Zamkowo-pałacowa niedziela

W powietrzu czuć już mroźne nuty, ale ostatnia niedziela nieco przełamała je odrobiną słońca. Ok. 7 stopni zachęciło mnie do jakiejś, małej przejażdżki. A, że zimno to wymyśliłam po prostu spotkanie motocyklistów przy kawie czy herbacie w jakimś zamku pod Wrocławiem. Jeden mijałam czasem, ale okazało się, że zamknięty jest do odwołania – to padło na Zamek na wodzie w Wojnowicach. To malutki zameczek, który faktycznie stoi w małym jeziorku. Wewnątrz klimat został zachowany i przyjemna jest tam restauracja.

Umówiliśmy się na 13.00, więc wyjechałam trochę wcześniej zająć stolik. Początkowo zgłosił się jeden kolega, ale potem kolejni motocykliści/tki, aż uzbierało się 10 osób. Miła obsługa lokalu pozwoliła mi połączyć 2 stoły i już się wszyscy pomieściliśmy. Fajnie tak sobie pogadać, podsumować sezon i pośmiać się z ludźmi o tej samej pasji.

Później, już w nieco mniejszym składzie, postanowiliśmy odwiedzić cudnie odrestaurowany Pałac w Brzezinie. Trochę mieliśmy obawy, jak tak ekskluzywna restauracja przyjmie grupę motocyklistów, ale okazało się, że nie było żadnego z tym problemu. Również połączono dla nas stoliki i bardzo miło obsłużono. Menu było prawdziwie królewskie, ale zostaliśmy tylko na gorącą czekoladę i pogaduchy. Planowaliśmy jeszcze jakiś wspólny obiad, ale późna godzina rozbiła grupę i każdy pojechał już w stronę własnego domu. Zmierzch następuje teraz szybko, a razem z nim temperatury drastycznie spadają.

Żeby nie było, że za mało kilometrów, to kolega nieco pomylił trasę i wycieczkę też mieliśmy 🙂 . Fajnie spędzona niedziela – dziękuję!

Melduję się :-)

Chwilkę mnie nie było, a to z powodu „życiowej zawieruchy” – niby jestem bezrobotna, a od rana do nocy zajęta. Przeprowadziłam się do Brzegu Dolnego i od 1 sierpnia zaczynam tu też pracować.

Dwa tygodnie temu, nad jeziorkiem w Bielawie, miałam okazję przejechać się nowym motocyklem Justyny – Hondą CB500X. Bardzo podoba mi się sylwetka tego motocykla, lekkość, pozycja za kierownicą. Jechałam tylko chwilę i wiem, że musiałabym się przyzwyczaić do tego typu motocykla, bo jednak najczęściej jeżdżę nakedami i nieco mi brakowało w nim tego pazura. Z pewnością taki motocykl ma sporo plusów np. podczas jazdy bezdrożami.

Miałam też pewną wtopę, ponieważ wymarzyłam sobie motocykl na ścianie w sypialni. Niby nic trudnego: nakleić szablon, pomalować po nim, zdjąć i gotowe! Tjaaaaaaaa… Był taki tester na ścianę, co niby służył do sprawdzenia, czy farba nie zejdzie – nakleiłam, odczekałam, zdjęłam i wyszło OK. Przystąpiłam więc do wyklejania szablonu – strasznie ciężko go zdjąć tak, żeby został na folii transportowej. Potem pyk na ścianę i znowu trzeba się nagimnastykować, żeby na niej został. Ładnie go docisnęłam, pomalowałam przy pomocy gąbki (jak było w opisie), a używałam farby satynowej, żeby było pod kolor wystroju. Odczekałam, potem drugi raz pomalowałam, aż nastąpiła chwila prawdy – a raczej KATASTROFY! Odklejany ze ściany szablon zdjął nie tylko farbę pod szablonem, ale i w wycięciach szablonu i… jeszcze jedną warstwę farby od poprzedniego właściciela! Porażka na całej linii!!! Zostałam z kilkuwarstwową dziurą w malowaniu ściany. Zamalowałam to farbą podstawową, ale nierówność została i muszę tam teraz coś powiesić. Więc ku przestrodze – szablony nie nadają się do nowoczesnych farb, lateksowych, satynowych. Myślę, że jedynie spray lub zwyczajna farba niezmywalna mogą się do tego nadawać.

A ubiegłą sobotę postanowiliśmy z Emilem zrobić sobie małą wycieczkę po okolicznych, zrujnowanych (niestety) pałacach. Okazało się jednak, że dwie, kolejne godziny spędziliśmy w garażu na próbach odpalenia Kawasaki ZX10 Emila (bo zostawił wpiętą nawigację motocyklową na kilka tygodni). Akumulator umarł na amen, więc chcąc ratować wycieczkę, zgodziłam się być pasażerką na własnym motocyklu. Emil już go prowadził, więc obyło się już bez kangurków i szarpania biegami, jak to miało miejsce za pierwszym razem. Dostał tylko dwa razy ochrzan za 120km/h w zakręcie (Ci na ścigach tak mają), bo ja umrzeć na zawał w tak głupi sposób nie zamierzam. Jadę to wymagam! haha

Historia pałaców pod Oleśnicą jest z grubsza podobna – kiedyś olśniewały, potem zostały włączone do terenów PGR-ów, również jako budynki mieszkalne i postępowało ich zaniedbanie. Bogactwa wywiezione (min. do Warszawy), reszta rozkradziona, a przez dziurawe dachy zniszczenie postępowało szybko i zostały już tylko ruiny z dawnej świetności.

Pałac w Boguszycach został wzniesiony przez Konrada von Randow w połowie XIX wieku (fot. 3-4). A bardziej obecnie zniszczony pałac w Brzezince budowany był od 1725 roku dla rodu von Kospoth oraz bogato zdobiony na styl francuski przez licznych artystów i wyposażony w wiele cennych dzieł sztuki (fot. 1-2).

A to zastaliśmy na miejscu:

Boguszyce


Brzezinka

p.s. Jestem w trakcie testowania budżetowej nawigacji motocyklowej Navitel G550. Póki co oceniam, że dobrze reaguje na dotyk w rękawicy i nawet w słońcu jest czytelna. Więcej napiszę, po większej ilości jazd.

Festiwal Kwiatów w Książu

Majówka szara i deszczowa, więc postanowiłam ją nieco podkolorować i wybrałam się na Festiwal Kwiatów w Zamku Książ. Słyszałam, że dzikie tłumy tam bywają, ale liczyłam na to, że w piąty dzień imprezy już nie będzie tak źle.

3-go maja nie było słonecznie, ale na szczęście nie padało. Po dojechaniu na miejsce okazało się, że ruch pojazdów jest kierowany na jakieś odległe parkingi. Inne motocyklistki podjechały jednak pod zamek, więc i ja spróbowałam „na piękne oczy” przekonać policjantów, że miejsce pod zamkiem dla małego motocykla z pewnością się znajdzie! Udało się 🙂 A potem to już faktycznie ujrzałam dzikie tłumy w drodze na zamek…

Spotkałam po drodze motocyklową ekipę z Wrocławia, już po zwiedzaniu, a na zamku widziałam się na chwilę z Justyną, która tam pracuje i trochę mi o zamku poopowiadała.

Na zamku byłam już ze dwa razy, ale w czasie tego święta wygląda on zupełnie inaczej. Pomieszczenia są przyozdobione kwiatowymi instalacjami (pod kolor i w klimacie poszczególnych sali), wszędzie pełno wystawców z przeróżnymi, najczęściej ręcznie wyrabianymi i/lub naturalnymi produktami oraz roślinami. Zwiedzających było sporo, ale największa fala przeszła i już można było w miarę swobodnie zwiedzać i robić zdjęcia:

Były galerie obrazów, jak i unikatowa galeria zdjęć z codziennego życia mieszkańców zamku. To taka teleportacja w czasie – to co dla nas jest po prostu ciekawym miejscem turystycznym, dla innych było rezydencją, domem, miejscem pracy. Codzienne chwile radości, zdjęcia okazyjne i ważne momenty życia mieszkańców zamku.

Po spacerze,w mało przyjemnej mżawce i mgle, po tarasach zamku, wpadłam na… motocykle! Bardzo sympatyczni panowie z historycznej grupy rekonstrukcyjnej z Dzierżoniowa zrobili mi małą sesję na swoich maszynach. Mają olbrzymią wiedzę, a ja oczywiście pytałam, co i do czego jest w tych unikatowych motocyklach. Prawdziwe i wypielęgnowane perełki motocyklowe oraz niesamowici pasjonaci historii! Pozdrawiam ich serdecznie!

Wewnątrz zamku było duszno, a na zewnątrz wilgotno i zimno – w pełnym rynsztunku nie było łatwo, a jeszcze to przenikliwe zimno podczas powrotu! Szybę zalewała mżawka, a od spodu wciąż parowała – połowę drogi musiałam jechać powoli, bo z otwartym kaskiem, żeby cokolwiek widzieć.

A co przywiozłam z zamku? Na pewno nie kwiatka w doniczce, bo u mnie przetrwają tylko kaktusy i aloesy haha Dwa motocykle przywiozłam z których zrobię sobie kolczyki!