Urlop 2023 – Włochy i Słowenia

Na wakacyjny urlop wybraliśmy się pierwszy raz z przyczepką, a nie na motocyklach. Jak już wspominałam – ze względów zdrowotnych muszę ograniczyć długą i wielodniową jazdę motocyklem. Tym razem celem miały być Włochy, przy granicy ze Słowenią. Sama jazda zajęła nam ponad 12 godzin, co nawet w samochodzie było dość męczące. Wzięliśmy ze sobą 2 koty, które podróż praktycznie przespały. Fajnie, że są miejsca, gdzie zwierzęta są mile widziane.

Mieliśmy w planie liczne wycieczki motocyklowe w Alpy Julijskie i Dolomity, jednak pogoda tak bardzo pokrzyżowała nam plany, że motocyklowy mieliśmy tylko jeden, całodniowy wypad, któremu poświecę kolejny wpis. Po górach codziennie szalały gwałtowne burze, choć jak się okazało – po naszym powrocie do Polski było jeszcze gorzej… burze, podtopienia, wichury, a nawet trąby powietrzne!

Zaczęliśmy od odwiedzenia Jaskini Postojna, która robi niesamowite wrażenie. Zwiedzanie zaczyna się od ok 10-minutowej jazdy kolejką i nagle można się poczuć jak w alternatywnym świecie. Tu macie link do nagrania z tego przejazdu (coś się nie chce wgrać): https://fb.watch/l-Vb00db3c/

Cuda natury, które zobaczyliśmy w jaskini i ich rozległość – powalają! I jeszcze ciężko sobie wyobrazić fakt, że 1 cm formy naciekowej powstaje przez 100-400 lat! Później był spacer i możliwość przyjrzenia się wszystkiemu z bliska. Nigdy nie przepadałam za zwiedzaniem jaskiń, jednak to, co zobaczyłam w Jaskini Postojna na długo zapadnie mi w pamięci. To było mega!

Kupiliśmy bilet podwójny, także na Zamek Predjamski. W obu miejscach mogliśmy skorzystać z elektronicznego przewodnika w języku polskim i jeszcze bardziej zgłębić ich historię. Bardzo ciekawe jest usytuowanie zamku w wejściu do jaskini, dzięki czemu z przodu była to twierdza nie do zdobycia, a z tyłu miała alternatywne wyjście zaopatrzeniowe przez jaskinię. Sam zamek jednak jest zimny i surowy, to typowa twierdza, a nie miejsce dla księżniczek.

Innego dnia zjechaliśmy sobie wybrzeże włosko-słoweńskie (na zdjęciach zamek Miramare), ale nie dotarliśmy do Piran, bo pogoda się załamała. Dużo kręciliśmy się też po okolicy – mieszkaliśmy w rejonie Nimis, słynącym z winnic, które pokrywały praktycznie każde wolne miejsce na zielonych wzgórzach.

Sam dojazd do domu, w którym mieszkaliśmy, był jak odcinek rajdowy, bo na wąskiej drodze o długości 5 km naliczyliśmy 65 zakrętów i to w większości „ślepych”. Na szczęście ta droga prowadziła tylko do dwóch wiosek, więc ruch był tam niewielki, choć spotkanie się w zakręcie z innym samochodem zawsze było emocjonujące. Odwiedziliśmy też stare miasto w Udine, niestety w ulewie.

Z braku pogody w górach, pojechaliśmy do Wenecji. Byłam tam pierwszy raz, a wcześniej słyszałam na jej temat więcej negatywnych opinii niż pozytywnych. Udało mi się w wodnym tramwaju zająć miejsce przy oknie i wrażenia to jednak niezapomniane.

Odebrałam to miasto bardzo pozytywnie, jest w nim jakaś, trudna do uchwycenia, hipnotyzująca magia. Tak, są tłumy turystów i niczego nie udało się nam zwiedzić wewnątrz (za gorąco było na stanie w kilometrowych kolejkach), jednak wystarczyło odbić gdzieś w boczne uliczki, żeby podpatrzeć się codzienne życie mieszkańców Wenecji, zauważyć detale i poczuć klimat tego, specyficznego miasta. Czy chciałabym tam jeszcze wrócić? Tak, ale poza sezonem i za jakiś czas, jak wspomnienia już wyblakną.

4. Zlot kawasaki Versys United – Klub Polska

Już za tydzień wyjazd urlopowy, a ja jeszcze mam zaległości na blogu, więc szybko się poprawiam. W ostatni weekend czerwca mieliśmy zlot motocyklowy grupy, którą kilka lat temu założyłam – Kawasaki Versys United – Klub Polska. Tym razem spotkaliśmy się w centralnej Polsce, nad jeziorem w Sielpi Wielkiej (woj. świetokrzyskie).

Mieliśmy zarezerwowane kilka drewnianych domków w lesie, a przy nich były zewnętrzne stoliki i grille, więc miejsce do integracji idealne! Organizacją i wyborem miejsca tradycyjnie zajął się Robert i też tradycyjnie z tego zadania wywiązał się perfekcyjnie.

My (jak zwykle) – na miejsce w piątek dotarliśmy ostatni, a pierwszy raz pojechaliśmy zestawem samochód + przyczepka + 2 motocykle. Po moich zeszłorocznych perypetiach zdrowotnych z ręką i ograniczeniach, do jakich powinnam się stosować – teraz już tak będzie, że w większe trasy nie będę jeździć na kołach. 1000 km w weekend już się kwalifikowało do przesiadki. Podobny dystans będzie na urlopie, w jedną stronę do Słowenii, dlatego w Alpy tez pojedziemy zestawem.

Jednych to śmieszy, inni patrzą z pogardą (bo co to za motocykliści, jak motocykle wożą na przyczepce), ale dla mnie wybór jest prosty – wolę jeździć z przyczepką na długich dystansach, niż całkiem zrezygnować z motocyklowej pasji, bo ona niszczy mi zdrowie…

Wracając do zlotu – po wieczornej integracji i zaplanowaniu trasy, rano ruszyliśmy na małą wycieczkę, która i tak (w wersji okrojonej) zajęła nam cały dzień. Głównym celem był zamek Krzyżtopór w Ujeździe, a raczej to, co z niego zostało. Choć i te ruiny robią wrażenie, jeżeli tylko poruszymy wyobraźnię, bo musiał to być obiekt wyjątkowy w latach swojej świetności. Zwiedzaliśmy go sobie indywidualnie, a na koniec mogliśmy wjechać motocyklami za ogrodzenie, żeby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia.

Kolejnym punktem wycieczki był zespół pałacowy w Kurozwękach, gdzie są też bizony amerykańskie, ale za mało mieliśmy czasu na eksplorowanie ich terytorium. Pospacerowaliśmy sobie tylko po obiekcie i ruszyliśmy na obiad do Szydłowa.

Szydłów to miasteczko z klimatem, ale jakoś w sobotę było opustoszałe. Wrażenie robią zachowane, średniowieczne mury obronne, zabudowa miasta, zamek i synagoga. Miasto to też słynie z przetwórstwa śliwek na różne sposoby, ponieważ dookoła, w rozległych sadach, rośnie ich wiele odmian.

Pogoda cały dzień się utrzymywała, a zapowiadane opady złapały nas późnym popołudniem w drodze powrotnej. I to od razu konkretnie, ulewą z grubej rury. Trzy pary zatrzymały się po drodze, żeby się ubrać w przeciwdeszczowe dodatki, a reszta dała radę dojechać do najbliższej stacji paliw.

Na szczęście szybko udało się opuścić ten front deszczowy, a na miejscu zlotu nie padało wcale, więc wieczorna integracja przy grillach mogła się odbyć bez przeszkód. Można też było wskoczyć do jeziora czy pospacerować po plaży z lodami. Klimat prawdziwie wakacyjny!

W niedziele powoli zaczęliśmy się zbierać do domu, stopniowo wyjeżdżali kolejni klubowicze, a niektórzy zostali sobie jeszcze na plażowanie.

Uwielbiam te nasze zloty, bo jednak nie przypominają takich zwykłych, masowych zlotów, tylko mają ten klimat pasjonatów marki Kawasaki. Gdzie rozmawiać i śmiać się można godzinami, wspólnie pojeździć i zarwać noc w doborowym towarzystwie. Padły już propozycje, co do zlotu kolejnego, wiec ciąg dalszy nastąpi…

Triumph Dziewczyn 2023

W ubiegłym sezonie kilka razy brałam udział w inicjatywie kobiecych wycieczek motocyklowych Triumph Dziewczyn, organizowanych przez Triumph Wrocław. Każdą miło wspominam, dlatego też chętnie zapisałam się na edycję tegoroczną. Okazało się, że formuła wycieczki została wzbogacona o szkolenie z jazdy precyzyjnej z Elizą z MotoPomocnych, co mnie bardzo ucieszyło. Mogłyśmy się wreszcie poznać na żywo, bo choć blisko od siebie mieszkamy, to jakoś nigdy nie było okazji.

Tym razem nasza ekipa liczyła 12 motocyklistek, były stałe bywalczynie, jak i nowe dziewczyny. Wycieczkę do Lubiąża prowadziła tradycyjnie Magda Rocket Queen. Wyjazd z Wrocławia w sobotę nie należał do najłatwiejszych dla takiej grupy i się okazało, że po drodze część jej się zgubiła. Po telefonicznym namierzaniu mogłyśmy ruszyć dalej w pełnym składzie.

Na obiadek pojechaliśmy do Karczmy Cysterskiej w Lubiążu. Ja zdecydowałam się na polecane pierogi, ale w wersji, jakiej jeszcze nie jadłam – szpinakowe z mięsem. Posilone, wybrałyśmy się na krótki spacer pod Opactwem Cystersów, choć często słyszę, że niektórym to miejsce kojarzy się bardziej z „wariatkowem”, bo przez jakiś czas był tam szpital psychiatryczny (i też nadal w tej miejscowości takowy funkcjonuje).

Po wycieczce wróciliśmy pod siedzibę Triumph Wrocław, żeby wziąć udział w drugiej części spotkania, która miała być bardziej edukacyjna. To był taki wstęp do pełnego szkolenia z jazdy precyzyjnej, który obejmował teorię i kilka ćwiczeń praktycznych. Szkolenie prowadziła Eliza (Moto Elizz na FB) z MotoPomocnych, która z zapałem wzięła się za poprawianie naszego stylu jazdy, co zaraz przekładało się na precyzję w wykonywanych przez nas ćwiczeniach. Każda z nas zauważyła poprawę swoich umiejętności, przy technice jazdy, jaką wpajała nam Eliza.

Jedno z ćwiczeń to była ósemka, która mówiąc wprost – jest dla mnie figurą dramatyczną, ponieważ jej skutki odczuwać będę już do końca życia, a było to tak: https://pamietnik-motocyklistki.pl/2012/09/04/moja-tragiczna-w-skutkach-honda-gymkhana/. A tak wyglądał mój „robaczek” po wyjściu ze szpitala: https://pamietnik-motocyklistki.pl/2012/09/10/prognozy-nie-sa-rozowe/. Ponoć trzeba mieć szczęście, żeby mieć takiego pecha…

Mimo to pojechałam z rozpędu na to ćwiczenie, ale im dłużej o nim myślałam, tym bardziej rosła we mnie niechęć do kontynuacji doskonalenia przejazdu tej figury. Dziewczyny jednak nie dały mi taryfy ulgowej i musiałam się z tym zmierzyć. Z obecnym motocyklem jeszcze nie do końca się czujemy, więc łatwo nie było, ale postęp jednak zauważyłam. Później były jeszcze inne ćwiczenia i w międzyczasie nieco teorii.

Eliza jest na początku swojej drogi w roli instruktorki, ale jestem przekonana, że ten kierunek jej rozwoju jest idealnie dobrany do jej zapału i charakteru. Taka instruktorka potrafi zmobilizować, przekazać wiedzę, podrasować umiejętności swoich uczniów i wprowadzić dobre nawyki do codziennej jazdy. Choć to było krótkie spotkanie, zachęcające do poszerzenia wiedzy i umiejętności, to i tak widzę jego pozytywne skutki.

Tak sobie myślę, że takie szkolenia warto robić do skutku, do wyrobienia pozytywnych nawyków. Sama przeszłam kilka szkoleń, też na torze, a jednak po czasie (zwykle po restarcie sezonu) łatwo się wraca do starych, niezbyt korzystnych nawyków. A i ta wyrobiona w sezonie jedność z motocyklem, pewność jazdy w każdych warunkach, musi od nowa się odbudować. Dlatego warto odświeżać wiedzę i szlifować umiejętności na szkoleniu min. raz w roku.

To był super dzień z koleżankami – motocyklistkami. Widać, że mamy tę moc i pasja motocyklowa w naszym życiu nie jest żadnym przypadkiem. Dziękuję salonowi Triumph Wrocław za taką wyjątkową inicjatywę!

Zdjęcia w większości robiła Paulina Miodońska, część jest moja i od innych koleżanek.