Pałac Marianny Orańskiej w Kamieńcu Ząbkowickim

Weekend spędziliśmy z Emilem w Kotlinie Kłodzkiej. W sobotę była imprezka rodzinna, a w niedzielę postanowiliśmy coś zwiedzić. Początkowo myśleliśmy o spływie kajakowym, ale stan wody w Nysie Kłodzkiej jest tak niski, że kajak trzeba ciągle przenosić – zostawimy to na inną okazję. Pałac Marianny Orańskiej towarzyszył mi od dziecka, ponieważ lubiłam z psami szwędać się po okolicy, a on zawsze był gdzieś w tle. Dwie wieże ponad linią lasu tworzą bajkowy klimat.

Kilka lat temu gminie udało się odzyskać pałac z rąk prywatnych, ponieważ zmarł jego właściciel. Wcześniej jednak jego stan znacznie się pogorszył i wszędzie wałęsały się przygłodzone psy. Gmina zainwestowała w remonty, które nadal trwają, ale sporą część pałacu można już obejrzeć. Kontrowersyjna jest cena biletu w wysokości 25 zł, ale nie żałowałam tych pieniędzy, bo pałac robi wrażenie.

Marianna Orańska była niderlandzką księżniczką, która wiele zainwestowała w Kotlinę Kłodzką. Rozbudowała część uzdrowiskową i chętnie pomagała okolicznym mieszkańcom. W życiu prywatnym zdecydowała się na bardzo odważny krok – po rozwodzie związała się z pracownikiem pałacu. Nie zrobiła tego potajemnie, jak było zwyczajowo poprawnie, tylko pojawiała się wszędzie ze swoim partnerem i wspólnie wychowywali dzieci. Gdy w konsekwencji otrzymała zakaz wchodzenia do pałacu drzwiami, to wchodziła tam oknem (tak i dzisiaj się zwiedza), a gdy na terytorium Polski mogła przebywać tylko 24h, to na noc przenosiła się na stronę czeską, kilka kilometrów dalej. Żyła po swojemu, kochała swojego partnera i nikt jej w tym nie przeszkodził.

Pałac ma ok 100 pomieszczeń, budynek i ogród był zaprojektowany przez światowej sławy architektów, a wszystkiego doglądała Marianna. Obecnie pomieszczenia są w dobrym stanie, jednak nie mają praktycznie żadnego wyposażenia z tamtych lat, można je jedynie zobaczyć na starych fotografiach. W witrynach znajdują się drobne rzeczy znalezione w pałacu. W jednej sal są zdjęcia pałacu w chwili przejęcia i dopiero można docenić ogrom prac, jaki został wykonany do dnia dzisiejszego. Opowieści pani przewodnik ubarwiają całą wycieczkę, a zwiedzanie trwa ok. 1,5 h.

Niedzielna wycieczka, pełna niespodzianek

Uwielbiam jeździć na motocyklowe wycieczki i zwiedzać przy tym różne miejsca. Są to raczej miejsca typowo turystyczne, mniej lub bardziej popularne. Pewnego razu zobaczyłam u kolegi Marcina zdjęcia z wycieczki, które spowodowały, że miałam gęsią skórkę. A okazało się, że to całkiem blisko mojego miejsca zamieszkania. Postanowiłam też tam pojechać, choć wiązało się to z pewnym ryzykiem, bo pałac ten jest opuszczony od 2011 roku i nie wiadomo, co się na miejscu zastanie. Na wycieczkę był chętny jeden kolega, też Marcin, który przyjechał z Adrianem. Postanowiłam nie powiększać tej grupy, bo nie było wiadomo, na co się piszemy…

Okazało się, że Marcin i Adrian mają już za sobą wycieczki w stylu „urbex”, po opuszczonych budynkach i tylko ja pozostałam debiutantką w tej kwestii. Na miejscu zastaliśmy pokrzywy po kask i otwarte okno, którym wszyscy tam wchodzą. Budynek w dawnej części mieszkalnej był w znośnej kondycji i nie groził zawaleniem. Ale, im wyżej szliśmy i dalej, to ten stan podłóg był coraz gorszy, więc zawróciliśmy. Widać, że w pałacu rządzili menele, ale też pozostało tam mnóstwo rzeczy po dawnych lokatorach. I to właśnie to połączenie dziecięcych zabawek z obskurnym wnętrzem robiło tak mocne wrażenie. A dodatkowo kilka ustawek, które przypominały sceny wprost z horrorów! Szybko robiłam zdjęcia i chciałam to miejsce opuścić. Zobaczcie sami:

Drugim celem wycieczki był Pałac Krobielowice, który od przodu wygląda jak zwyczajny budynek, ale wystarczy go obejść, by zobaczyć, jaki jest piękny. Można też wejść do środka i skorzystać z restauracji lub hotelu. Ja miałam to szczęście, że wpadłam na p. Radka, który zawsze chętnie opowiada historię zamku (koledzy się nie załapali, bo się na chwilę rozdzieliliśmy). Zaprowadził mnie na balkon, a później pokazał apartament feldmarszałka pruskiego Gebharda Leberechta von Blüchera, który ten pałac dostał w nagrodę za wygraną z Napoleonem bitwę. Po latach pałac wykupił krewny feldmarszałka (który mieszka w Nowej Zelandii) i pięknie go odrestaurował. To miejsce warte odwiedzenia!

Potem udaliśmy się do Sobótki, by zobaczyć Zamek Górka, który pięknie wygląda, ale niestety nie można wejść do jego wnętrz. Do małego kosciółka dobudowano część mieszkalną, a całość bardzo ucierpiała podczas wojennych grabieży.

Po drodze udaliśmy się też na zaporę zbiornika w Mietkowie, gdzie prowadzi 100 schodów! Na szczęście były niskie i w taki upał nie popadaliśmy z wysiłku. A zastane na górze widoki wszystko rekompensowały!

Na koniec Marcin zaproponował, żeby zobaczyć starą, opuszczoną cukrownię, którą mieliśmy po trasie. Okazało się jednak, że już jest rozbierana i niewiele z niej zostało.


Po całym dniu upałów usiedliśmy sobie na chwilę w cieniu na pogaduchy, a jak przyszło do ruszania to mój motocykl postanowił wyzionąć ducha! Dwa tygodnie wcześniej wprawdzie akumulator mi padł, ale po naładowaniu działał bez zarzutu, aż do tej niedzieli. Zadzwoniłam do kolegi zapytać, czy ma możliwość podjechania do nas autem z przewodami do odpalania, a w tym czasie Adrian z Marcinem robili akcję odpalania „na pych”. Za pierwszym razem nic z tego nie wyszło, ale Adrian się zaparł, wepchnął motocykl pod większą górkę i zjeżdżając na dół, przebierając nogami „na flinstona” próbował dalej. I udało się!

A jak się udało, to postanowiliśmy kontynuować wycieczkę i jeszcze nieco dołożyć sobie kilometrów w drodze do domu. Na garażach czekali już na mnie koledzy z miernikiem i wyszło na to, że coś mi te wartości mocno skaczą. Zaczęli szukać przyczyny, odkryli cele akumulatora i się okazało, że są w połowie suche. Dolali co trzeba i póki co (odpukać) akumulator nadal żyje. Ja też, bo jeszcze załapałam się na grilla po tym wyczerpującym i zaskakującym dniu.

Dziękuję za super wycieczkę i pomoc w potrzebie. Na motocyklistów zawsze można liczyć!

„Za górami, za lasami, za zamkami” – relacja z wycieczki cz. 3 (Zamek Orawski i powrót)

Początkowo plan naszej wycieczki obejmował Słowacki Raj, jednak trasy do trekkingu są tam długie, więc w motocyklowych ciuchach to bezsensowny pomysł. Wrócimy tam jeszcze samochodem.
Dzień na Słowacji postanowiliśmy wykorzystać na polatanie krętą, górską trasą 584 oraz zwiedzenie Zamku Orawskiego. Pogoda nadal dopisywała, ruch był minimalny, więc gęby nam się cieszyły na tych wszystkich zakrętach, a i widoki na doliny były obłędne (czego niestety zdjęcia nie oddadzą).

Potem jechaliśmy jeszcze kilkanaście kilometrów, nieco mniej spektakularnymi, drogami. A zamku na skałach nic a nic nie było widać. Okazało się, że dojeżdżamy do niego od tylnego pasma gór, więc dopiero na ostatnich kilometrach coś tam można było w górze dojrzeć. Pod zamkiem jest parking za 2 euro, a panie tam są na tyle miłe, że zachęcają, by zostawić kaski i kurtki na motocyklach. Przydało się to bardzo, bo było dość ciepło, a i na zamku wiele było schodów, więc chodzenie z tobołami trochę by zmęczyło. Jak ktoś chce zaparkować za darmo, to nieco dalej na krzyżówce jest plac, gdzie motocykl pewnie można zostawić.

Zewnętrznie zamek robi wrażenie, jego budowa była stopniowa, od partii najwyższej i najstarszej, po niższe. Czasem mówi się, że to 3 zamki w 1. Zwiedzanie odbywa się tylko z przewodnikiem, który otwiera bramę. Kolejne tury turystów wchodzą co godzinę, a my załapaliśmy się na zamek średni i wysoki, ponieważ na pełny pakiet musielibyśmy czekać 2 godziny. Przewodnik mówi w swoim ojczystym języku, ale w wielu punktach są tabliczki, że z aplikacji można odsłuchać także w języku polskim czy angielskim.

Niewiele wiadomo o początkach budowy, a legenda głosi, że pomagał w niej sam diabeł. Zamek miał zabezpieczać granice i właśnie przez to położenie był w rękach węgierskich, polskich, czechosłowackich i słowackich. Jednak największego zniszczenia dokonał pożar, który wybuchł w 1800 roku i strawił wszelkie dobra drewniane (ocalał jedynie najniższy zamek). 100 lat później rozpoczęto odbudowę, a i obecnie w zamku nadal trwają prace remontowe i rekonstrukcyjne.

Zamek jest teraz własnością państwa, pełni rolę pamiątki narodowej i muzeum. Prezentowana jest w nim historia samego zamku, a najbardziej szczegółowo pokazano epokę Turzonów. Jest też ekspozycja przyrodnicza oraz etnograficzna Orawy, są sale z przedmiotami codziennego użytku poszczególnych warstw społecznych, oraz z kolekcją wykopalisk archeologicznych. Zamek jest często wykorzystywany jako filmowe tło i chyba najbardziej w Polsce kojarzy się z serialem „Janosik”.

Wnętrza zamku:

Z życia mieszkańców regionu:

Wykopaliska archeologiczne:

Ekspozycja przyrodnicza:

Wróciliśmy z zamku późnym popołudniem, a w nocy przyszła burza. Rano na termometrze zobaczyliśmy (o zgrozo) ok. 10 stopni. Dobrze, że już przyszła pora powrotu, ale musieliśmy się na tą okazję cieplej ubrać (dobrze, że wiozłam zimowe rękawice z membraną). Słowacja żegnała nas chłodno, a góry spowite były chmurami. Po przekroczeniu granicy było już znacznie cieplej, ale zatrzymaliśmy się, żeby napić się coś ciepłego i odtajać.

Na koniec w planie wycieczki była kultowa Przełęcz Salmopolska, musieliśmy trochę nadrzucić kilometrów, ale było warto. Przynajmniej w połowie, bo na szczyt droga była słabej jakości, a z górki już jechaliśmy idealnym i krętym asfaltem.

Potem było już tylko gorzej… Oczywiście, trasa do Raciborza na maksa zakorkowana! A do tego coś mi się zaczęło dziać ze sprzęgłem, więc starałam się je oszczędzać. Już przy Ogrodzieńcu były pierwsze objawy, biegi cięzko wchodziły, ale pomogła regulacja pokrętłem przy klamce. Na koniec zrobiło się trudniej, bo zmiana biegu była możliwa dopiero przy maksymalnym dociśnięciu klamki do kierownicy, a motocykl ruszał praktycznie przy klamce całkiem puszczonej. Nerwy już miałam nieźle napięte! Bo nie dość, że ciężko się jedzie, to jeszcze ruch maksymalny. Zatrzymaliśmy się na obiad, zadzwoniłam do mechanika, a on doradził, że najlepiej (póki jesteśmy w dużym mieście) podjechać do jakiegoś serwisu motocyklowego.

Była już prawie 17, ale znaleźliśmy serwis czynny do 18. Ruszamy, a Emil mi mówi, że nie mam światła z przodu! Nosz kurde – kumulacja! Podjechaliśmy do Migus Motocykle, gdzie powitał nas sympatyczny właściciel. Już wiedziałam, że motocykl jest w dobrych rękach. Przejechał się i wyregulował tą linkę z klamką tak, że normalnie (choć większej siły trzeba użyć) dało się wbijać biegi. Przy ruszaniu nadal ciągnęło dopiero na końcu, ale to już oddam Dziabąga do serwisu po powrocie, bo tu raczej wymiana linki/klamki będzie konieczna. Żarówka oczywiście też wymieniona. Przy okazji sympatycznie sobie pogadaliśmy i mogę z czystym sumieniem ten serwis polecić.

Było już późno, ale drogi przez to mniej oblegane, biegi dało się zmieniać, więc kilometry leciały dużo szybciej. Mieliśmy spać pod Opolem, gościnnie u Sisters MotoTeam, ale jak się okazało, że mamy jeszcze siły, a do domu już coś, ponad 100 kilometrów to postanowiliśmy pociągnąć dalej. Zostaliśmy w gościach do 21, rozgrzewając się nieco herbatką przed dalszą drogą i ruszyliśmy. Dojechaliśmy do Brzegu Dolnego ok. 23 ( wyszło 470 km) i powiem Wam, że nie ma to jak w domu! Szczególnie jak się wraca z głową pełną wrażeń 😉 .