Kryć się kto może – jadę w trasę!

Na dziś jest plan 95 kilometrów do pokonania – String jedzie ze wsi do swojego, nowego garażu we Wrocławiu (dzięki Darek!). Oczywiście prowadzić go będzie (już) legalna motocyklistka, nadal blondynka ;-).

Wszystko to w ramach treningu przed moim weekendowym wypadem na Czarną Górę. Arek na swoim czoperku, wstępnie zgodził się tam jechać ze mną. Razem będziemy wyglądać pewnie dość komicznie (czoper + supermoto), no ale dobrze jechać w taką trasę z kimś doświadczonym w jeździe.

Trzymajcie dziś za mnie kciuki, bo stressssa mam lekkiego! To moja pierwsza, tak długa podróż po asfaltach. Nie jadę drogą krajową, tylko „wioskami”, żeby zaoszczędzić innym kierowcą rzucanie k….wami w moim kierunku ;-). No i jak mnie nikt nie będzie gonił, to bez stresu skupię się na jeździe. Mam nadzieję, że jak wsiądę na Stringa to stres zamieni się w koncentrację i radość z jazdy!

P.S.
Napisze wieczorem czy dotarłam szczęśliwie.

Update: Jestem, jestem :-). Ja w jednym kawałku i String też – obydwoje daliśmy radę!

Miałam jedno hamowanie awaryjne, raz musiałam zamknąć oczy podczas jazdy (!) i jedno auto nie było w stanie mnie wyprzedzić ;-).

Szczegóły jutro popołudniu, bo jestem tak padnięta, ze wracając do domu potykałam się o własne nogi. Tak, tak – to właśnie nogi bolą mnie najbardziej, choć przesiedziałam całą trasę ;-).

Matylda Mika – artystka z motocyklową duszą

Witraż w kształcie motocykla, silnik V-ka z ceramiki – to tylko niektóre pomysły Matyldy na wyrażenie swojej miłości do jednośladów. Także dzięki niej wrocławianie mają swojego krasnala na motocyklu.

Co było pierwsze: zamiłowanie do sztuki czy do motocykli?
Najpierw były motocykle. Zaraziłam się tą pasją od mojego taty, który jeździł motocyklem od czasów studenckich. Takim punktem zwrotnym był dzień, kiedy wracając ze szkoły zobaczyłam wielką bandę motocyklistów – zafascynowali mnie. Po powrocie do domu powiedziałam: „- Tato, ja chcę jeździć na motorze!” Na drugi dzień był już motocykl. Miałam wtedy 15 lat, a tato stopniowo uczył mnie jeździć i pozwalał na coraz więcej. Jeździłam na enduro w terenie, jeszcze bez prawa jazdy. A nabyte umiejętności pozwoliły mi zdać egzamin kat. A bez problemów, ku zdziwieniu 5 mężczyzn, którzy go oblali.

To kiedy poczułaś powołanie do sztuki?
Pod koniec szkoły podstawowej musiałam zastanowić się nad wyborem liceum, a że starsza siostra wybrała liceum plastyczne, to mi się ten kierunek też bardzo spodobał. Lubiłam tworzyć unikatowe rzeczy, więc i pod tym kątem wybrałam studia. Wtedy motocykle i sztuka połączyły się ze sobą.

Odwzorowujesz modele motocykli idealnie, czy też masz w tym własną wizję?
Jeżeli mam wolną rękę, to buduję z różnych elementów – własną wizję motocykla i łączę ją z ciekawą strukturą ceramiczną. Nie oddaje jedynie charakteru i kształtu motocykla, tylko dodaje do tej formy coś od siebie: ciekawą fakturę, rytm, połączenia materiałów.

Czy jakiś typ motocykli przeważa w Twojej twórczości?
Nie, nie ma motocykli, które bym preferowała. W ekspresji twórczej interesuje mnie przede wszystkim kształt całości i poszczególnych elementów, typu: silnik, teleskopy. Z kształtu wyciągam esencję i przekładam go na ceramikę. Nie robię na pewno motocykli obudowanych, lubię jak widać ten silnik.

Zdarzało Ci się projektować motocykle?
Tak, we wcześniejszych latach życia. Czerpałam inspiracje z gazet i tworzyłam własne szkice. Potem poszłam w kierunku większej ekspresji i pomógł mi w tym komputer. Swoje szkice powiększałam, skanowałam, obracałam – tworząc ekspresyjne obrazy motocyklowe, np. ze zdjęcia mojego Domisia (Honda Dominator 650) zrobiłam witraż.

Które z motocyklowych dzieł jest dla Ciebie bezcenne i nikomu byś go nie oddała?
Nie oddałabym pierwszego widlastego silnika Harleya Davidsona. Tworzenie go było wielkim eksperymentem – mało kto wierzył, że mi się to uda! Pomyślałam, że byłby to świetny prezent dla mojego taty, wielbiciela tej marki. Starałam się go idealnie odwzorować, a był to dopiero początek mojej pracy nad rzeczami technicznymi.
Uparłam się i byłam bardzo pochłonięta tym projektem. Udało się! Z jednej strony widać idealność tej V-ki, a z drugiej widać, że to po prostu ceramika.

Odwzorowanie motocykla łatwe raczej nie jest?
Gdy robiłam swój pierwszy motocykl, to mój wykładowca nie wierzył zbytnio w ten projekt. Zostawił mi wolną rękę, bo nie miał pomysłu na wykonanie go z technicznego punktu widzenia. Chodziło o skomplikowanie wzoru i ciężar całej konstrukcji metalowej. W złożeniu tego motocykla pomagał mi tato i dzięki niemu też, nauczyłam się spawać. Jego też bym nie oddała, dlatego stoi w ogródku u moich rodziców.

Zdarza Ci się tworzyć coś motocyklowego pod zamówienie?
Zaprojektowałam wrocławskiego krasnala, jadącego na motocyklu i zdarza mi się także, robić jego kopie pod zamówienie. Często, ma to być prezent dla kogoś, więc krasnal wzbogacany jest w dedykację lub inne elementy podkreślające jego niepowtarzalność. Zdarza mi się także projektować motocyklowe puchary, trofea. Mile widziane jest wtedy użycie różnych motocyklowych „smaczków”, np. ze starych, kultowych motocykli. Staram się uciekać od elementów oklepanych – bo pasjonaci motocykli doceniają projekty unikatowe.

Kto wpadł na pomysł, żeby wrocławskiego krasnala wsadzić na motocykl?
Forum Dolnośląskich Motocyklistów SWBikers wymyślili tą akcję. Bo jest tyle krasnali we Wrocławiu, ale nie było wśród nich motocyklisty. Do wykonania krasnala zgłosił mnie kolega Misiek, który wiedział, że jestem po ASP i kocham motocykle. Początkowo byłam nastawiona sceptycznie – bo przecież wszystkie krasnale wykonane są z metalu! Ale potem, przyszło mi do głowy, że przecież mogę go wylepić z gliny, a następny krok wykona rzeźbiarz-odlewnik. I tak też się stało.

Jak wyglądało wyłanianie postaci krasnala-motocyklisty? Kto decydował, jak powinien być ubrany i na jakim motocyklu jechać?
Temat ciągnął się na forum i tam było sporo wskazówek, co do wyglądu krasnala. Nie miałam wzoru motocykla, jedynie starałam się podpatrzeć, jak wyglądają inne wrocławskie krasnale. Chciałam stworzyć go po swojemu – powstało kilka szkiców i w głosowaniu wybrano ten, do którego najbardziej byłam przekonana. Dyskusja trwała nadal, no ale nie da się dogodzić wszystkim!
Ale mogę się pochwalić, że mój krasnal został zakwalifikowany do pierwszej dwudziestki najładniejszych krasnali wrocławskich, a jest już ich ponad 200.

Ile czasu powstawał w Twojej pracowni?
Rzeźbiłam go przez dwa dni, potem były małe poprawki. Dłużej trwało robienie formy gipsowej i odlew metalu z tej mojej figurki.

Gdzie możemy podziwiać krasnala na motocyklu? Czy on ma jakieś imię?
Krasnal znajduje się na schodkach do katedry Marii Magdaleny we Wrocławiu, bo to miejsce zaproponował ksiądz Bogdan Skowroński, który sam jest motocyklistą i organizuje tam msze w intencji motocyklistów. To ważne miejsce, bo jazda na motocyklu jest ryzykowna, więc i opatrzność boża jest potrzebna.
Krasnal przez SWBikers został nazwany – Wentyl. O dziwo, imię powstało na samym początku, jeszcze zanim rozwinął się cały projekt.

Wróćmy do Twojej pierwszej pasji – lubisz podróżować na motocyklu?
Uwielbiam! Spędziłam trochę czasu w siodle, podróżując po Europie. Mój rekord to ponad 10 tysięcy kilometrów podczas podróży do, i po Grecji, a dziennie zdarzyło mi się przejechać nawet 900 kilometrów. Ale wtedy nie ma już przyjemności z jazdy, jedzie się całkiem mechanicznie. Męczące też bywa codzienne rozbijanie obozu – a tak objeżdżałam Sardynię.

Jeździsz sama?
Nie, podróżuje ze sprawdzonymi kompanami, mam też dobraną paczkę kobiet-motocyklistek w Warszawie z którymi świetnie się bawię. Ostatnio mam trochę mniej czasu na podróże, czekam też, by mój chłopak zdobył więcej doświadczenia w jeździe motocyklem – wtedy wyruszymy w dłuższą podróż.

Masz swoje ulubione miejsce, do którego wracasz?
Jestem zakochana we włoskim jeziorze Gadra, byłam tam już 3 razy. Żeby się tam dostać – trzeba przejechać przez alpejskie przełęcze. Kiedyś bałam się takich „winkli”, ale jak trochę poćwiczyłam – to odkryłam, jak niesamowita to przygoda!

Asfaltowa czy szutrowa droga?

No! Można powiedzieć, ze odrobinę nadrobiłam zaległości w siodle. Zwiędły mi ręce, nogi i tyłek – bo jak same imię motocykla wskazuje – String nie jest zbyt wygodny, na dłuższą metę ;-).

Przyroda zaatakowała mnie 2 razy, ale udało się uniknąć spotkania zbyt bliskiego. Pierwszy raz, przez drogę asfaltową w lesie przeskoczył mi jeleń. Dobrze, że go zauważyłam kątem oka i zaczęłam hamować. Bo raczej nie miałabym szans w zderzeniu z nim – niesamowicie wielkie to bydle. Drugi raz zaatakowały mnie 3 psy, kurdupelki, nadrabiające odwagą. Priorytetem dla nich było, wbicie się w moją nogę. Na szczęście odkręcenie manetki załatwiło sprawę ;-).

Zrobiłam sporo kilometrów po polach i asfaltach, a niedosyt nadal pozostał… Nie mogę się zdecydować, czy wolę drogi szutrowe, czy asfaltowe. Jedne i drugie dają mi tą samą, zajefajną satysfakcję, wyciszenie i poprawę humoru. Do jednych i drugich mam jeszcze duży respekt – nie przesadzam z prędkościami. No i te moje, drogi mało uczęszczane – to, i mało zagrożeń ze strony innych użytkowników jezdni. Czy tak samo, beztresowo będzie w mieście? Wątpię…

Ktoś może zapytać: „Po co tak jeździć bez celu?”. Ale to nie jest, żadna jazda bez celu – odpowiedziałabym. Cel jest zawsze przede mną, niczym z zasady kija i marchewki ;-). Widzę go przed sobą i do niego dążę!

Dobrze, że mam supermoto, bo taki typ motocykla częściowo rozwiązuje mój dylemat: „Asfaltowa czy szutrowa droga?” 😉

p.s. parking dla Stringa we Wrocławiu – poszukiwany!

Update: Garaż już jest! Niestety nie pod blokiem, ale za to podziemny, na kilka aut i za małą kasę. Za tydzień mogę się wprowadzać – więc czeka mnie pierwsza, większa trasa do Wrocławia.

Przymierzam się także, na razie mentalnie – do wyjazdu na wyścig górski (samochodowy) na górę Sienna. Ale jak sama nazwa wskazuje, to już są trasy górskie i kręte – więc pytanie – czy zwycięży rozsądek (i sobie odpuszczę), czy pójdę na żywioł (i pojadę) ?? 😉