Czarna Góra zdobyta!

Niedzielna wyprawa była pełna wrażeń, wyjechałam o 9 rano z domu, wróciłam o 18, a w tym czasie tylko 2,5 godziny oglądałam wyścig górski ;-). Resztę czasu przejeździłam pół na pół – asfalt/teren. Asfalt nie przysporzył mi problemów, za to teren… hmm… Powiem tak, przez pół godziny myślałam, ze znalazłam się w sytuacji bez wyjścia i żałowałam, ze nie jestem facetem ;-).

Ale najważniejsze, że Czarna Góra jest zdobyta i to nawet dwa razy, jeżeli liczyć tą wieżę, co ją widać na szczycie!

Napiszę pełną relację, jak się zregeneruję, bo jeszcze trzyma mnie adrenalina, ale mięśnie już dają popalić…

Wizyta u Filipa ;-)

Zadzwonił do mnie Filip i poprosił, żebym wpadła pokazać swój motocykl, bo chce się przejechać. A, że Filip to kawał chłopa, to nie bałam się oddać Stringa w jego ręce…

Filipowi przypadł do gustu mój motocykl, najbardziej podobał mu się klakson i kierunkowskazy ;-).

W nagrodę za odwagę Filip dostał album z motocyklowymi naklejkami. Jednak mój motocykl nie zachwycił go tak bardzo, bo pokazał, że kupi sobie żółtego ścigacza ;-).

W tę i we w tę

Dziś o 9 rano zameldowałam się pod garażem, żeby zabrać Stringa w drogę powrotną na wieś. A on miał dla mnie wiadomość! Na siedzeniu leżała wielka kartka w której ktoś mnie uświadomił, że to nie moja połowa boksu ;-). Moja to ta druga 50 cm dalej. Ot, i problem! 😉

Poubierałam się od stóp do głów i przy okazji mój nowy kask miał twarde lądowanie nr 1! W trakcie tego spektakularnego lotu, myślałam: „aaaa, tylko nie szyba, nie szyba!” Ale skubany okazał się odporny na tego typu ekscesy i zrobił sobie tylko minimalne ryski. Ufff ;-), ma opcję „blondynkoodporny”!

Zdecydowanie łatwiej mi jest zaczynać na wsi, a jak się wjeżdżę – to atakować miasto. Tym razem musiało być odwrotnie i trochę się denerwowałam. Zostałam obtrąbiona na pierwszych światłach, bo oczywiście z dwójki chciałam ruszać… Potem jechałam za ciężarówką z samochodami na pace, która miała praktycznie zerowe światła stopu i mi się nagle zatrzymała (bo nie wiedziała gdzie skręcić), ćwicząc mój refleks!

Odetchnęłam, jak już z miasta wyjechałam, rozluźniłam się, gęba sama mi się cieszyła… Zatankowałam i w drogę! 😉 Zimno było na początku, a potem słońce już bosko grzało. Daszek w kasku jest zbawienny – nic po oczach nie razi! Trasa już jechana, więc i luz mi się większy włączył, na prędkościomierz nie patrzyłam i dzięki temu poruszałam się i szybciej, i płynniej. Boooooosko! Tylko na dwóch połączonych zakrętach 90 stopni odpuściłam sporo gazu, a resztę łykałam jak leci. Im bliżej domu, tym smutniej mi było, że zaraz koniec trasy… No ale jest jeszcze popołudnie i jutrzejsza wyprawa na górę Sienna – jadę niestety sama, chyba, że jest ktoś chętny?

Taką wisienką na torcie był paragon ze stacji benzynowej pod domem – trasa ok 70 km na PB98 kosztowała mnie 7 zł ;-). No tak, to ja mogę jeździć!