A może YBR na początek?

Diversion po prawej bardziej mi się podoba
Napisał do mnie kolega „żubr” i zaproponował, bym się zastanowiła nad Yamahą YBR na pierwszy motocykl. Jakoś wcześniej nie rzuciła mi się w oczy, ale ma wiele zalet:
– mało kosztuje (świeże roczniki)
– bardzo, bardzo mało pali
– jest niezajeżdżalna (ponoć) i łatwa do naprawy
– wjedzie wszędzie prócz: „na księżyc i ocean atlantycki” 😉
– jest wygodna na dłuższych trasach
– jest „niekradalna” (ponoć przetestowane w centrum miasta z kluczykami w stacyjce!)
– nie jest przerażająca dla początkującego

No minusem jest 10 KM, ale w sumie czy na początek potrzebuje więcej? W długie podróże po świecie dają radę nim jechać, a co dopiero po bułki do sklepu? 🙂

A największym dowodem na wartościowość tego modelu jest to, że „żubr” wcale mi go nie chce sprzedać. Wprost przeciwnie, ma mocniejszy motocykl, a ciągle wraca do YBR ;-).

Prawie mnie przekonał…

P.S. w poniedziałek kolejne wpisy z jazd!

Szukam motocykla!

Szukam dla siebie jedynego, najukochańszego motocykla – czyli tego pierwszego. Który zapewne nawet, gdyby okazał się być szrotem – będzie mi całym światem i pozwoli poznawać świat z perspektywy dwóch kółek. Wyniosę go na piedestały i będę składać pokłony ;-).

A tak serio, to szukam motocykla typu enduro / supemoto, pojemność 125-350 – nie porażającego mocą, ale i nie za słabego ;-). Nie mam zamiaru jeździć nim po Wrocławiu (przynajmniej na początku), tylko zwiedzać drogi i bezdroża kotliny kłodzkiej. Nie będę taplać się w błocie (chyba że to będzie maseczka upiększająca), ale lekki teren – to przeważające środowisko przyszłego nabytku.

Oczywiście, jak nie miałam zorganizowanej kasy, to oferty były wszędzie… Teraz – jak mogę myśleć o zakupie – to zostały z nich same ogryzki! Chyba zbliżające się wakacje czyszczą rynek wtórny. Albo to ta zasada, którą wszystkie dziewczyny znają z zakupów „ciuchowych” – jak się nie ma kasy – to okazje są na każdym kroku. Jak się idzie z kasą, COŚ sobie kupić – to nagle nie ma co!

Rozglądam się za MZ 125 SM, taką produkowaną w latach 2001-2008, która zdobyła popularność niezłą mocą i bezawaryjnością. Yamahy XT czy TT-R też by mogły być, ale z większą niż 125 pojemnością. Niestety, budżet jest mocno ograniczony…

Jeżeli ktoś, mógłby mi pomóc w tym zakupie, ma coś w tym stylu na sprzedaż – to proszę o kontakt (cyklistka.moto@gmail.com). Tylko ostrzegam, że motocykl (na pewno dostanie imię ;-)!) będzie także bohaterem tego bloga i zapewne jego były właściciel, także może być wspomniany – jak go będę wychwalać pod niebiosa, bądź przeklinać, że mi wcisnął takiego szrota ;-).

Trzecie zajęcia z jazdy

Tym razem, po rozgrzewce wróciłam do doskonalenia slalomu, żeby wychodził mi płynniej i bez przewracania słupków ;-).

Na kolejną godzinę dostałam pasażera na gapę – czyli słupek na siedzenie pasażera. Miałam go nie zgubić po drodze, więc kazałam mu się mocno trzymać i jaaaazda!

Pracowałam nad tym napięciem rąk i zwykle wyglądało to tak, że na prostej wzdłuż slalomu przenosiłam ciężar ciała na swoje „cztery litery” i nogi, potem robiłam slalom. A na koniec okazywało się… że znów mam napiętą górę! Ech…

Po mnie, swoje pierwsze zajęcia miał kolega z kursu. Pogadaliśmy o motocyklu, ruszył i pojechał. Gdzie? Na ósemkę! No to szczęka mi opadła… On to pewnie zda, a ja??

P.S. Instruktor mnie pocieszył, że tacy kursanci to rzadkość.