymiana felgi) jeszcze w tym sezonie załatwię.

Tymczasem Stringa mam za ścianą i sobie tu miesiąc „popauzujemy” razem. Blizna się bardzo ładnie goi, ręka nadal boli w nocy, ale w dzień jest już całkiem znośnie. Zakres ruchu jeszcze, niestety słaby…

Biorąc pod uwagę, że już wyglądam jak twardziel – mam tatuaż i bliznę na jednej ręce – to chyba muszę zmienić motocykl, na taki „czarny i zły” dla twardzieli ;-).

p.s. Wypadek miałam 2 dni przed urodzinami i dopiero teraz dostałam prezent, który do szpitala raczej nie pasował – fachowy kombinezon przeciwdeszczowy! Takie sytuacje jak TU opisana już mi nie grożą ;-).