Jaaaazda druga

Na wstępie złapał mnie stres nieco większy, niż za pierwszym razem. Niby coś już jeździłam, ale niepewność nadal spora jest… Najtrudniejsze są pierwsze metry, potem już jakoś idzie, a raczej jedzie ;-).

Instruktor Waldek mówił, że muszę popracować nad rozluźnieniem rąk i ramion (bo za mocno opieram się na kierownicy), i poprawić ułożenie stóp (bo mam takie jak na ścigaczu – nooo w końcu osiąga się te prędkości! ;-)).

Na koniec zajęć, odważyłam się na pokonywanie slalomu i muszę przyznać, że skręcanie w prawo (manetką gazu do siebie) jest trochę trudniejsze, niż w lewo. Ponoć w Budapeszcie wszędzie są zakazy skrętu w lewo – no tam, to bym dopiero miała trening!

Nadejszła wiekopomna chwila, czyli jazda pierwsza

1. Przygotowanie psychiczne

Przed pójściem na pierwsze (w życiu :-)) dwie godziny jazdy motocyklowej, musiałam popracować nad swoim nastawieniem do tejże czynności. Przejść z fazy „stresu i podekscytowania” – która raczej utrudnia naukę, do fazy „optymizmu i co ma być to będzie!”

Raczej mi się to udało, bo stres złapał mnie tylko na chwilę – przy pierwszym odpaleniu motocykla, a podekscytowanie wróciło dopiero po lekcjach jazdy.

2. Obcykanie motocykla

Na początek przyswoiłam trochę wiedzy na sucho – co i gdzie jest w motocyklu. Wcześniej przygotowałam się jedynie z miejsc strategicznych, czyli: gaz, hamulce, sprzęgło, biegi. A z tych różnych przełączniczków już nie, więc był niezły ubaw, jak klaksonem chciałam uruchomić kierunkowskaz ;-). Nie mówiąc już o tym, że żyłam w świętym przekonaniu, ze gaz w motocyklu dodaje się, kręcąc manetką do przodu… No cóż, autorzy dowcipów o blondynkach muszą mieć skąd czerpać inspiracje ;-)!

Potem była jazda „ekologiczna”, może trochę niepraktyczna – ale Partia Zielonych byłaby dumna! A dokładniej to było tak, że jechałam napędzana siłą mięśni instruktora, który mnie co jakiś czas podpychał do przodu. Próbowałam w tym czasie obrać tor jazdy i nie podpierać się stopami.

3. No to jedziemy!

Przyszedł czas na odpalenie motocykla i próbę ruszenia, co pod nadzorem instruktora Waldka, oczywiście się udało. Ale pierwsze „tańce” z kierownicą i manipulacje gazem – napawały mnie lekkim zwątpieniem…

Powoli zajarzyłam o co chodzi z tą kierownicą (żeby nie świrowała), ale gaz jeszcze potrafi mnie zaskoczyć. Ponoć już nie jedna kobieta na kursie w sytuacjach stresowych dodawała gazu, zamiast hamować … Ja to mam trochę inny odruch – hamuje nogami ;-). W sumie nie wiem po co, bo motocykla tak nie zatrzymam, ale to taki głupi nawyk (który muszę zwalczyć), chyba z jazdy rowerem?

Jakimś cudem zaczęłam sobie śmigać, a raczej „pyrkać” w kółko po placu, początkowo dość koślawie… Potem instruktor Waldek przypomniał mi z zajęć, jak trzeba patrzeć w zakręt i drogę w imię zasady: „gdzie się patrzysz – tam pojedziesz”. I już szło mi, o niebo lepiej!

Tylko spięcie mięśni dało się odczuć w ramionach i nadgarstkach, bo im bardziej się starałam – tym bardziej napinałam…

Postęp jakiś jest, co nie zmienia faktu – jak daleka jeszcze jestem od panowania nad motocyklem, choćby w stopniu podstawowym! Przynajmniej będę miała jeszcze o czym pisać :-).

Zajęcia z pierwszej pomocy

Schemat działań
Zajęcia z pierwszej pomocy składały się z części teoretycznej i praktycznej. W tej pierwszej obejrzeliśmy prezentację i omówiliśmy zasady udzielania pierwszej pomocy.

W praktycznej – ćwiczyliśmy z lekarzem masaż serca na dużym misiu (maskotce), który pewnie do dziś ma traumę, po tych zajęciach ;-). No i muszę przyznać, że pełen cykl masażu serca jest dość męczący! Potem, układanie do „pozycji bezpiecznej” ćwiczyliśmy już na sobie nawzajem. Oj nie jest łatwo, jak się ma do pary mężczyznę większego dwa razy od siebie ;-).

Na koniec – dla utrwalenia wiadomości obejrzeliśmy filmik o pierwszej pomocy (chyba ;-)). Podczas jego prezentacji, skupienie uczestników kursu było tak wielkie, że cisza na sali nastała totalna…

Jesteście ciekawi, cóż to za filmik jest, aż tak pasjonujący??

Obejrzyjcie i oceńcie sami!