Nadmorska wyprawa cz. 3 – Słupsk i okolice

Do Słupska jechałam zadowolona, bo po ostatnich, burzowych atrakcjach na polu namiotowym, wizja noclegu pod stałym dachem była miła memu sercu. Na miejscu poznaliśmy Krzyśka i Dominikę, którzy od niedawna mieszkają razem w Słupsku. Plan był taki, że lecimy razem z Krzyśkiem na wspólne zwiedzanie okolicy, a koło 18 wrócimy na obiado-kolację. A na koniec – nocne zwiedzanie Ustki.

received_941786192526824Już na starcie w Słupsku czułam, że jestem totalnie wypompowana, a jazdę przez Słupsk ledwo przeżyłam. Koncentracja i refleks spadła mi na minimum skali, jechałam już jak automat. Zmęczenie poprzednimi dniami i mało snu w nocy – zaowocowało zawieszeniem się mojego systemu 🙂 . Po drodze zatrzymaliśmy się przy pomniku przyrody – drzewach zrośniętych górą, ale szczerze mówiąc, niewiele widziałam, a zawrócenie na drodze stało się dla mnie mega wyzwaniem! Cofnęłam się na odcinek drogi, gdzie widziałam większą przestrzeń, żeby mnie nikt nie przejechał w trakcie tego, flegmatycznego zawracania.

Zameldowałam chłopakom, że jestem flak, nienadający się do jazdy i może mnie gdzieś po drodze zostawią, a potem wracając, odbiorą. Ale nie było po trasie takiego punktu, gdzie byliby dwa razy – postanowiłam poturlać się dalej… Skupiłam się na kole Marcina T. i jechałam tak, jak on, prawie jak na holu hehe.

Pierwszym, odwiedzonym miejscem była miejscowość Kluki – wieś słowińska, gdzie stoją ładnie zachowane, stare domy w zabudowie ryglowej. Niestety mieliśmy pecha, że w poniedziałek nie było czynne muzeum, gdzie taki dom i wyposażenie można obejrzeć od środka. Krzysiek prowadził dalej, aż skończyła się droga. Przede mną jechał Marcin T. i nagle na piachu jego tylne koło zaczęło tańcować. Wyszedł z opresji, a ja stanęłam spanikowana, że sobie nie poradzę w takich warunkach na asfaltowych oponach.

Jakoś powoli, jadąc bardziej po trawie, niż piachu – przemieszczałam się do przodu. Chłopcy mi nieco odjechali, aż tu nagle obok na polu zdenerwował się byczek! Najpierw miał jakiś problem do chłopaków, ale zobaczył mnie i przyśpieszył bieg w moim kierunku! Nie wiem, jak to jest z tymi bykami i czerwonym kolorem, ale niestety mój motocykl czerwony jest! Zamarłam! Nie wiedziałam co robić, to wszystko wydawało mi się takie nierealne i mało prawdopodobne, jak sen (pewnie z tego zmęczenia). Zdrowy rozsądek nakazywał porzucić motocykl i wiać. Miałam wielkie szczęście, że z domu na tym pustkowiu wyjechał w tym momencie samochód, byk rozproszył swoją uwagę i skręcił na podwórko. Ufffffff!

Jeszcze z kilometr trudnej drogi i dotarliśmy na platformę widokową na jezioro Łebsko i ruchome wydmy po drugiej jego stronie. Jezioro było olbrzymie i pięknie się prezentowało, wraz z drewnianym pomostem. Pogoda dopisywała, więc trochę sobie tam odpoczęłam, dotleniłam się i samopoczucie mi się poprawiło.

Kolejnym punktem był klif, na który można wjechać motocyklem. Można – nie znaczy, że to zrobiłam. Puściłam chłopaków samych, jak zobaczyłam tą piaskownicę do pokonania. Nie czułam się tego dnia gotowa na wyzwania. Potem Krzysiek musiał nas opuścić, bo sprzedaje swój motocykl i akurat klient na niego czekał w Słupsku. Zostawił nam namiary na Dolinę Charlotty – ostatni punkt programu zwiedzania i odjechał.

Ruszyliśmy, dojechaliśmy do krzyżówki i zagadka – jedna nawigacja pokazywała, że do tego miejsca jedzie się w prawo, a druga, że w lewo! Po dyskusji polecieliśmy na prawo, a pani zapytana po drodze o kierunek pokazała zupełnie gdzie indziej hehe, więc pojechaliśmy po prostu przed siebie! Trafiliśmy do Ustki 🙂 .

Marcin B. poprowadził nas do ładnej części portowej, a potem popędziliśmy nakierowani przez tubylca w jakieś tajemne miejsce, gdzie ponoć można zjechać na samą plażę. Dróżka nie wyglądała zachęcająco, a zapytani o możliwość zjazdu inni tubylcy wykluczali swoje odpowiedzi wzajemnie. Jeden mówił, że spoko – można wjechać, a drugi, że droga niebezpieczna i motocyklem lepiej się tam nie pchać. Chłopcy postanowili to sami sprawdzić, a ja postanowiłam tego nie robić 🙂 .

Nie było ich dłuższy czas, ciemność już na tym pustkowiu zaczęła mnie łapać, aż wreszcie usłyszałam ich silniki. Przeżyli! 🙂 I nawet zadowoleni byli z sesji foto przy samym morzu. Zawracając mało orła nie wywinęłam na tym piachu!

Jak orzeł, to ja się mogę wzbijać ponad rzeczywistość, ale wywijanie orła na motocyklu – nieco mniej mnie interesuje! 🙂 Co się zmieniło w moim życiu po wypadku? Staram się, nie przyciągać do siebie możliwości wywrócenia się 😉 . Ot, taka trauma powywrotkowa!

Wróciliśmy wreszcie do Słupska i nie muszę mówić, że nie była wcale żadna 18-sta. Dominika zaserwowała nam pyszny obiadek, tfu kolację, a ja już marzyłam jedynie o prysznicu i spaniu, bo to był dłuuuuuugi dzień. Krzysiek i Marcin B. jeszcze się nie najeździli, więc skoczyli na nocną rundkę po mieście.

Jak wrócili, to jeszcze były nocne pogaduchy przy flaszce i ani się obejrzałam, a zegar wskazywał jakoś po pierwszej. Siedzę w łazience, a tu dzwonek do drzwi. A jak wyszłam to panowało dziwne poruszenie, bo się okazało, że odwiedzili nas…. policjanci! Sąsiedzi zgłosili zakłócanie ciszy nocnej. Byliśmy lekko zszokowani, bo telewizor chodził cichutko, rozmawialiśmy normalnym, spokojnym tonem, a tu takie atrakcje!

Potem zasnęłam wreszcie, a raczej film mi się urwał! 🙂 Na szczęście spać następnego dnia mogliśmy do woli…

p.s. Serdecznie dziękujemy Krzyśkowi i Dominice za przyjęcie w swoje progi i uatrakcyjnienie naszej wyprawy! 🙂 Sąsiadom też (już) dziękujemy! 🙂

Nadmorska wyprawa cz. 2 – Jarosławiec i spanie na klifie

Po wyjechaniu z Międzywodzia zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, celem ustalenia jakiegoś punktu docelowego dnia. Bo cały nasz plan po zdobyciu morza to był spontan, generalnie poruszać się mieliśmy na wschód i tyle 🙂 . Marcin B. miał olśnienie, że w jakiejś miejscowości jest pole namiotowe na klifie, podpowiedziałam, żeby wpisał to w google i już po chwili mieliśmy namiary na nocleg w Jarosławcu.

Marcin B. mówił, że powinnam to opisać tak: „Jechał ze mną zajebisty Marcin, który wpadł na zajebisty pomysł spania w zajebistym miejscu”. Hmmmm może jednak zostanę przy swoim stylu relacji z wypadu 🙂 .

IMG_20150830_152645Do przejechania było 180 kilometrów i obyło się bez większych przygód. Czasem jechaliśmy odludziami, a czasem przez przeludnione centra miast. Była ostatnia niedziela sierpnia i dało się odczuć ostatnie podrygi turystycznego ruchu. Na miejsce obiadu Marcin B. zaproponował Darłówek, gdzie zjedliśmy obowiązkową rybkę – ponoć z kutra właściciela. Dla mnie ryba, jak ryba (lubię, jak ości mało), smaku morza nie czułam, za to w oleju na bank pływała 🙂 .

Jak dotarliśmy pod wyznaczony adres, wjechaliśmy na jakieś podwórko przy ośrodku i lekko zdezorientowani byliśmy brakiem, czegokolwiek świadczącego o pobycie na klifie. Jednak po chwili wyszedł do nas właściciel i pokazał małą polanę z kilkoma camperami, i miejscem na namioty.

Faktycznie byliśmy na klifie, a tuż za ogrodzeniem rozpościerał się widok na morze. Połowa plaży była jednak w remoncie – śmiesznie brzmi, ale rozkopy niezłe tam zrobili. Po wzięciu prysznica (każdy osobno, żeby nie było! hehe), ruszyliśmy na podbój okolicy. Można by powiedzieć, że wymarłej okolicy, bo turystów można już było policzyć na palcach, a wieczorne dyskoteki grały do pustego parkietu.

Gofra wypasionego na deptaku strzeliłam (dużo owoców świeżych, a nie jakieś tam żelki czy z puszki), pokręciliśmy się i poszliśmy z piwkiem na plażę. To była jedyna okazja na tym wyjeździe, by zobaczyć pełny zachód słońca. Marcin T. pospacerował sobie jeszcze sam, a ja Marcinowi B. tłumaczyłam, co takiego mam z tych motocykli, skoro nie lubię wysokich prędkości i dużego przyśpieszenia. Nie wiem, czy zrozumiał, ale do wiadomości przyjął, że ja mam jakoś inaczej 🙂 . Marcin B. powiedział też, że ma kolegę w Słupsku, który nas chętnie przyjmie do siebie kolejnego dnia, więc z takim planem poszliśmy spać.

received_942001005838676Rany! Co to była za noc! Dla mnie to prawie jak dzień, bo spałam niewiele, a na pewno nie spałam wcale między 12-4 rano. Pierwsza burza przyszła po prawej, nasłuchiwałam i czekałam w którą stronę ją poniesie. Przeszła bokiem. Druga burza szła po lewej, po morzu. Znów to samo – ja cała w stresie, czy wpadnie do nas, czy nie? Nie wpadła… Jak już słodko zasypiałam, to usłyszałam trzecią burzę od tyłu, która zmierzała centralnie na nas!!!!! Słyszałam, że Marcin T. się wierci, to pytam: „Chłopaaaaaaki, ewakuujemy się do łazienki?”, a Marcin na to zaspanym głosem: „Ale po co??”. Już nie chciało mi się tłumaczyć, że się burzy boję, śpimy na ziemi, a obok wielkie drzewo! Stwierdziłam, że sama spierdzielę, jak tylko zajdzie taka potrzeba 🙂 . Nagle przestał padać deszcz, więc odetchnęłam. A tu jak nie piźźźźźźnie! Ale, że co? Burza na sucho? To podstępna małpa! Na szczęście tylko raz i już był spokój. Mogłam wreszcie zasnąć… (Choć jeszcze Marcin B. próbował mnie straszyć, telepiąc moim namiotem, ale po trzech burzach to już byłam na tyle wystraszona, że się nie wystraszyłam wcale hehe).

Nie muszę mówić, że nieco nieprzytomna funkcjonowałam kolejnego dnia?? Z rana poszliśmy dokarmiać wściekle głodne ptaki i obejrzeć rybackie kutry. Wystartowaliśmy koło południa do Krzyśka i Dominiki ze Słupska. Ale o tym w kolejnej części wspomnień…

IMG_20150831_125812A z Jarosławca Marcin B. zabrał pasażera na gapę – konika polnego. Ile z nami ten zielony turysta przejechał, dowiecie się wkrótce…

Nadmorska wyprawa cz.1 – Wolin

W środę wieczorem odebrałam motocykl z serwisu z nowym kołem (niestety złotym), a urlop miałam od czwartku, więc ten jeden dzień postanowiłam poświęcić na sprawy organizacyjne. Pakowanie się, ostatnie zakupy oraz wizytę u Magdy i Andrzeja, celem wypożyczenia od nich rzeczy, brakujących w moim wyposażeniu turystycznym (dziękuję, że zawsze mogę na Was liczyć!). Dach nad głową zapewniła mi Maja, pożyczając bardzo fajny, lekki namiot.

Nie mogłam zasnąć, myśląc o zbliżającej się podróży. Zawsze kręcę się po okolicy, tak do 200 kilometrów, a tu trzeba przejechać Polskę wzdłuż… Cieszę się, że ktoś zgodził się mi towarzyszyć, bo samotnie to wyzwanie byłoby dwa razy bardziej przerażające 🙂 . Ten pierwszy raz zawsze budzi wiele emocji. Jeszcze więcej emocji wzbudził we mnie poranek, jak dotarłam do garażu, a tam…. wielka plama benzyny pod Pomidorem! No nie!

IMG_20150828_092659Zadzwoniłam do mechanika Marcina, co urzęduje po drugiej stronie ulicy i on kazał mi podjechać. Uprzedził jednak, że jest zawalony robotą i niczego nie da rady zrobić na poczekaniu. Podłamałam się nieco, bo cały misterny plan z podróżą zaczął się chwiać… Marcin obejrzał gdzie kapie i stwierdził, że się zaciął zaworek iglicowy. Czasem pomaga postukanie, a czasem poruszanie kranikiem. Zrobiliśmy jedno i drugie – pomogło. Musiałam tylko pamiętać, żeby na wszelki wypadek na każdym postoju zakręcać kranik. Droga otwarta!

Bagaże miałam na 7 piętrze i było to ładnych parędziesiąt kilo, więc Marcin T. zaofiarował się, że podjedzie autem, pomóc mi to wszystko znieść, i zapakować na motocykl. Potem pojechaliśmy do Złotnik, gdzie już przygotowana była jego maszyna. Ostatnie tankowanie, dopompowanie kół i mogliśmy ruszać! I jeszcze dostałam urodzinowe krówki od Marcina, bo tak się złożyło, że wyprawę rozpoczęliśmy w dniu moich urodzin. Ta podróż, to był najlepszy prezent w moim życiu, a sprawiłam go sama sobie 🙂 .

Jak wyjechaliśmy wreszcie z wielkiego korka przez Leśnicę, to już jazda zaczęła być przyjemna. Jednak wewnętrznie byłam nadal, jakaś spięta – cieszyłam się, że jedziemy, a jednocześnie w głowie wiozłam wielki chaos.

Co 80-100 km robiliśmy pauzę, żeby moja ręka mogła odpocząć, a niestety było z nią coraz gorzej… Chciałam, żeby Marcin jechał przodem, ale jak już nie byłam w stanie jechać, to przez tą odległość nie słyszał mojego trąbienia. Gdy zwalniałam coraz bardziej, to dopiero zauważył, że coś jest nie tak. Stanęliśmy na poboczu, a ręka była „zajechana”. Do miejsca noclegu brakowało z 60 kilometrów, więc chwilę odpoczęłam, a Marcin T. pożyczył mi swój tempomat. Trasa była prosta, więc mogłam jechać ustawiając tempomat i opuszczając bolącą rękę na udo. Na szczęście taka sytuacja miała miejsce tylko pierwszego dnia. Każdego kolejnego ręka bolała pod koniec trasy, ale nadal była w stanie funkcjonować. A na koniec tak już się przyzwyczaiła do wysiłku, że nawet 300 kilometrów przejechała jednego dnia!

IMG_20150828_201720Z głównej trasy zjechaliśmy w Międzyrzeczu i skierowaliśmy się nad jezioro Głębokie. Wybraliśmy ten punkt, bo był w połowie drogi i blisko od planowanej trasy. Pole namiotowe było małe, ale znaleźliśmy sobie cichy kącik między drzewami. Tzn. cichy to on był na czas rozkładania namiotów, bo jak tylko skończyliśmy, to obok zaczęła rozbijać się banda nastolatków przy głośno grającej muzyce (w dodatku disco polo!). Marcin T. zrobił obchód po terenie i nawet znalazł sklep, kupił jednorazowego grilla i piwko. Mogliśmy zacząć kolację i wypić za moje zdrowie! Znaleźliśmy fajny, zielony kącik z widokiem na jezioro z dala od dyskoteki i tam sympatycznie spędziliśmy wieczór. Po powrocie byliśmy bardzo zdziwieni, że nasza młodzież jest całkiem grzeczna, a prawdziwą imprezę to mamy za płotem! Poszliśmy jeszcze na nocny spacer, aż wszyscy balujący poszli spać i my wreszcie też…

mms_img-1493137405Rano odezwał się Marcin B., że wyjeżdża z Wrocławia i będzie się starał nas dogonić. Z Marcinem T. mieliśmy w planie wyruszyć koło 10, ale pierwsze pakowanie obozu (z braku wprawy) zajęło nam bardzo dużo czasu. Wyruszyliśmy po 12-stej, więc drugi Marcin miał większe szanse na złapanie nas w trasie. W międzyczasie nas lekko zestresował, bo wysłał nam mms z radiowozem! 🙂 Na szczęście nie chodziło o przekroczoną prędkość (to podejrzenie akurat było uzasadnione hehe), a jedynie była to kontrola uprawnień.

Następnego dnia jechało mi się świetnie, wreszcie odpuściło to wewnętrzne spięcie, co je miałam na starcie. Jechałam z uśmiechem na twarzy, bo spełniałam swoje marzenie! Bo krajobraz zaczął się zmieniać w bardziej nadmorski, bo pogoda dopisywała i coraz mniej kilometrów było do upragnionego celu!

IMG_20150829_133116Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej i zaczęliśmy zdzwaniać z Marcinem B. W trakcie rozmowy okazało się, że my stoimy na parkingu CPN, a on pod Macdonaldem obok 🙂 . Od tej pory podróżowaliśmy już w trójkę. Marcin B. miał lekką traumę z powodu naszych mizernych prędkości 100-110 km/h, ale dawał radę i śmiał się tylko z tego, że jego motocykl teraz produkuje paliwo, bo ciągle mu pokazuje, że coraz więcej kilometrów może przejechać na baku 🙂 .

Wolin to raczej małe miasto, ale byliśmy zdolni i zdołaliśmy się w nim zgubić. Po różnych manewrach dotarliśmy wreszcie do miejskiej plaży i wielkiej polany, gdzie rozbite były namioty uczestników I Zlotu Junaków (tych nowych, nie starych). Samych Junaków nie było, bo wraz z właścicielami wyjechały promem na wycieczkę do Świnoujścia. Trochę szkoda, że nie załapaliśmy się z nimi na te wszystkie atrakcje… Rozbiliśmy obóz w pięknym zakątku z końską rodziną za płotem 🙂 i powoli zjeżdżały się te Junaki i drugie tyle innych marek motocykli z okolicy.

IMG_20150829_201209Witałam się z kolegami, a Marcinów nigdzie nie było. Przyłapałam ich podczas rozmów na pomoście w świetle księżyca – wyglądali słodko! 🙂 . Potem poszli razem do lasu… Oczywiście tylko po to, żeby znaleźć kijki do kiełbasy na ognisko. Marcin T. wystrugał mi nawet trójnoga, bo mu wjechałam na ambicję, że byle jakie te kije znaleźli 🙂 . Kiełbasa z ogniska o dziwo, nie była tak dobra, jak ta poprzednia z jednorazowego grilla, ale nie ma co wybrzydzać na biwaku! Prysznica nie było, ale toitoi-e tak, woda z pompki nożnej i czajnik z kawą, i herbatą – dało się żyć.

IMG_20150829_194826Późnym wieczorem atrakcje niczym z serialu wenezuelskiego zaserwowali nam sąsiedzi. Para z namiotów obok, która przyjechała na ścigaczach, robiła sobie regularne awantury z biciem się włącznie. On ją z liścia, ona jego z buta, przy soczystych epitetach. Nie wyglądało to groźnie, a nawet motocyklista sama podskakiwała, żeby bitwa trwała nadal… Jeszcze o 1 w nocy krzyczeli nieźle, a nad ranem jego już nie było, zostały tylko resztki namiotu, jakby przeszła po nim jakaś powietrzna trąba 😉 .

Junaki pakowały obóz, a my wyruszyliśmy szukać morza. Pierwszą nadmorską miejscowością było Międzywodzie, gdzie ochoczo skręciłam, bo wczasowałam się tam już trzykrotnie. Tam po raz pierwszy zobaczyliśmy morze. Cel został osiągnięty!

Ale podróż trwała nadal…

Mapa naszej podróży:

Trasa naszej wyprawy
Trasa naszego powrotu