Co warto wziąć na wyprawę?

Na początku mojej opowieści o wypadzie nad morze podzielę się spostrzeżeniami dotyczącymi pakowania się na wielodniowy wyjazd. To moja pierwsza, tygodniowa wycieczka, więc nie jestem tu żadnym ekspertem, ale wiem już co mi się przydało, co zrobiłam źle, a co wyszło mi całkiem nieźle. Co się sprawdziło, a co jest kompletnym szajsem.

IMG_20150830_152651Na wycieczce byłam z Marcinem na Transalpie – podczas wpisów będę go określać „Marcin T.”. A dzień później dołączył do nas (i opuścił dzień przed wyjazdem) Marcin na BMW, czyli będzie to „Marcin B”. Pierwszego Marcina poznałam 2 tygodnie przed wyprawą, a drugiego tydzień. Jak na wycieczkę w ciemno, to zgraliśmy się całkiem nieźle, choć jeden Marcin osobowością był przeciwieństwem tego drugiego, a ja byłam chyba gdzieś po środku. Równowaga w przyrodzie została zachowana 😉 .

Ale wróćmy do tego pakowania, które zajęło mi jeden wieczór. Moja przestrzeń do zagospodarowania to średniej wielkości kufer i plecak 50 litrów. Plecak kupiłam kiedyś na wyprzedaży w Biedrze za całe 18 zł, ale wytrzymał wyprawę bardzo dobrze. Lepszym rozwiązaniem byłaby torba z rozpinaniem wzdłuż, bo wtedy dostawanie się do rzeczy w głębi, nie wymagałoby pełnego rozładunku, jak w przypadku plecaka. A zrobiłam ten błąd na samym początku – pakując bieliznę na sam dół plecaka, więc pierwszego dnia mój namiot wewnątrz wyglądał, jak po wojnie 🙂 . Podczas kolejnych dni byłam spakowana w takiej kolejności, począwszy od dna: bardzo letnie ubrania i kurtka wiatrówka, ubrania codzienne, dres do spania, bielizna, kosmetyki, przybory kuchenne i jedzenie oraz bluza, czapka, chusta (żeby były na wierzchu, jak trzeba się cieplej ubrać w trasie). Już zamówiłam sobie kołnierz z winstopperem, na przyszłość.

IMG_20150828_114007Plecak stabilizowałam jednym paskiem ramiennym (czy jak to się tam nazywa) otaczając uchwyt kufra, następnie używałam dwóch siatek z gumek, by go całego otoczyć, ale pełna stabilność pojawiała się dopiero po użyciu dwóch gum bagażowych, spiętych na krzyż przez cały bagaż. Plecak na tylnym siedzeniu miał ten plus, że w długiej trasie był jednocześnie podparciem dla męczonych pleców. Rzeczy wewnątrz rolowałam po 2-3 sztuki i faktycznie lepiej to zajmowało przestrzeń, niż klasyczne składanie i mniej pogniecione bluzki były.

W kufrze jechała torebka z rzeczami na czarną godzinę dla motocykla (opona w sprayu na kapcia, dętka, smar do łańcucha w mini wersji, żarówki, bezpieczniki, peleryna przeciwdeszczowa), śpiwór, materac, pompka, koc, mały koc piknikowy do siedzenia, ręcznik z mikrofibry i malutka poduszka.

IMG_20150904_110400Zbawieniem były dla mnie mini wersje kosmetyków, które są dostępne w drogeriach (można też kupić same buteleczki i przelewać). Nawet małą pastę do zębów można dostać i składaną szczoteczkę do zębów. Dzięki temu nie zagraciłam połowy plecaka: szamponem, odżywką, żelem do kąpieli, balsamem do ciała, kremem, mleczkiem do twarzy itp. Wzięłam za to suszarkę do włosów, na szczęście niewielką. Mam długie włosy, a prysznice wieczorem i rano robiliśmy, więc chodzenie z mokrą głową w temperaturze 12 stopni, byłoby tragiczne w skutkach. Super na wypadzie sprawdzają się mokre chusteczki, a są zwykłe, intymne, a nawet takie z antyperspirantem (dzięki czemu nie trzeba wozić dezodorantu w kulce).

Bluzek wzięłam nawet zbyt dużo, bo pogoda niepewna, więc różne długości rękawa miałam, a przydały się jedynie te letnie i bluza. Bieliznę wyliczyłam, a z butów wzięłam tylko trampki i klapki pod prysznic/na plażę. Trampki kompletnie się nie sprawdziły, bo szybko się brudziły i moczyły na porannej rosie, czy po deszczu. Lepsze by były skórzane adidasy/traperki. Na wieczory i noc przydały się cieplejsze skarpety i chusty wielofunkcyjne. Te ostatnie też świetnie chroniły szyję podczas jazdy w wietrzne dni i wtedy też przydały się stopery do uszu, bo huk w kasku był okropny!

jpgŚpiwór miałam letni, więc pierwszej nocy posiłkowałam się jeszcze kocykiem polarowym, potem Marcin T. podpowiedział mi, że lepiej najpierw zawinąć się w kocyk i wejść do śpiwora. To był ekstra pomysł i już nigdy nie zmarzłam! Nie mam śpiwora w wersji mumia, to na głowę zakładałam czasem chustę wielofunkcyjną. Kolejnym ekstra rozwiązaniem jest tuba sportowa, to taka rura z elastycznego materiału, która może być bluzką, spódnicą mini, albo pasem nerkowym. Ja właśnie najczęściej stosowałam ją w tej trzeciej wersji, podczas jazdy i zimnych wieczorów na plaży.

IMG_20150831_105136Zachwycona, a następnie zdruzgotana byłam tankbagiem 2-litrowym Rebelhorna. Pożyczyła mi go Magda i to był genialny pomysł, bo po zdjęciu z baku można go na pasku nosić jak torebkę i zawsze spakować tam rzeczy potrzebne, i dokumenty, żeby nie zostawały w namiocie. Mogłam też w czasie jazdy z gniazda USB ładować schowany w tankbagu telefon i mieć pod ręką mały napój izotoniczny.

Wszystko byłoby piękne, gdyby nie jakość jego wykonania. Po trzech dniach noszenia takiej torebki przez ramię, poszły mocowania paska. Ten zielony materiał (na zdjęciu) nie utrzymywał już pasków, bo to tylko malutki prostokącik tkaniny, a nie druga warstwa torebki. Musiałam ją nosić w ręce przez resztę wyjazdu i koleżance odkupić. Nie nosiłam tam cegieł! Chusteczki mokre i suche, kluczyki, pomadkę ochronną, smartfona i dokumenty. Porażka producenta na całej linii – NIE POLECAM!!!!!!!

lyzkaZakupy na każdy posiłek robiliśmy na bieżąco, bo sklepy są wszędzie. Magda podpowiedziała mi, że zamiast jakiejś kuchenki podróżnej (ponad 100 zł), można zabrać zwykłą grzałkę do wody (10 zł) i metalowy kubek. To był super pomysł i mogliśmy się cieszyć herbatą, i kawą przy każdym posiłku (bo prąd był w łazienkach każdego pola namiotowego). Zamiast talerza wzięłam plastikową pokrywkę z pojemnika na żywność (ten pomysł znalazłam w necie), a zamiast kompletu sztućców niezbędnik turysty (na foto), jednak i tu popełniłam błąd kupując najtańszy, podatny na rdzę, już po tygodniu 🙂 .

Spaliśmy na pompowanych materacach, bo to większa wygoda i można już taki welurowy kupić za 20-30 zł. Wysypiałam się, prawie jak we własnym łóżku! Z pompowaniem nie było kłopotu, bo Magda i Andrzej pożyczyli nam pompkę elektryczną podpinaną do gniazda zapalniczki. Błogosławiliśmy ich za to każdego wieczoru! 🙂 Namiot pożyczyła mi Maja, a że sprawdził się wyśmienicie, to go od niej odkupię. Bardzo szybko się go rozkładało i składało, był lekki, nie przemókł w deszczu i niewiele miejsca zajmuje.

Dziękuję wszystkim za pomoc w organizacji wyprawy i uzupełnienie moich braków w wyposażeniu, a Marcinowi T. za pomoc w dźwiganiu tego wszystkiego. Na początku dziwnie mi się jechało z takim ciężarem, manewry na małej prędkości ciężej było wykonać i już nie byłam w stanie przepchać motocykla „na bioderku”. Potem się przyzwyczaiłam, a i doceniłam tą masę, bo podczas wietrznych dni motocykl zyskał na stabilności i wiatr mnie nie przestawiał (jak to ma w zwyczaju, gdy jadę z samym kufrem).

Zdobyłam morze!

Udało się! Dojechałam nad morze i nawet strzeliłam jeszcze sporo kilometrów wzdłuż jego brzegów. Po tygodniowym wypadzie i pokonaniu 1500 kilometrów dotarłam do domu! Jestem mega zadowolona 🙂 . Oprócz spełnionego marzenia, przywiozłam wiele doświadczeń w trasie i więcej pewności siebie na drodze. To najlepszy urlop w moim życiu, zdecydowanie!

Ręka radziła sobie coraz lepiej (ostatniego dnia zrobiliśmy 300 km, choć wcześniej dawałam radę jedynie 200), więc moja teoria, że jazda na motocyklu – to też rehabilitacja, jest jak najbardziej słuszna! 🙂 Przed samym wyjazdem było nieco stresów, ale sama podróż nie miała już przykrych niespodzianek.

Wrażeń bardzo wiele, więc będę stopniowo Wam je opisywać. Kłopotów technicznych w Pomidorze nie było (zdał egzamin w trasie na medal!), Marcin tylko strzelił glebę, ale obyło się bez szkód.

Kilka stop klatek z wycieczki:

Przygotowania do wyprawy czas zacząć!

IMG_20150826_171730Przed chwilą odebrałam motocykl z nowym, tylnym kołem. Tzn. starym, bo z Hondy Dominator, ale w niezłym stanie i wyważone przed ubraniem. Dbam o wygląd swojego motocykla i nieco mnie załamała ta anomalia koloru obręczy. Jedno koło srebrne a drugie złote? Nooooo nie!

Ale! Wszystkie moje zastrzeżenia zabrał wiatr, jak ruszyłam. Rany! Jeździłam Polonezem, a teraz bujam się Mercedesem 😉 . Serio! Różnica jest kolosalna! No niestety, jak się jeździ długo jednym motocyklem i zmiany następują płynnie, to ciężko jest je wyłapać. Zawsze telepało tyłem, ale zwalałam to na jakość dróg i endurowate zawieszenie. Teraz motocykl mi po prostu bajecznie płynie… Poza tym mam pod łóżkiem złotą felgę na przód (dostałam z motocyklem), ale mniejszą, więc założę ją, jak zużyje się przednia oponka i będzie już lepiej.

Całość operacji kosztowała mnie tyle, ile miał wynieść koszt paliwa nadmorskiej wycieczki i nieco to boli, bo po debecie polecę. Ale z drugiej strony, jak się ma pojazd to i wkładać trzeba. A te koszty, które mają wpływ na moje zdrowie i życie, nie są kosztami a inwestycją we własne bezpieczeństwo.

Marcin ogólnie przejrzał motocykl i ostrzegł, że niedługo trzeba będzie zrobić regulację zaworów. Założył mi też gniazdo zapalniczki z USB, żebym miała jak ładować telefon w trasie.

Powoli w jednym kącie pokoju robię sobie skład rzeczy niezbędnych w podróży, żeby o niczym nie zapomnieć. Moja przestrzeń bagażowa na Pomidorze to kufer i miejsce na siedzeniu pasażera. Początkowo chciałam ubrania wsadzić do kufra, a namiot, śpiwór, kocyk, materac – na siedzenie. Jednak wyszła by z tego nieporęczna piramida. Zrobię, więc odwrotnie. Do kufra dam wyposażenie biwakowe, a ciuchy, buty i rzeczy podręczne spakuje do plecaka 50 litrów, i umocuję go na siedzeniu. Będzie mi łatwiej zabierać bagaż lub też nosić ze sobą, gdy np. motocykl będę musiała gdzieś na trochę zostawić. Wiecie, że zrolowane ciuchy zajmują mniej miejsca niż poskładane? Przetestuję 🙂 Wszystko pięknie zaplanowałam, a jak wyjdzie w praktyce to się okaże 🙂 . Jutro ostatni dzień organizacyjno-zakupowy, a w piątek start!

Drogę do Wolina dzielimy na pół z noclegiem w okolicach Łagowa. W sobotę nocujemy na zlocie Junaka, a od niedzieli jedziemy na wschód wybrzeża. Potem wrócimy przez Drawski Park Krajobrazowy. Jeżeli chcecie być na bieżąco z naszą wyprawą – to zapraszam na mój facebookowy profil www.facebook.com/pamietnikmotocyklistki, gdzie będę wrzucać notki z podróży. Trzymajcie kciuki, żebym dała radę i moja poturbowana ręka też!

p.s. Dzwonię dzisiaj do mamy z radosną wiadomością, że motocykl działa, a mama się zmartwiła: „A już miałam nadzieję, że nie pojedziesz” – mówi. Oj te mamy, zawsze się martwią 🙂 , a przecież życie jest po to, żeby je przeżyć, a nie przeczekać. Mam stracha – robię coś nowego, coś największego do tej pory na motocyklu. Ale jednocześnie już widzę siebie na tej plaży, skaczącą z radości, że mi się udało! Że pomimo endo w barku dałam radę osiągnąć cel.

Uda się! Czuję to 😉