Rumunia 2021: Dzień pierwszy i drugi – dojazd

Koniec leniuchowania – pora nadrobić opis naszej, motocyklowej wycieczki do Rumunii. Ja już od dawna myślałam o tym kierunku, Emil niekoniecznie, bo był tam raz i mu ukradli paliwo z ciężarówki. Jednak ilość pozytywnych relacji znajomych, którzy ten kraj odwiedzili, była zachęcająca. Do tego był to kierunek, gdzie przez granice podróżowało się swobodnie, a obostrzenia covidowe były znikome.

Mieliśmy wyruszyć w poniedziałek, jednak Emil stwierdził, że lepiej w kierunku Barwinka będzie nam się jechało bez ciężarówek – czyli w niedzielę (to był dobry pomysł, co doceniłam dopiero wtedy, gdy wracaliśmy z Rumunii w dzień powszedni). Wyruszyć nam się udało dopiero w południe, bo rano ciągle było coś jeszcze do zrobienia, a czas szybko uciekał.

Na samym początku Emil miał małą przygodę. Na rondzie we Wrocławiu było bardzo ślisko, mnie lekko tyłem zarzuciło, a Emil miał nówki opony i całkiem stracił przyczepność. Nie zdołał już skręcić, więc wpadł w krzaki. Na szczęście skończyło się tylko pęknięciem błotnika, który skleiliśmy strong taśmą.

Przez całą drogę pogoda nas nie rozpieszczała, lało z przerwami całą drogę, a raz nawet padał grad. Przewiewny strój motocyklowy Modeka Upswing, który przed wyjazdem kupiłam na upały, musiałam ukryć pod wodoodpornym zestawem ubrań. Większość drogi pokonaliśmy autostradami, co pozwoliło nam dotrzeć o zmroku do celu.

Na ostatniej pauzie sprawdziliśmy pogodę – w tym miejscu polecam świetną apkę pogodową RainViewer (https://www.rainviewer.com), która pozwala na obserwowanie ile deszczu i gdzie spadnie w najbliższym czasie. Kilka razy na tym urlopie ta apka uratowała nam dzień, bo wiedząc co się święci, mogliśmy zmienić trasę lub miejsce noclegu.

Tak było też pierwszego dnia, bo dowiedzieliśmy się, że w miejscu gdzie mieliśmy nocować pod namiotem, lać i grzmieć będzie całą noc. Na szybko obdzwoniliśmy różne pensjonaty, a że było późno, to większość odmawiała. Jedna pani się zgodziła, pod warunkiem, że spać będziemy w śpiworach, bo pokoje nie są przygotowane. My i tak się cieszyliśmy, bo za 30 zł/os mieliśmy spanie na sucho, możliwość kąpieli i zrobienia gorącej herbaty.

Wyruszyliśmy rano na trasę przez Słowację i Węgry, granice były otwarte, ale staraliśmy się dostosować do covidowej sytuacji i jechać trasami, które te kraje wyznaczyły do tranzytu. Słowacja zleciała szybko, na Węgrzech było jednak trochę męczących mijanek z powodu remontów dróg. A na koniec nudna autostrada do Oradea w Rumunii.

Na jednej ze stacji benzynowych spotkaliśmy dwóch motocyklistów z Łotwy, którzy też jechali do Rumunii i praktycznie w te same miejsca, tylko w innej kolejności. Nasz plan na Rumunię miał 3 odsłony, pierwszy był nierealny czasowo, a wszystko-zawierający. Drugi to był ten okrojony z pierwszego, a trzeci powstał po drodze, bo się okazało, że i drugi nie jest optymalny haha.

Mieliśmy dojechać do pola namiotowego za Oradea, jednak postanowiliśmy najpierw pojechać do kopalni soli Salina Turda, więc szybko na booking znaleźliśmy tani i fajny nocleg na obrzeżach miasta, z parkingiem na zamykanym podwórku (Podgoria GuestHouse). Kolejnego dnia obudziliśmy się w Rumunii, gotowi na poznawanie tego kraju, a i pogoda zaczęła nam sprzyjać.

Ruszamy do Rumunii!

Jeszcze chwileczkę, jeszcze momencik i zaczynamy urlop! Lecimy pierwszy raz do Rumunii. Było to w planie na… kiedyś, ale w tym roku sytuacja covidowa nas zmotywowała, żeby kiedyś było teraz!

Komukolwiek mówię o tym kierunku (a nie jest on/ona motocyklistą/tką) to zwykle zapada cisza, ich oczy się robią coraz większe i pada pytanie: „Ale po co? Do tych cyganów”? Nasze pokolenie, i starsze, ma ciągle jedynie takie – negatywne skojarzenia z Rumunią. Mam nadzieję, że po powrocie będę mogła te mity obalać i z ekscytacją opowiadać o tym kraju.

Trasa miała już 3 wersje, w sumie dlatego, że nie mam wiedzy o tym, jak się tam podróżuje. Każdą z nich omawiałam z Martyną z Projekt Rumunia, która moją trasę korygowała, by była bardziej „wykonalna”, a najbardziej jednak polecała planowanie na bieżąco z wyznaczonymi punktami do odwiedzenia. Dlatego teraz będą góry, a morze zostawimy na inny wypad. Polecam ten fanpage i stronę www o tej samej nazwie, bo to kopalnia wiedzy o Rumunii. Mam nadzieję, że uda się też odwiedzić i przenocować u Polaków z Odczarować Rumunię.

Staram się przygotować na duże upały – mam kamizelkę chłodzącą pod kurtkę (taką, co wchłania wodę) oraz bukłak z wężykiem na wodę. Na ostatnią chwilę (z pomocą sklepu Modeka we Wrocławiu) zakupiłam przewiewny i jasny komplet Modeka Upswing. Niezbyt dobrze znoszę upały, szybko tracę koncentrację i dopada mnie zmęczenie, ale mam nadzieję, że radę dam, bo plan nie wykona się sam!

Na bieżąco podróż relacjonować będę tutaj:
www.facebook.com/pamietnikmotocyklistki
A po powrocie oczywiście będą dłuższe wpisy na blogu.

Co tam słychać?

Nie robię ostatnio jakiś większych wycieczek. Oczywiście jeżdżę motocyklem, jednak bardziej z punktu A do B, bo weekend bez motocykla – to weekend stracony!

Wracając od rodziców z Kotliny Kłodzkiej, wyskoczyłam na kawkę do Ślężańskiego Przystanku w Sulistrowiczkach. Ten punkt gastronomiczny „ożywił” kolega-motocyklista, więc i motocykliści są tam mile widziani (a kawka dla nich jest po 2 zł). Umówiłam się o 16.00 ze znajomymi i przyjechali Ci, których akurat nie widziałam od lat. Super było posiedzieć z nimi, powspominać i usłyszeć, co słychać. To była też okazja, żeby poznać nowych motocyklistów i ich psa. Tak! ten pies jeździ motocyklem, o tak:

Ostatniej niedzieli taki wyskok do znajomych skończył się małą awarią mojego motocykla. Wjechaliśmy do Wrocławia, wciskam klamkę sprzęgła, a ona jakaś luźna. Poruszałam nią, śrubki wymacałam i były na swoim miejscu. Kolejna zmiana biegów i… było coraz gorzej. Wyjechałam z ronda i zdążyłam tylko powiedzieć Emilowi przez interkom, że mam awarię. Udało się zjechać na pobocze i po kilku próbach wbić luz. To były ostatnie chwile żywotności mojej linki sprzęgła.

Jeżdżę motocyklami 10 lat i czasem ktoś wspominał, że mu linka poszła. Wiedziałam też, że jest zestaw naprawczy – ale jakoś nigdy nie czułam potrzeby, żeby go ze sobą wozić… Aż do teraz, bo to właśnie mi się przydarzyło. Na szczęście kolega, do którego jechaliśmy, miał taki zestaw i pędził z pomocą. Upał nieziemski, my centralnie na betonie, bez grama cienia. Emil skoczył na pobliską stację po jakieś napoje. A ja optymistycznie, na bagażniku wiozłam sernik na zimno w termicznej torbie!

Andrzej przywiózł linkę, więc teoretycznie byłam uratowana, ale… tylko teoretycznie. Ta linka była już przycięta do jego BMW i zdecydowanie za krótka do mojego Kawasaki. Zaczęłam pisać posty na różne grupy, czy ktoś pomoże z dłuższą linką. Ale zamiast linki otrzymałam z 10 podpowiedzi o tym, że mam się nauczyć zmieniać biegi bez sprzęgła. Ja wiem, że to też rozwiązanie, ale chyba lepiej dorwać linkę i bez stresów do domu wrócić?

Andrzej z Emilem się nie poddali i postanowili nieco skrócić drogę linki (przez demontaż elementów prowadnicy) i udało się ją przeciągnąć do końca. Potem okazało się, że uzyskali w ten sposób linkę zbyt długą i znowu musieli coś wyrzeźbić. Ale ostatecznie udało się wrócić do garażu, ciasto dojechało do znajomych, a my do Wrocławia wróciliśmy autem (i całe szczęście, bo godzinkę później była już tam nawałnica).

W weekend też testowaliśmy chiński namiot auto-samochodowy nad pobliskim jeziorem i powiem Wam, że to całkiem fajny patent!

A ostatniej soboty odwiedziliśmy zlot tuningowy VAG & GRILL vol. 8, który odbywał się niedaleko. W czasach dziecięcych nawet mnie takie przeróbki jarały, ale potem moje fascynacje skręciły w stronę rajdów i wyścigów, gdzie przerabianie samochodów służyło celom bardziej sportowym. Jednak przyznaję, że cenię sobie każdą pasję, a już najbardziej te motoryzacyjne i fajnie było popatrzeć, jakie ludzie robią „perełki”: