Czeska strona szczęścia

Zwykle w weekend odwiedzam Kotlinę Kłodzką, więc niedziela stała się pretekstem, by przekroczyć granicę, która jest już „rzut beretem”. Uwielbiam Czechy, głównie za jakość asfaltu, ale także za: Kofolę, ciemne piwo, smażony ser i lentilki 🙂 . Wytyczając trasę kierowałam się głównie krętością asfaltów, więc na pierwszy ogień poszła droga 44. Wyjechaliśmy z Emilem jakoś ok. 11, a do przejechania ok. 130 kilometrów było.

Tego co zobaczyliśmy na drodze 44, kompletnie się nie spodziewaliśmy! W niedzielę ujeżdżało tą trasę ok. 60 motocyklistów, a w tym ok. 1/3 polskich. Na dół, nawrotka, do góry nawrotka i tak w kółko! Samochody to na tej drodze prawdziwe zawalidrogi, ale na szczęście nie były też, jakoś specjalnie liczne.

Jechałam na dół, tak raczej na spokojnie, bo nie czuję się pewnie na ER-6n w serpentynach (najkrętsze swoje wycieczki pokonywałam Yamahami serii MT, które same po prostu się składają), a poza tym z każdej strony atakowali mnie „szybcy i wściekli”, schodzący na kolanko. Mieliśmy ze sobą kamerę, więc zamontowaliśmy ją na motocyklu Emila, który postanowił jeszcze się trochę w tych zakrętach poskładać i powstał mały filmik z przebiegu trasy, który możecie obejrzeć na facebooku facebook.com/pamietnikmotocyklistki.

Pojechaliśmy dalej, by skręcić w boczną trasę przez góry, a potem jeszcze jedną w miasteczku Branna (gdzie wpadam zwykle pooglądać wyścig miejski). Z dużym niedosytem wróciłam z Czech, bo widoki były powalające, jednak niepozwalające na bezpieczne zatrzymanie się i robienie zdjęć (wąsko, stromo, kręto i linie ciągłe).

Wróciliśmy naszą, polską serpentyną Orłowiec-Złoty Stok, jednak najpierw musieliśmy przetrwać te „wyrypy”, bo trasa niestety nie jest wyremontowana w całości. Jest czego zazdrościć Czechom, bo dbają o swoje drogi wyjątkowo!

Branna 2016

Odkąd odkryłam czeskie wyścigi miejskie w Horicach i Brannej, to stały się one dla mnie punktem obowiązkowym w motocyklowym grafiku wycieczek. Podczas ubiegłego weekendu odpicowane motocykle historyczne ścigały się w Brannej, a ja postanowiłam pojechać tam w niedzielę. Dałam posta, że się wybieram, ale w obliczu panujących upałów odzew był znikomy, zdecydowany był tylko jeden kolega, który na swoją beemkę postanowił zabrać też syna. A beema to była zacna, litrowa, tylko za cholerę nie pamiętam modelu:

Czeskie, kręte i równiutkie asfalty zawsze powodują u mnie uśmiech pod kaskiem! Ubrałam kurtkę z siatki – to i w ten upał dało się żyć, choć momentami w lasach nawet i przemarznąć. Bez większych przygód trafiliśmy na miejsce, a po drodze dołączyli do nas inni motocykliści.

Ja na tego typu wyścigach już byłam, więc wrażenie nie było tak powalające jak za pierwszym razem, a do tego słońce grzało bez litości. Przemieszczaliśmy się jedynie w małym zakresie i dopiero w zacienionych miejscach dało się żyć i sympatycznie wyścig oglądać:

Zrobiłam tylko parę fot, bo komórką na wyścigu ciężko coś złapać, ale kolega Łukasz, którego spotkałam na miejscu, poratował mnie swoimi fotkami:

Po przejeździe (jak zwykle) widowiskowych sidecarów, powoli zebraliśmy się na parking, gdzie się okazało, że… kolega zgubił kluczyki do motocykla! No nie! Postanowił z synem jeszcze raz przejść trasę, którą przemierzaliśmy, a ja się poddałam, bo jestem totalnie nie-upało-odporna i „padłam” pod krzakiem w cieniu, czekając na wieści. Wieści przyszły, że kluczyków nie ma, ale sobie zaraz poradzi.

No i poradził! Kierownica nie była zablokowana, więc wyszarpał stacyjkę i niczym MacGyver, wybrał zielony i czerwony przewód z 4-rech wystających i je połączył taśmą (tą właśnie, którą wożę w kufrze ze 3 lata i pierwszy raz się do czegoś przydała! haha). Motocykl odpalił, choć śmiechu było przy tym, bo podeszli Czesi, zaniepokojeni kradzieżą motocykla i musieliśmy im to jakoś (na wesoło na szczęście) wytłumaczyć.

14340090_1152736251431060_1321656853_o

Najbardziej przewrotny zwrot akcji miał dopiero nastąpić – otóż przy ubieraniu kurtki znalazły się kluczyki! Dlaczego dopiero wtedy? Bo kolega przeszukiwał kieszenie, a kluczyki włożył przez przypadek do kieszonki z ochraniaczem barku 🙂 . To ci historia!

Droga powrotna miło minęła, wypiliśmy kawkę na stacji i rozjechaliśmy się do domów.

p.s. Nie wiem czy wiecie, ale w sidecarach startuje także jedna polska motocyklistka i w Brannej ją widzieliśmy: Mój wywiad z Wiolettą Kowalczyk

p.s.2. Mam wieści od Pomidora – napisał mi 🙂 , że już został obniżony dla nowego właściciela, ma nową, egzotyczną rejestrację GTC i czeka na nową głowicę. Super!

Czech Tourist Trophy 2016

Trochę jestem w tym tygodniu zaganiana, to tak na szybko napiszę Wam, że ostatnią niedzielę spędziłam w Czechach na miejskim wyścigu w Horicach, który tak bardzo spodobał mi się rok temu. Uwielbiam czeskie wyścigi, bo wtedy małe miasteczka zamieniają się w tor! Niesamowicie to wygląda! I te wory wypchane szmatami na zewnętrznej (ewentualnie materace szkolne na budynkach hehe), kibice biegnący z piwem do swoich ulubionych motocyklistów na okrążeniu pokazowym po wyścigu. Czeski ser smażony i kofola (choć ten pierwszy to tym razem nie był lekkostrawny hehe).

Niestety nie zrobiłam Wam wielu fotek, bo miałam jedynie komórkę, a ona w takim słońcu i przy tak ekspresowym przemieszczaniu się motocykli – nie dawała rady. Na początku z Emilem nieco się pogubiliśmy i jakimiś bocznymi uliczkami doszliśmy na strefę serwisową. Potem już na start i znaleźliśmy fajne miejscówki do oglądania, jak i poleżenia na trawce. Obyło się bez wypadków, a wrażenia wzrokowo-dźwiękowe dla fanów motocykli – niepowtarzalne! Jeszcze ok. 17 jechały sidecary i z zachwytem oglądaliśmy te ich wygibasy w wózkach, a skutek był taki, że do Wrocławia wracaliśmy już po zmroku (eMTek ma super światła długie!). Do domu dotarłam padnięta, ale szczęśliwa!