Małe latanie wokół komina

IMG_20160330_193302Oddałam Pomidora na nowy parking, po drugiej stronie ulicy. Na zewnątrz (bez dachu), ale strzeżony. We wtorek jadąc tramwajem do pracy, dojrzałam, że z Pomidorem dzieje się coś dziwnego, stoi jakoś inaczej?? Nie dawało mi to spokoju cały dzień, a wracając z pracy odwiedziłam parking i niestety moje obawy się potwierdziły… Pomidor leżał! Nie tak całkiem, bo oparł się kufrem o drzewo i handbarem o słupek.

Zdenerwowałam się nieźle, bo leżał tak długo, nikt go nie podniósł, ani mnie nie poinformował. Poza tym, zostawiłam go w pozycji mocno pochylonej na lewo, więc moim zdaniem ktoś „pomógł” to 180 kg na skręconym w lewo (i zablokowanym) kole, wywrócić na – prawo. Siłę upadku przyjął handbar (przesunął się), lusterko, które się wygięło i kufer. Na szczęście wpadłam na to, by zakręcić kranik, bo w tej pozycji, to i paliwo by mi całe wyleciało.
Okazało się, że kamery na parkingu są, ale nie działają. Zadzwoniłam do właściciela parkingu, porozmawiałam – obiecał poprawę i naprawienie tych kamer. Póki co, panowie z parkingu pomagają mi, są bardzo uprzejmi i mam nadzieję, że właściciel dotrzyma słowa, a sytuacja się już nie powtórzy.

Zapewne ta sytuacja miała też wpływ na to, że w sobotę nie dało się Pomidora odpalić. Akumulator kręcił i nic. Zadzwoniłam do kolegi Andrzeja, który obiecał podjechać i zobaczyć, co się stało. W międzyczasie przeszłam się do nowo otwartego sklepu motocyklowego Dragtech, który ma obok swoją siedzibę. Ze sprzedawcą szybko znalazłam wspólny „motocyklowy” język i on też zaoferował się z pomocą, gdyby nie udało się motocykla odpalić. Jednak Andrzej, którego żona ma ten sam model motocykla, ma sposoby i na mojego Pomidora – manetką podpompował paliwo i dopiero uruchomił motocykl. Nauczyłam się już od niego tej sztuczki i odpala mi teraz „od strzała”. Poza tym silnik przestał wypuszczać olej, a mimo niezbyt łagodnej jazdy nie udało mi się spalić 4-rech litrów na 100 km – także jesienny serwis motocykla się opłacał.

Pojechałam do Kotliny Kłodzkiej, strasznie wiało i trudno się jechało. Zdecydowanie wolę deszcz, niż ten okropny hałas w kasku i napór wiatru, który podczas pokonywania zakrętu potrafi zmienić kierunek swojego ataku. Końcówka trasy była nieco przyjemniejsza i można było się nacieszyć wiosenną, słoneczną pogodą. A w domu rodzinnym mieliśmy gości, dwóch kuzynów mojego taty, z których jeden jest motocyklistą i mieszka na Krecie. Popołudnie minęło w bardzo sympatycznej atmosferze 🙂 .

IMG_20160403_170529W niedzielę miałam spotkanie w sprawie Rajdu Tukan, bo jak co roku, będę pomagać organizatorom jako wolontariusz. A rajd zapowiada się nieźle, bo zgłosiło się ok. 180 motocyklistów! Przez dwa dni pokonywać będą wymagające, off-roadowe odcinki (można też wybrać jednodniową, asfaltową formułę). Baza rajdu będzie umiejscowiona w Bardo.

Zebranie było po 14, a o 12 kolega planował mały wypad do Henrykowa. Tomek odebrał wreszcie z serwisu swoją CRB250 i zabrał ze sobą jeszcze dwóch kolegów na Rometach (poj. 125 i 150). Miałam prowadzić w prędkościach ok. 80 km i specjalnie nie sprawiało mi to trudności (choć sama już bardzo rzadko tak jeżdżę). Odwiedziliśmy Biesiadny Dwór w Ciepłowodach (który jest piękny, ale nie był czynny) i Opactwo Cystersów w Henrykowie. A, że miałam jeszcze trochę czasu to pojechałam okrężną drogą, odprowadzić chłopaków, by znów wrócić pod Henryków na zebranie. Na stacji benzynowej zagadałam motocyklistę na pięknym customie z Hondy CX500, a on nie mógł się nadziwić, że z jednego gara mam dwa wydechy 🙂 . I na koniec znów wylądowałam u Cystersów, bo ekipa z zebrania miała ochotę to miejsce odwiedzić. Także w sumie kręciłam się tego dnia w kółko, a może bardziej w ósemkę?? 😉 Mapka tu.

Wolna jazda ma swój urok, można zobaczyć dużo więcej, poczuć dużo więcej. Raz nawet zwolniłam zupełnie, żeby nie spłoszyć całego stada… bażantów! Cudownie się prezentowały. Gdzieniegdzie kwitną i pięknie pachną drzewa. Pogoda była słoneczna, można było wypiąć zimowe podpinki z kurtki i spodni. Na to czekałam całą zimę! Na wiosnę na motocyklu.

Prawie jak w niebie! Prawie…

Ostatni dzień października postanowiłam uczcić, organizując wycieczkę do zamku w Niemodlinie. Od samego początku wycieczka napotykała rożne przeszkody – rano dostałam info, że we Wrocławiu straszna mgła i dwie osoby zrezygnowały. Kolejny motocyklista napisał, że przejechał pół drogi, zamarzł w tej mgle i zawrócił. Chwilę potem sms, że Marcin się spóźni i kolejny, że spóźni się też Justyna z kolegami. No nie! 😉

Piękne słońce, więc skoczyłam jeszcze zrobić mamie małe zakupy. Wracam, patrzę i oczom nie wierzę! Nad lasem zebrały się olbrzymie kłęby mgły i stopniowo zalewały całą okolicę. Słońca już nie było, niczego już nie było! Jedynie kilka metrów drogi przede mną… Jechałam na miejsce zbiórki zupełnie zrezygnowana, że wycieczkę trzeba będzie odwołać, bo w takich warunkach wspólna jazda nie ma sensu. Jednak po wjechaniu do Złotego Stoku znowu wyszło słońce i nadzieja wróciła!

12188494_1023199947744022_885042254_nJak tak sobie czekałam, to zaczepił mnie jeden kierowca i się okazało, że też jest motocyklistą, tyle, że z Podkarpacia. Sympatycznie pogadaliśmy, aż nadjechała Justyna z Łukaszem i Jurkiem, a chwilę potem Marcin. Nasza ekipa była w pewnym sensie wyjątkowa, bo liczyła sobie 2 kobiety i 3… strażaków 😉 . No cóż – mogłyśmy się czuć bezpiecznie w takiej obstawie!

Ruszyliśmy ze słonecznego Złotego Stoku, by tuż za pierwszą górką wpaść w krainę wiecznej białości… No nie! Jechaliśmy, jechaliśmy i kompletnie żadnej poprawy. Parę metrów widać przed motocyklem, żadnego krajobrazu, wilgoć na kasku, ubraniach, zimno penetrujące do kości (mimo wielu warstw ubrania). Mając na uwadze to, że jadą z nami nakedy, zjechałam w Skorochowie z trasy, by zrobić zebranie, co dalej robimy? Tak jak przypuszczałam, większość była za odwrotem i gorącą kawą tuż obok. Koledzy wzięli się za mięso i strażackie pogaduchy, a ja z Justyną skusiłyśmy się na gofry i tematy babskie. Nie wiem, czy lokal tak dba o naszą linię, ale dostałyśmy mini gofry, a „owoce” w liczbie mnogiej znaczyły, że będzie mnoga ilość ananasa z puszki. Rozczarowanie!

Nasze motocykle na parkingu kolorowały biały świat:

W tym czasie Łukasz dostał telefon, że Polanica jest po drugiej stronie mocy i mają tam słońce! Postanowiliśmy wrócić do Złotego stoku i odbić w przeciwnym kierunku. Poprowadził Jurek w żwawym tempie motocykla sportowego, a my nie staraliśmy się mu dorównać 😉 . Ale czekał na nas co jakiś czas. W jednym momencie wpadłam w taką białość, że motocykla przed sobą, ani za sobą żadnego nie widziałam. Zabójcze uczucie! Takiej nierealności, to jakby nagle znaleźć się w niebie, choć uważam, że w niebie powinno być cieplej! 😉

W Złotym Stoku wyszło upragnione słońce! Jeju, jak cudnie było się w nim wygrzewać! Wysuszyć zawilgocone ciuchy i wreszcie uśmiechać się z kasku do świata. Piękna, równa i kręta droga, kolorowe lasy w jesiennych barwach, ooooo tak! Tego nam było trzeba 😉 . Dojechaliśmy pod deptak w Polanicy, gdzie miał być motocyklowy lans, ale niewiele się tam działo hehe. Jedyne szoł robiliśmy my, próbując upakować się w pojazdy dla dzieci, zresztą skutecznie! A ile śmiechu przy tym było! 😉

Potem pożegnaliśmy się na stacji benzynowej i każdy ruszył w swoją stronę. To był super dzień, zupełnie nieprzewidywalny, ale mocą naszych motocyklowych dusz, pokonaliśmy biały świat i odzyskaliśmy kolory!

Film od Marcina nie oddaje wielkości tej mgły, a on musiał się z nią zmierzyć jeszcze raz w drodze powrotnej do Wrocławia. Za to oddaje obraz motocyklistek w trasie 😉 (ja to się napompowałam jak ludzik Michelina haha):

Wracałam do Wrocławia w niedziele, było już słonecznie, choć mocno wiało. Ruch był spory i niestety kierowcy odzwyczaili się już od wypatrywania motocyklistów – dwa razy musiałam hamować awaryjnie, jak mi wymuszali pierwszeństwo.

p.s. Jurek dzięki za polubienie bloga i tak, jak się umawialiśmy – nie obsmarowałam Cię za bardzo 😉 .

Babska wycieczka!

Do Kotliny Kłodzkiej wybrałam się w piątek, ale po drodze odwiedziłam Magdę, która ma świetne pomysły na ubarwienie i poprawę widoczności kasków. Swojej córce, która uwielbia koty zrobiła kask w kocie łapki, a i mi na poczekaniu strzeliła flagę z tyłu, a z przodu… usta! Wszystkie naklejki świecą w nocy. Już, jak od niej wyjechałam – panowie na pasach padli ze śmiechu, także pomysł zwraca uwagę i bawi. Przekonałam się o tym także później w różnych miejscowościach i przynajmniej nie muszę się martwić o to, że mnie ktoś nie zauważy 😉 .

Przykleiłyśmy też pinlocka i trochę było przy tym śmiechu, bo jakoś te warstwy na nim były dla nas czarną magią, instrukcja po angielsku, którą zrozumieliśmy na zasadzie „Kali jeść, Kali pić”, a obrazki też jakieś, niezbyt jasne. Udało się go przykleić, ale oczywiście krzywo mi to wyszło, bo nie posłuchałam instrukcji, żeby najpierw oznaczyć sobie jego położenie. Teraz kask mi prawie nie paruje, prawie, bo w skrajnych warunkach potrafi nadal zajść mgłą, ale wystarczy sekunda otwarcia szybki, żeby to zniwelować. Nie muszę już jeździć z otwartym kaskiem! Musiałam popracować nad odruchem otwierania szybki przy każdym zatrzymaniu! Teraz już nie muszę tego robić 🙂 .

Jadę, jadę do rodziców, biorę się za wyprzedzanie eLki, a tu klakson! Szybki rzut oka w lusterko, czy komuś drogi nie zajechałam, ale za mną nikogo nie było!? Dziwna sytuacja, jadę dalej, wrzucam kierunek, a tu klakson! Co jest do cholery!? Przyczyna była zabawna, otóż ta osłona handbarów mojej mamy przesunęła się dołem i materiał naciągnięty na klakson przy ruchu dłoni go uruchamiał. Uśmiałam się! W domu przy pomocy igły i nitki przymocowałam lepiej te ocieplacze.

W sobotę pogoda miała być piękna, może nie upalna, ale słoneczna. Postanowiłam dokończyć tematy zamkowe w woj. opolskim, ale udało się to tylko częściowo. Na ogłoszenie o wycieczce odpowiedziało wielu motocyklistów, tyle że odpowiedzi były odmowne. Jakoś nikomu ten termin nie przypasował, albo już zimują motocykle. Pogoda taka, że postanowiłam pojechać, choćby sama, ale powiem Wam, że po sezonie spędzonym w gronie motocyklistów, samotna jazda nie jest już tak satysfakcjonująca. Na pauzach nie ma się do kogo odezwać, a zobaczonych rzeczy nie ma z kim obgadać. Mogę jechać z punktu A do B sama, ale wycieczek już nie wyobrażam sobie bez towarzystwa!

Na szczęście z pomocą przyszła Magda i podesłała mi swoją znajomą, która mieszka niedaleko i też pomysłu na sobotę nie miała. Baby to jednak twarde są! Z Justyną umówiłam się w Złotym Stoku i gdy ujrzałam, jak męczy się na manewrach parkingowych – to oceniłam jej umiejętności na mocno początkujące. Jednak z bliska zobaczyłam, że po prostu jest drobnej budowy, a jej maszyna to ponad 200 kg, wiec nie ma się czemu dziwić i szacun, że w ogóle takie spore moto ogarnia 😉 .

IMG_20151024_123926Pojechałyśmy na stację benzynową i sympatycznie pogadałyśmy. Justyna została moją idolką, jeżeli chodzi o ilość słów wypowiadanych na minutę, a to na mnie czasem mówią „małe ADHD”, przy niej – to ja jestem jednak flegmatykiem 😉 . Na szczęście opowiada przy tym fajne rzeczy i ma poczucie humoru, więc miło było ją poznać, i razem spędzić czas. Wymieniłyśmy się też spostrzeżeniami o tym, jaki wpływ na bezpieczeństwo motocyklistki mają wystające spod kasku włosy. A uwierzcie, że mają bardzo duże, bo inni kierowcy bywają wtedy gentelmanami 😉 . Okazało się tylko, że zatankowane na Bliskiej paliwo nie było najlepsze, bo mi motocykl zgasł 2 razy, a Justyny „Miśka” na wolnych obrotach się dusiła.

Ruszyłyśmy w stronę Grodkowa, po drodze stając przy moich ulubionych zalewach, a jeden z nich stał się jesienią, bardziej zbiorem wysp. Droga była dobrze oznakowana, więc do pałacu w Sulisławiu poprowadziłam bez problemu. XIX-wieczny pałac został odnowiony w 2012 i mieści się w nim hotel, otacza go ładny park i inne zabudowania. Motocyklem można wjechać na teren parku i bez problemu sobie wszystko obejrzeć. Jednak pierwsze, co nam się rzuciło w oczy, a raczej w uszy – to jelenie na rykowisku 😉 .

Okazało się, że obok jest wielka zagroda, a w niej mnóstwo danieli, a w tym jeden – szef stada, który zajmował się robieniem dużego hałasu i przeganianiem swoich rywali. Sarenki za to pięknie pozowały i obserwowały ludzi. Stałyśmy tam jeszcze chwilę i zaczepił nas jakiś pan, który o nie dba. Opowiedział, że zaczynali od 4 sztuk i że mają kilka hektarów dla nich, choć zdarzają się sytuacje, gdy ktoś niszczy ogrodzenie po to, by im uciekły. Zdradził nam także, że uwielbiają kasztany, a nawet jedzą je z ręki.

Potem poszłyśmy pooglądać pałac i okoliczne, rycerskie posągi oraz ładną fontannę. W fontannie zobaczyłam wiele kasztanów i zaczęłam się zastanawiać, skąd się tam wzięły. Po chwili już namierzyłam drzewo i nazbierałam do kasku sporo kasztanów, Justyna dołączyła i tak przygotowane poszłyśmy karmić daniele. Już jeden rzucony kasztan pobudził całe stadko, które ustawiło się do karmienia. Jednak nie znały nas i były płochliwe, więc o karmieniu z ręki nie było mowy. Tak czy siak frajdę miałyśmy z tego wielką!

IMG_20151024_151934Byłyśmy już niedaleko ruin w Kopicach, więc jeszcze je chciałam Justynie pokazać. Uzgodniłyśmy, że teraz ona poprowadzi na nawigację. No i wtedy się zdziwiłam! Całą drogę jechałam ostrożnie, żeby nowej koleżanki nie stresować prędkościami, a ona jak pognała przodem, to mi kopara opadła. Koleżanka wcale się nie stresuje! Mało tego – świetnie jeździ, nie boi się zakrętów i zachowuje tor jazdy. Przejechała dopiero 1000 kilometrów na swoim motocyklu, ale widać, że przeszła bardzo dobrą szkołę jazdy! No i jej motocykl lubi się wkręcać, mój Pomidor to przy nim „osiołek”.

IMG_20151024_153215Na miejscu w Kopicach okazało się, że pani przewodniczka właśnie poszła z turystami (tura trwa 1,5 godziny), więc nie było sensu czekać, a i łapało nas późne popołudnie i trzeba było robić odwrót. Po drodze jeszcze jakiś stary dworek obejrzałyśmy i pojechałyśmy szukać stacji benzynowej. Najbliższa miała być w Grodkowie, ale tak była schowana, że jej wcale nie znalazłyśmy! Jednak to fajne miasteczko, ma sporo ładnych, starych budynków, więc wiosną warto mu się bliżej przyjrzeć. Na pożegnalnego hot-doga stanęłyśmy na stacji dopiero w Ziębicach. Pogoda się zaczęła załamywać, nad lasami zbierała się już lodowata mgła, więc szybko rozstałyśmy się i pognałyśmy do ciepłych domków.

Dzisiaj wracałam do Wrocławia i było dużo zimniej, oczy łzawią czasami, a z nosa uparcie kapie. Jaka jest jesienna jazda? Inna, mniej komfortowa. Chłód, wiatr i szybko zapadający zmrok – nie sprzyjają koncentracji. Jadę bardziej automatycznie, żeby dojechać, żeby mi było w końcu ciepło. Choć widoki nieraz ściągają moją uwagę, wesoła żółtość liści, jakby na przekór aurze, wywołuje uśmiech. Póki nie leżą na asfalcie, czuję się bezpiecznie. Czasem robią nad drogą złote sklepienie, aż jadąc zadzieram głowę do góry. Nie mogę się oprzeć…

p.s. Fajna freceived_1020957584634925otka od Justyny: