(prawie) Babski piknik w Wojnowicach

10425356_1580074112246690_6362489379686912578_nW sobotę miał się odbyć pod Wrocławiem „Piknik z dziewczynami z gminy” z akcentami motocyklowymi. Korzystając z okazji, że wybierało się tam kilka motocyklistek – postanowiłyśmy wcześniej strzelić sobie małą traskę. Agnieszka zadbała o trasę (nawet 3 do wyboru były!), a Magda zapraszała do siebie na kawę.

Udało się zebrać 6 motocyklistek, jedną na plecaczku i dwóch rodzynków męskich. Najpierw wypad miał być 100% babski, ale jak tu nie wymięknąć, jak w domu u Magdy powitał nas taaaaaaki (jak na foto) tort! Miał bitą śmietanę i owoce, mniaaaaaam. A zrobił je Magdy mąż – dzię-ku-je-my! 😉 I jeszcze pozazdrościłam Magdzie pięknie wypolerowanych butów motocyklowych (jak nowe wyglądały) – to jak piłam kawę, jakiś kopciuszek mi moje buty odpicował. Prawie ich nie poznałam, gdy poszłam je ubrać 😉 . Dziwne, ale miłe rzeczy się dzieją w tym domu…

Wyruszyliśmy w 100-kilometrową trasę lokalnymi drogami. Tempo dla mnie było idealne, poza tym dziewczyny świetnie trzymają stado (nie to co faceci!). Szyk był, jak ktoś został na światłach – to reszta czekała. Jestem pod wrażeniem! 🙂 W naszej grupie były osoby preferujące większe prędkości, ale jakiś specjalnych reklamacji nie było…

Droga miejscami bardzo łatana, raz zdjęty asfalt, ale zdarzały się i idealne kilometry – jak to w naszym kraju bywa. Piękne widoki (i oczywiście też intensywne, bo rzepak daje czadu), a najbardziej podobał mi się fragment przez młody, soczyście zielony lasek. W jednej wiosce mało pod koła nie powpadały nam parotygodniowe pieski, a w drugiej LwG pokazywał nam podpity gościu na rowerze. Ogólnie sporo tego typu ludzi spotykałyśmy tego dnia, przy czym byli bardzo wylewni, ale nie szła za tym kompletnie żadna znajomość tematu motocyklowego (jeden powiedział nawet, że mam niezłego choppera) 😉 .

Piknik był taki, typowo wiejski – na boisku, a ok. połowę gości stanowili motocykliści. Bardzo fajnie, że organizator zaprosił nas na darmową kiełbaskę, choć nie wiedzieć czemu – też na piwo (takie kupony dostawaliśmy). Były rożne, kolorowe stoiska z produktami hand made (będę miała kolczyki z owieczkami – foto w galerii), zbierano kasę dla psiaków, samolot robił popisy i pompowano wielki balon z koszem. Z motocyklowych atrakcji był pokaz stuntu na malutkiej, drewnianej scenie – ale chłopak dał radę! Druga część odbyła się już na asfalcie. Dołączyła do nas część stada „Głodnych Wilków”, a trzech naszych kolegów miało okazję powozić dzieciaki po boisku. Całkiem sympatycznie spędziliśmy czas, pogoda też była wymarzona.

Galeria Andrzeja Turczyna:

„Głodne Wilki” reaktywacja!

Pamiętacie moje rekordowe 135 km? Zapomnijcie! A co powiedzie na 260? 😉 No dobra, dobra… w dwa dni, ale brzmi nieźle! Bo to w sumie jest tak, że ja po rehabilitacji widzę poprawę w zachowaniu ręki podczas jazdy na motocyklu. A moi rehabilitanci widzą poprawę po mojej weekendowej jeździe na motocyklu w ruchomości i sile ręki (bo jakby nie patrzeć, to też dla niej wysiłek). Więc, obie strony są z postępów zadowolone!

11212671_634356146663870_1167477342962579720_oW weekend w odbywała się Bystrzycka Majówka Motocyklowa i postanowiliśmy się tam udać. Trochę w ramach reaktywacji grupy „Głodnych Wilków”, choć z ich pierwotnego składu były jedynie 4 osoby, ale dołączyło 6 nowych, a w tym dwie fajne (i szybkie) motocyklistki. Raczej nie ma możliwości zwołania powtarzalnego składu na facebooku, więc pewnie zawsze będą jakieś Wilki Etatowe i Młode Wilki. Przynajmniej zawsze są nowi ludzie, nowe tematy i na szczęście – ten sam wesoły klimat.

W Bystrzycy pobyczyliśmy się na pikniku, powitaliśmy paradę i omówiliśmy plan naszej wycieczki. Pierwszym punktem miała być baszta widokowa na rynku w Bystrzycy Kłodzkiej, drugim drewniany kościółek w Zalesiu (1718 rok), trzecim zamek i punkt widokowy w Szczytnej i na koniec (jak na Głodne Wilki przystało) pizza w Polanicy Zdroju. Przedostatni punkt wycieczki mnie (przez przypadek) nie dotyczył, ale o tym za chwilę 😉 . Najbardziej zorientowany w okolicy Bystrzycy był Artur, więc został przewodnikiem.

Rynek ma ratusz, starą bramę i dwie baszty, a na jednej z nich można oglądać okolicę. Podczas majówki miała być promocja na zwiedzanie, jednak tylko internet o tym wiedział, pan wpuszczający do niej ani trochę. Po „burzliwych” negocjacjach, połowa grupy wspięła się na górę (co jak zwykle jest wyczynem w tych wszystkich ciuchach), by podziwiać widoki – cóż mam teraz napisać? Tak jakoś dyplomatycznie… Żeby widok był ładny, to trzeba by nieco w photoshopie zrobić retuszu na pierwszym planie. Bo piękna natura dookoła obroni się sama, ale miasteczko jest miejscami w opłakanym stanie.

Następnie udaliśmy się za wskazówkami Artura do Zalesia, gdzie trzeba było poprosić ($) o wpuszczenie do drewnianego kościółka. Jego zapach już na wstępie zdradzał długą historię i wszystko, co się w środku zachowało – robiło wielkie wrażenie! Szczególnie, że wnętrze nigdy nie było restaurowane, a wyglądało nadal bardzo dobrze:

Stamtąd uderzyliśmy na Polanicę Zdrój i oczywiście perszingi przodem. Już wiem, na czym polega między nami różnica – po prostu ja hamuje do zakrętu, a oni się składają 😉 .

Na początku miasta była zbiórka, ale pomachali, żeby jechać przodem – to pojechałam za Arturem. Pierwsza krzyżówka i niezły był tłok, więc rozdzieliły nas 3 auta, zauważyłam, że przewodnik skręca, więc przepuściłam na pierwszeństwie puszki i też skręciłam. Tyle, że kolega zdążył mi zginąć z pola widzenia. Jadę i jadę, rozglądam się na boki i zwątpiłam… Stanęłam, żeby poczekać na resztę ekipy. Tyle, że ona nie nadjeżdżała! Dodzwonić się też nie mogłam. No to pięknie…

Po paru minutach dostałam telefon, że są bardzo zdziwieni moim brakiem (serio? 😉 ), pozdrawiają ze Szczytnej i odbiorą mnie za 10 minut. Cóż teraz mam powiedzieć? Mistrzami organizacji wycieczek nie jesteśmy 😉 . Stwierdziłam, że statut wilków to nieco na wyrost, bo one pilnują swojego stada. Ale biorąc pod uwagę, że kolega jadący przede mną nie wiedział, że mnie ma na ogonie – to wyszło po prostu, ot takie nieporozumienie…

Za to potem mogłam liczyć na małą rekompensatę i po pizzy na lody wyciągnęłam, a nawet perszingi mnie potem nie porzuciły, tylko do Kłodzka odstawiły. Wiał straszny boczny wiatr i uparcie chciał mnie przestawić na środek drogi. Sportowe motocykle, jakby miały z tym lżej. Przypomniałam sobie, że wtedy trzeba do korekty używać przeciwskrętu i faktycznie świetnie ta metoda działa!

(Fotki z aparatów uczestników wycieczki)

Dzień leciał przyjemnie wolno i świetnie się razem spędzało czas, jednak do domu dojechałam grubo po 18, a miałam jeszcze w planie 75 km do Wrocławia, żeby postawić Pomidora gościnnie u Marcina (który niestety musiał szybciej urwać się z wycieczki). Szybki obiad i optymistyczny plan, że w godzinkę przelecę, czyli przed zmrokiem.

Ten optymizm to mnie kiedyś zgubi! Droga do Strzelina to jedna, wielka katastrofa – tyle kolein, że jazda prosto jest prawdziwym wyzwaniem. Jeszcze jak zapadł lekki półmrok, to już całkiem nie było widać, jak się te koleiny, górki i pagórki układają. Przez moment miałam wrażenie, że na bank mam kapcia z przodu – bo tak mi motocykl pływał. Aż się zatrzymałam, żeby sprawdzić! Jednak to tylko nasze kochane, polskie drogi.

Ręka miała gorsze i lepsze momenty, raz dawała znaki, że już jest na wykończeniu, by za moment rumakować niczym zdrowa. Jednak jak zaparkowałam to bolała dość intensywnie, razem z łopatką i szyją. Piszę do Was teraz, więc działa 😉 .

Noc złapała mnie w Strzelinie. Na szczęście potem droga już jest elegancka i dość szybko dotarłam do Wrocławia. I muszę pochwalić światło długie Pomidorka, bo niczym słońce rozświetlało ciemności i przestałam się już spinać, czy dojadę w dzień czy w nocy 😉 .

p.s. Na CPN podszedł go mnie gość, który wiedział, co za motocykl mam – szok! 😉 Miał po prostu jego wcześniejszą wersję SLR i wypowiadał się o nim z wielkim sentymentem. Fajnie sobie porozmawialiśmy, choć też miał tą przypadłość, że niewyregulowany palił ponad 7 litrów. Pomidor na szczęście nadal mieści się do 4-rech.

Zapraszam w najbliższy weekend na drugą edycję Rajdu Tukan www.rajdtukan.pl – jest trasa asfaltowa-krajoznawcza i off-road dla większych enduro. Będę się tam gdzieś w organizacji kręcić 😉 .

„Głodne Wilki”

IMG_1759Im bliżej weekendu, tym temperatury mniej rozpieszczały, a w niedzielę byłam zapisana na wycieczkę do Zagórza przez „walimskie patelnie”. Już jadąc w Kotlinę Kłodzką widziałam zaśnieżone góry po tamtej stronie, więc nie wróżyło to nic dobrego… Zagadałam kolegę Maćka z Wałbrzycha i on potwierdził, że warunki słabe na motocykl, a już na pewno na tamtą trasę i na moje umiejętności. Jedna rączka popsuta, więc nadmiernie nie ryzykuję i odwołałam swoje uczestnictwo (a 20 maszyn się nazbierało!).

Zasiałam niechcący ziarno niepokoju w znajomych, którzy też postanowili nie wybierać się w góry – to potrzebny był plan awaryjny na cieplejszą nieco niedzielę. W czasach facebooka te na szczęście powstają bardzo szybko i wieczorem już zbierał się nowy zespół na wycieczkę do siedziby Cystersów w Henrykowie, pod orła w Ziębicach i na koniec – krzywa wieża w Ząbkowicach Śl. Ekipa wyjeżdżała z Wrocławia, a ja dołączyć miałam już w Henrykowie. W sobotę wieczorem zaczęło się od 5 chętnych, a skończyło na 15 maszynach! Czyli, jak stwierdził kolega – powyżej 10 to już terror na drodze 😉 . Nie było jednak tak strasznie, bo zrobiła się lekka „selekcja naturalna”, czyli perszingi poleciały przodem, a ogon (w tym ja haha) się ciągle gdzieś gubił… Już we Wrocławiu zgubiło się dwóch kolegów, co nas potem znaleźli w Henrykowie 😉 .

Udało się nam załapać na godzinne zwiedzanie w Henrykowie – nie było w planie, ale pan od biletów jak zobaczył taką bandę, to sam nas zagadał i przewodnik się dla nas znalazł. Wnętrza były piękne, zachowane i odrestaurowywane, a najfajniejsze było to, że można było wszystkiego dotknąć i nawet zasiąść w bardzo starym fotelu. Pan przewodnik był młody i miał spore poczucie humoru, choć zastanawiałam się nad trudami tej pracy – bo jak tu się śmiać z dowcipu, który się opowiada setny raz 😉 . Ale on dawał radę, łapał fajnie kontakt i całkiem ciekawie opowiadał. Polecam każdemu, kto tam nie był!

Fotki moje i Magdy:

Kolejnym punktem programu był ziębicki orzeł, czyli największa, ceramiczna figura w Europie i od wczoraj miejsce startu najdłuższej, pieszej pielgrzymki motocyklistów za jedzeniem. Bo najpierw wdrapaliśmy się do orła, a potem, żeby nie jeździć w kółko – pieszo poszliśmy na pizze. Szliśmy i szliśmy, i szliśmy, a pizzeria ciągle była za 200 metrów 😉 i na koniec się okazało, że… jest zamknięta! W jedną stronę humory jeszcze dopisywały, a z powrotem – pod górkę, w tych wszystkich ciuchach i z kaskiem (niczym z koszyczkiem wielkanocnym) to tak, jakby ktoś z nas spuścił powietrze. I to nie był koniec szukania jedzenia, bo kolejna knajpa miała wesele i przyjęła nas dopiero trzecia (ku przerażeniu pracujących tam, aż dwóch pań).

Pamiętniki z restauracji: „To miała być leniwa, jak zwykle niedziela. Trzy kawy i do domu. Aż tu nagle, grzmot z jasnego nieba! Jeden, drugi, 15! O rany! To nadjechały „Głodne Wilki” !”
No i laba się skończyła, panie musiały się uwijać i chyba miały utarg tygodnia 😉 , a ostatnią pizzę dostaliśmy z głośnym westchnieniem ulgi…

Ekipa była świetna, poczucie humoru dopisywało. Na wycieczce była też Magda, Jakub od TDM i Marcin (który kupił ode mnie plecak, gadaliśmy ze 2 godziny i zakończyło się tym, że załatwi mi miejsce parkingowe dla Pomidora we Wrocławiu – super! 😉 ). Musiałam się wcześniej urwać do domu, przed ostatnim punktem wycieczki (krzywą wieżą), bo było już późno i moja ręka też nie dawała rady.

Filmy Łukasza i Rafała:

https://www.youtube.com/watch?v=YIlNqJCDPeY&feature=share

p.s. Niestety nie poprawiłam swojego rekordu czasu jazdy, ponieważ na początku tygodnia trafiłam na najgorszego rehabilitanta (z okresu ostatnich 3 lat), który bardzo nadwyrężył mi rękę. Teraz ze 2 tygodnie zajmie mi powrót do sprawności sprzed jego interwencji…

p.s. „Głodne Wilki” to jedynie parodia nazwy „Nocnych Wilków”, nie mamy stałej grupy wypadowej 🙂