Jazdy Pokerowe – relacja Magdy

Po powrocie z nadmorskiej wycieczki nie miałam już siły jechać na rajd na orientację dla motocyklistów, ale wybrała się tam żeńska ekipa: Magda z Agnieszką.

Więc po raz drugi na moim blogu, gościnnie, oddaje głos Magdzie:

Aga zapytała mnie: „Pojedziemy do Oławy na rajd?”.
Nie bardzo mi się chciało z początku, bo pracując na nocną zmianę nie lubię rano wstawać… Ale w końcu to rajd i kusi mnie to, jak nic innego w wypadach motocyklowych. Trasa jest bliżej nieokreślona, zadania ciekawe i często z dużym humorem tworzone, no i ludzie, którzy lubią to samo.
„Dobrze – odpowiedziałam – ale mogę być rano lekko nieprzytomna…” Pozostało omówić miejsce spotkania, zawartość kufra (jaki prowiant i gadżety zabieramy), wstać rano i się jakoś zebrać! Jak to mówił Shrek? Jakoś poszło, Ośle!

IMAG2431Na starcie pojawiłyśmy się o 10:10. Krótkie powitanie, rejestracja, wybór koszulek i zaczynamy czytać instrukcje. No i na dzień dobry zaćmienie umysłu – patrzymy na mapę i nic, ale to nic nie widzimy! Żadnej opisywanej w zadaniach miejscowości?! No to niezły start – śmiejemy się z Agą, posiłkujemy nawigacją i internetem, aż w końcu budzą się nasze szare komórki – nareszcie! Już wiemy, gdzie i po co mamy jechać. Udaje się nam wystartować o 11:00, ale jeszcze nie wiemy, że to jednak zbyt późno, by wszystko na rajdzie zaliczyć…

Oława – Ośrodek Kultury – pierwszy punkt kontrolny rajdu

IMAG2423Z daleka widać znajome logo, a na pierwszym planie 2 crossy. Idziemy z Agą do chłopaków pod namiot, a oni każą nam wkładać ręce do kartonów z dziurami – znałam już tę zabawę z Kociego Rajdu, więc strachu nie było. Od tego czasu trochę pouczyłam się nazw części motocyklowych, więc pomyślałam: „spoko, damy radę!” I jak pomyślałam tak zrobiłam, Aga też nie miała większych problemów! Punkty zdobyte w komplecie!

Ku naszemu miłemu zaskoczeniu, po takim macaniu części motocyklowych ręce miałyśmy czyściutkie, a panowie stwierdzili, że specjalnie wszystko wyczyścili. Zapunktowali u nas! 🙂
Jeszcze szybkie zdjęcia z crossami i w drogę. Dołącza się do nas 2 chłopaków, bo jadą bez nawigacji, ale na krótko. Jakoś tak wyszło, że Aga zgubiła ich już na pierwszym skrzyżowaniu, więc tylko się do siebie uśmiechnęłyśmy i pojechałyśmy swoją drogą.

Sobocisko – jabłka, jaja i krzyż pokutny

IMAG2424Punkt dobrze ukryty dla nas, a dla miejscowych – znany. Wchodzimy na boisko, a tu tłumy motocyklistów. Przyglądamy się i nie możemy uwierzyć – znowu będą jaja! Na wszelki wypadek dopytujemy, czy przypadkiem nie trzeba będzie się nimi rzucać, ale nie, spoko, trzeba tylko je zanieść na drugą beczkę. Niby proste, ale… trzeba najpierw takie „buciki-koturny” założyć na nogi, ze sznurówkami sięgającymi pasa, więc do noszenia jajek już tylko usta pozostają! Dobrze, że łyżeczki dają w komplecie do tych jajek 🙂 .

Jest zabawnie, ale idzie słabo – uzyskujemy wynik po 3 jajka i zero połamanych nóg! Teraz jabłka (rano to pewnie były jabłka, potem bardziej przypominały breję), które trzeba było w 30 sekund załadować widłami w 2 wiadra, a potem policzyć zawartość. Wynik średni, wrażenia – bezcenne! No i dobrze, że popatrzyłyśmy w instrukcje, bo ze śmiechu zapomniałybyśmy o krzyżu pokutnym. Na szczęście wymalowali go na biało przy kościele, więc zadanie było proste. Jeszcze tylko kocie łby i tuż, tuż jest następny punkt kontrolny rajdu.

Jakubowice – beka z Oławką

Trafiłyśmy do zapomnianego przez konserwatora zabytków pałacyku z ogromnym parkiem. Organizatorzy zaplanowali nam rozprostowanie nóg, czyli w parku zostały ukryte beczki, zawierające 5 części hasła do ułożenia. Spacer ogarnęłyśmy dość szybko – miałyśmy niezłą motywację, bo jedzenie i picie zostało w kufrze, a kiszki już marsza grały 🙂 . Jeszcze tylko wpisać musiałyśmy na kartkę hasło „Oławka”, odmeldować się i odebrać kartę z drugą częścią zadań. Od śmierci głodowej uratowały pączki i cola.

IMAG2425W międzyczasie odczytywałyśmy następne zadania i spojrzałyśmy na zegarek. No i tu nastąpiło małe zdziwienie – jest późno, a raczej – jest za późno na zaliczenie wszystkiego! Aga zarządziła, że przyspieszamy i sięgnęła po internet, żeby co nieco informacji znaleźć szybciej. Znalazła stajnię Hanna, ale bociana i okazji w Owczarach jednak musiałyśmy poszukać same, więc szybko w drogę…

Droga niestety nie pozwalała na rozwiniecie prędkości – kostka, zwinięty asfalt i inne ciekawostki… No ale docieramy do Witowic, a tam słup z gniazdem bocianim – bociana jednak brak! No dobra, przecież on nie musiał wiedzieć, że akurat w tym dniu nie może latać 🙂 . Na wszelki wypadek pytamy o bociana mieszkankę wioski (szła z wózkiem, więc o bocianach powinna coś wiedzieć hehe), która powiedziała, że jest jeszcze jeden, mocno stacjonarny u wójta. Jednak do karty wpisujemy tego nieobecnego boćka i jedziemy dalej. Trochę się nam dłuży, moce nas opuszczają, jest już późne popołudnie, a my daleko w lesie z punktami kontrolnymi, za to z wilczym apetytem na cokolwiek! Mijałyśmy po drodze MCDonaldsa, ale to nie nasze smaki, więc pojechałyśmy dalej…

Oleśnica Mała – Pałac Templariuszy, o którego istnieniu nic nie wiedziałyśmy!

Olesnica_MalaTo dla nas najlepszy punkt kontrolny rajdu – właściwi ludzie na właściwym miejscu i we właściwym czasie! Jak tylko tu dojechałyśmy, to po zdjęciu kasków, marzyłyśmy tylko o jednym: jeść i pić! A w kufrze miałyśmy tylko po bananie na głowę i litr wody! Jak z nieba spadli nam organizatorzy z chlebem, smalcem, ogórkami, a nawet i ciasto w kilku rodzajach było, nie mówiąc już nic o kawie! Pajda chleba ze smalczykiem i ogórasem – to było miodzio! Przebiło wszystko! Poczułyśmy się jak w siódmym niebie – tak niewiele, a tak dużo!

Po tak miłym przyjęciu czekało nas jeszcze zwiedzanie pałacu – tu miałam lekki niedosyt. Rycerz opowiadał za szybko i za krótko, a miałam wrażenie, że jeszcze dużo miał do powiedzenia, tylko w grupce mieliśmy niecierpliwą młodzież, która niestety, nie była zainteresowana historią tego miejsca… Korzystając z okazji, że przyglądają się nam tubylcy, próbowałyśmy znaleźć odpowiedź na pytanie będące zadaniem – o okazje, jakie można nabyć w Owczarach. Oni kręcili głowami i nic innego nie przyszło im do głowy, jak… ziemniaki. Postanowiłyśmy sprawdzić tę informację u źródła.

To mogą być tylko ziemniaki – informację potwierdził mieszkaniec Owczar, więc nasze zdziwienie na mecie było dość duże, że to był węgiel, a nie ziemniaki! No i punktu nie dostałyśmy! Skąd oni ten węgiel biorą? Swoją drogą „bieda szybów” tam chyba nie ma 😉 . Jeszcze tylko zapuściłyśmy internet, aby sprawdzić, co zastaniemy w Hannie? To poszło łatwo, bo od razu wyświetliło nam stajnię, więc kolejne zadanie miałyśmy odhaczone.

Następna na trasie była Ścinawa Polska – i Marina z kajakami

Dotarłyśmy na kajaki dość późno, a mając na uwadze to, że metę zamykają o 17:00, może 17:30 i realnie oceniając nasze szanse w walce z prądem rzeki, z przykrością odpuściłyśmy sobie to zadanie. Na pewno było zabawnie, niektórzy wyszli z zadania z mokrymi ciuchami, ale nawet im mordy się cieszyły. Zostawiłyśmy sobie furtkę, jakby nam jednak czasu starczyło i pognałyśmy do Jelcza-Laskowic.

IMAG2430Chciałyśmy dojechać szybko, ale akurat na tej drodze sterowanie nad moim motocyklem przejął wiatr. Za nic nie mogłam się utrzymać w linii prostej, ciągle mną rzucało i gdybym trafiła na policję, to pewnie musiałabym podmuchać w wiadome urządzenie, bo wyglądało to zabawnie 🙂 . Na szczęście Jelcz nie leży na końcu świata i jakoś tam dotarłyśmy. Fajny zakątek, plaża, piasek i punkt z zadaniami z bezpieczeństwa i pomocy medycznej. W Agnieszce odżyły wspomnienia z dzieciństwa – bywała tam z dziadkiem… Już po chwili od przyjazdu dopadły nas przemiłe Panie z PCK i zaczęły zadawać pytania. Nie było na nas mocnych – wiedziałyśmy wszystko, co się spodobało organizatorkom, zwłaszcza, że na niektóre pytania męska część uczestników nie znała w ogóle odpowiedzi! Uradowane, tym razem z punktami, byłyśmy gotowe na powrót do Oławy i stawienie się na mecie.

IMAG2428Meta troszkę nam się schowała. Może dla miejscowych było jasne, gdzie się mieści wjazd na właściwe ogródki działkowe, ale dla nas niestety nie. I gdybym w ostatnim momencie kątem oka nie zobaczyła dmuchanej bramy ze startu, to nie wiem, czy zmieściłybyśmy się w czasie. Na mecie na szczęście nie byłyśmy ostatnie, oddałyśmy nasze karty z punktacją i powlekłyśmy zmęczone nogi do okienka z jedzeniem. Pewnie w oczach kolegi wydającego ciepłe posiłki wyszłyśmy na marudy, bo przez zapach gulaszu i opowieści o cebulce do kiełbasy długo nie mogłyśmy się zdecydować, co wybrać. Trochę przyszedł nam ów kolega z pomocą i nałożył po jednej porcji tego, i tego podejmując za nas decyzję – bo kolejka czekała już długa!

Podczas jedzenia (jak to zwykle baby mają w zwyczaju) chciałyśmy poplotkować, ale się nie dało. Organizatorzy i klubowicze wciąż do nas podchodzili i zagadywali. Było to sympatyczne i miłe z ich strony, że nie są zamknięci na obcych, tylko dbają o dobry humor każdego uczestnika. Impreza wieczorna rozpoczęła się od przedstawienia wyników i wręczenia nagród. No i tu bardzo żałowałyśmy, że nie znalazłyśmy się w tym gronie, bo koszulki, które zostały nagrodami były naprawdę świetne!

Podsumowując – rajd tak fantastyczny, że już podjęłyśmy decyzję – w przyszłym roku znów jedziemy, ale na starcie będziemy szybciej, żeby na nic nie brakło nam czasu!

Polubiłam Czechy!

IMG_20150912_154804Ubiegły weekend tak mi szybko zleciał, że nawet nie zauważyłam, że był. A tu przede mną 5 dni w robocie i lekką traumę z tego powodu mam! Połowa weekendu zleciała mi na opanowywaniu kaca po piątkowym montażu ledowego światła stopu w moim kufrze. Oczywiście swój udział w tym montażu ograniczyłam do przywiezienia kufra 🙂 , ale piliśmy wszyscy po równo i tak samo umieraliśmy rankiem, dnia kolejnego…

Nie było tych % dużo, ale wymieszane po całości – nie polecam takiej kombinacji, bo potem głowa nie boli tylko wtedy, jak się nią wcale nie rusza! 🙂 Pomogła połowa alfabetu, czyli witamina B, C oraz magnez, śniadanie i kawa. Jakoś koło sobotniego południa mogłam wyruszyć, a Magda postanowiła mi potowarzyszyć do Ząbkowic Śl, więc fajnie sobie polatałyśmy razem i głowa już nie bolała.

Wracając do kufra, to jestem pod wrażeniem talentu Andrzeja, bo ładnie mi pochował wszystkie kabelki i nawet mogę zdjąć kufer, bez konieczności rozpinania czegokolwiek (na styki to działa). Mam 2 rzędy ledów, więc super to widać w dzień, kiedy hamuję, a w nocy to dopiero daje po oczach! Fajnie mieć takiego zdolnego kolegę! 😉

Ostatnio dość często przychodzi mi przekraczać granice z Czechami i póki co, ten kraj bardzo mi się podoba. Nie bez znaczenia jest oczywiście fakt, że to moja najbliższa granica państwa. Jednak bardziej motywują mnie do podróży ich góry i wyścigi. Tym razem z Marcinem od Transalpa wybraliśmy się w niedzielę na wyścig motocykli historycznych Kolštejnský Okruh o Cenu Václava Paruse w miejscowości Branná.

Wyjechaliśmy z Lądka Zdrój ok. 10 i ładnymi, równymi, i krętymi drogami (o czeskich piszę, nie polskich haha) pomknęliśmy na wyścig. Jak mijaliśmy radiowóz, to tak jakoś sobie uświadomiłam, że nie wzięłam dowodu osobistego, a przecież to teraz jest dokument uprawniający do przekraczania granicy. Nie miałam internetu zagranicą, to Magdę spytałam, co mi grozi? A ona mi odpisała, że deportacja, czy eskorta do granicy i koszty z tym związane. Nie muszę mówić, że w tym momencie przyjemność z jazdy mi się skończyła? Nic się nie stało, kontroli dokumentów nie miałam, ale jeździłam po tych Czechach tak spięta, że jeszcze dzisiaj bolą mnie barki 🙂 . Że też musiałam sobie przypomnieć o tym dowodzie, w nieświadomości byłoby łatwiej żyć…

Dotarliśmy na miejsce i oczywiście nie był to wyścig na torze, tylko centralnie po mieście 😉 . Mnóstwo polskich motocykli na parkingach i przy namiotach świadczyło o tym, jak popularne są u nas czeskie imprezy motoryzacyjne. Nie ma się co dziwić, bo zawodników wielu, stare motocykle są w każdym calu dopieszczone i w pełnej różnorodności, no i najważniejsze – zamknięte drogi, gdzie szaleć można do woli (blokady były otwierane co pół godziny, żeby inni/przypadkowi kierowcy mogli się przemieszczać).

Strefy serwisowe znajdowały się w bocznych uliczkach, gdzie popadnie, dzięki czemu, można było bez kłopotu przyjrzeć się z bliska tym wyjątkowym motocyklom:

Niewiele mam zdjęć z jazdy, bo Andrzeja z aparatem, ani Magdy nie było na wyścigu. Komórką przy takich odległościach nie ma sensu zdjęć robić.

Najpierw staliśmy przy parkingu z widokiem na ostry zakręt, a potem przemieszczaliśmy się kilkukrotnie, aż do kościoła (bo to miejsce polecali napotkani, polski motocykliści). Na prostej było bardzo szybko i głośno, wyjścia z zakrętów też wyglądały nieźle, o ile nie były pod górę przy motocyklach małych pojemności – bo wtedy szału nie było 🙂 . Wzdłuż drogi stały drewniane konstrukcje z workami pełnymi miękkiej watoliny, a ściany budynków wyłożone były materacami (takimi jak na w-f). Zabawnie to wyglądało 🙂 .

Potem zaproponowałam przejście na szybką obwodnicę w dole miasta i sobie wykombinowałam, że musi być do tego miejsca jakiś skrót (widziałam tubylca wychodzącego wcześniej z krzaków). No to się zapuściliśmy w te krzaczory po pas, a Marcin przecierał szlak. Dotarliśmy do jakiegoś ogrodzenia i już myślałam, że to elektryczny pastuch, ale Marcin sprawdził organoleptycznie, że zwykły sznurek 🙂 . A rośliny jakieś dziwne tam rosły i w sumie to nie wiem, jak wygląda ten Barszcz Sosnowskiego, więc na wszelki wypadek omijaliśmy je z daleka 😉 . Uśmialiśmy się nieźle! Po tej przeprawie wydostaliśmy się wreszcie na drogę i to było najfajniejsze nasze miejsce, bo po naszej stronie widowni kilka osób, a po przeciwnej – tysiące! Prawie jak miejsce dla Vipów!

I tam mieliśmy okazję zobaczyć sidecary w akcji, jak z bardzo szybkiej prostej wpadały w ostry zakręt. Niesamowite były figury, jakie musieli wykonywać ich pasażerowie! Strasznie mi się podoba ta klasa wyścigów i mam nadzieję, że jeszcze będzie wiele okazji do zobaczenia ich w akcji.

Trochę mniej nam się podobało, jak trzeba było wrócić z powrotem pod górkę i w dodatku wyszliśmy znów w środku miasta, daleko od parkingu. A kolejna przerwa była wyjątkowo długa, więc postanowiliśmy powoli wracać.

Droga powrotna była spokojna, a już do samego Wrocławia wracałam po ciemku, bo nie przyszło mi do głowy, że tak szybko teraz jest już noc. Podczepiłam się pod jakieś w miarę żwawe auto i jego czerwone światła fajnie wskazywały mi drogę. Umordowana byłam tym dniem, ale przywiozłam wiele wrażeń, na które w naszym, pięknym kraju nie ma co liczyć…

Łukasz „Cameron” był z inną ekipą i zmontował film:

https://www.youtube.com/watch?v=ofY9qqu5I7A

Nadmorska wyprawa cz. 4 – Unieście i pełen wrażeń powrót

IMG_20150901_130023Ostatni dzień pobytu nad morzem postanowiliśmy przeznaczyć bardziej na odpoczynek, niż jeżdżenie. W końcu byliśmy nad morzem, mieliśmy urlop, a odpoczywaliśmy biernie jedynie wieczorami. Rano pożegnaliśmy się z Dominiką, Krzyśkiem, a także Marcinem B., który musiał już wracać do Wrocławia. Trudno uwierzyć, ale konik polny na jego motocyklu przetrwał 160 km w okolicach Słupska, potem nocne rumakowanie i spał w garażu. Rano był gotowy na podróż do Wrocławia, tylko się nieco przemieścił z szyby (foto). Nieznane są dalsze jego losy, bo we Wrocławiu już go Marcin nie widział. Kto wie, może mieszka jeszcze gdzieś w jego motocyklu? 🙂

Ja z Marcinem T. mieliśmy w pierwszej wersji planu odwiedzić jeszcze te wydmy, widziane po drugiej stronie jeziora, jednak było to dość daleko. Wybraliśmy się jedynie w 80 kilometrów do Mielna, gdzie mieliśmy spędzić ostatnią noc nad morzem. Tam jednak pole namiotowe było daleko od plaży i bez żadnego cienia, a to był jedyny, tak upalny dzień w naszej podróży, że rozkładanie namiotu byłoby w takich warunkach torturą. Wróciliśmy się do Unieścia, gdzie znaleźliśmy komfortowe pole przy plaży z drzewami i niesamowicie czystą łazienką! Bardzo fajne to miasteczko, bo po jednej stronie głównej ulicy jest wielkie jezioro, a po drugiej morze. Co, kto woli 🙂 .

Wybraliśmy się na domowy obiadek (fajna odmiana po tych fastfoodach), a potem na plażę. Niestety słońce dość szybko zakryły chmury i zrobiło się nieco chłodno. Plaża była wyludniona, a koło nas latały paralotnie. Wieczorem wróciliśmy się „doubierać” i znów wybraliśmy się, już po zmroku, nad bajecznie spokojne jezioro i z powrotem, nad coraz bardziej wzburzone morze. Nocą zaczęło padać i znów słyszałam burze. Namiot ma to do siebie, że działa jak wzmacniacz słuchu i drobny deszczyk brzmi jak ulewa, a burza zawsze jest tuż, tuż 😉 . Znowu spałam niespokojnie.

Rano pożegnaliśmy się z morzem, które było mocno wzburzone i zapowiadała się wietrzna droga powrotna. Na postoju zaczepiła mnie kobieta i powiedziała, że też była motocyklistką przez 10 lat na MZ 250. Mówi do mnie: „Teraz jestem stara i musiałam kupić samochód, ale to mnie w ogóle nie podnieca!” 🙂 .

Musiałam się zatrzymać i ubrać zatyczki do uszu, bo huk wiatru w trasie powrotnej był bardzo duży. Bardzo się cieszyłam, że mam sporo bagażu, bo dzięki temu mój motocykl w takich warunkach zachowywał spokój. Pojechaliśmy przez Karlino na Kalisz Pomorski, gdzie zostaliśmy na obiedzie. Tam też postanowiliśmy, że spać będziemy w Dobiegniewie, bo jest tam kilka jezior i pól namiotowych. Tam też spytaliśmy o drogę kelnerkę, a ona mówiła, że na wprost nie ma drogi i trzeba jechać dookoła ok. 100 kilometrów. Mapy google i nawigacja jednak wysyłały nas krótszą, 40-kilometrową drogą między Parkami Krajobrazowymi i tam pojechaliśmy.

Marcin nieco się martwił, jakie tam będą drogi, ale jechało się super i widoki były piękne na jeziora i bujne lasy. Jazda sprawiała wiele przyjemności… do czasu! Nagle asfalt się skończył i zaczęła się kostka, ale nie taka równa i ładna, tylko z normalnych kamieni i z mchem pomiędzy nimi! Czasem były gładkie i bardzo śliskie, a czasem „nastroszone” i wtedy jazda przypominała jazdę po tarce. Zauważyłam, że koła mi się ślizgają na tych kamieniach przy małej prędkości i muszę utrzymywać 35-40 km/h, wyprzedziłam więc Marcina i pojechałam przodem. Tak byłam skupiona na utrzymaniu równowagi, że dopiero po chwili zauważyłam, że Marcina za mną nie ma! Zatrzymałam się (co też nie było proste) i zadzwoniłam do niego. Okazało się, że wyglebił i potrzebuje mojej pomocy w podniesieniu motocykla. Do wywrotki doszło na podmokłym poboczu, gdzie Marcin zjechał, jak już miał dość tej kostki.

Musiałam zawrócić, a droga była pochylona w stronę bocznych krawędzi, pobocze znowu z grząskiego piachu – nieźle się napociłam, żeby zawrócić bezpiecznie i o mały włos nie leżałam też! Dotarłam do Marcina, który już poodpinał bagaże i wspólnymi siłami podnieśliśmy motocykl, na szczęście na poboczu miękko było i skończyło się na kilku ryskach. Mogliśmy ruszać dalej, a kostkę pożegnaliśmy dopiero po 7 kilometrach. Jak odzyskałam spokój w tej podróży, to wpadliśmy na koniec drogi i wielką dziurę w nawierzchni! No nie! Zawróciliśmy i szukaliśmy objazdu, który, jak się okazało – prowadził przez polną drogę w lesie! Rany! No ręce mi opadły, bo to znowu była przeprawa przez piachy i podeschnięte kałuże. Czyli ponownie maksymalne skupienie, obieranie jak najbezpieczniejszego toru jazdy, stres i pot cieknący po plecach.

Udało się jakoś to przeżyć i dojechaliśmy do pola namiotowego, wymarłego pola namiotowego! Żywego ducha, żadnego turysty, postanowiliśmy szukać dalej… Spytaliśmy o noclegi dziewczynę, co uprawiała jogging, a ona nakierowała nas na jedyną w okolicy noclegownię. Stwierdziła, że pole niby działa, tylko chętnych jakby brak 🙂 . W sumie nie ma się co dziwić, bo poprzedniej nocy przeszła tamtędy wielka wichura, która powyrywała i połamała drzewa, więc i namiot by pewnie zabrała…

IMG_20150903_104229Jak dojechaliśmy do noclegowni, to przed nami zatrzymał się samochód, którego pasażerowie właśnie wynajęli ostatni, wolny pokój! Zapadał zmrok, a my nie mieliśmy gdzie spać… Zaczęłam prosić właściciela, chociaż o jakiś kąt do rozłożenia namiotu i z poparciem panów z auta, załatwiliśmy sobie kawałek ogródka i możliwość korzystania z łazienki. Udało się wyjść ze wszystkich tarapatów, które zgotował nam ten dzień! 🙂

Kolejny dzień to ponad 300 kilometrów do pokonania i o dziwo moja ręka się tak rozkręciła przez to tygodniowe jeżdżenie, że nawet nie protestowała zbyt mocno. Byłam zmotywowana, żeby dojechać w miarę szybko, ale robiliśmy sobie krótkie pauzy co 80-100 kilometrów. Nabrałam też więcej odwagi w prędkości i wyprzedzaniu.

Powrót z wyprawy już jest jakiś inny, zawiera element tęsknoty za domem i trochę żalu za porzucanym życiem w podróży, a nie oczekiwania na przygodę, jak jest w przypadku wyjazdu. Z jednej strony chce się już dojechać na miejsce, a z drugiej za moment marzy się, by znowu gdzieś wyruszyć. Mój następny cel będzie jeszcze większy, prawdopodobnie zagraniczny, prawdopodobnie w czerwcu i razem z Magdą i Andrzejem. Czas pokaże…

p.s. Po powrocie Andrzej zauważył, że odpada mi wajcha od biegów, trzymała się już na ostatnim ząbku! Jego spostrzegawczość uratowała mnie od kłopotów w trasie… Wracając z urlopu miałam znowu okazję jechać „na pusto” w dużym wietrze i ponownie motocykl zachowywał się bardzo niepewnie, niestabilnie i wężykował (muszę sprawdzić wszystkie luzy w kierownicy i kołach u mechanika). Jadąc 100 km/h złapałam boczny wiatr w zakręcie i mało mnie nie wciągnęło do rowu. Nienawidzę wiatru!