Zmiana motocykla, czyli wjeżdża Majk, odjeżdża Dziabąg

Od pewnego czasu myślę nad zmianą motocykla. Spłaciłam już kredyt na Dziabąga i jeździłam nim 4 lata, a przebieg dobiegał 50-tysięcy. Jednak największą motywacją do zmiany była wygoda w długiej trasie. Marzył mi się rasowy turystyk i już jakiś czas przeglądałam ogłoszenia i siadałam na sprzęty znajomych. Wszystkie jednak przerażały mnie swoją wagą i gabarytami. Mam półsprawną prawą rękę i ciężki motocykl po prostu odpada.

Postanowiłam przymierzyć się do Kawasaki Versys 2010, który był nieco ładniejszy, niż wersja wcześniejsza. I to był ten przełom, bo motocykl najzwyczajniej mi leżał. Był dobrze wyważony, przez co waga nie przerażała, nawet miałam wrażenie, że Er6-n trudniej mi czasem przepchać. Wysoko się siedzi, stopy na ziemi, kierownica szeroka i można wstawić wysoką szybę. I najważniejsze – jest tam silnik, który dobrze znam i którego charakterystyka mi odpowiada. Zbiera się dobrze, pali mało. To było to!

Przeglądałam różne ogłoszenia i zwykle modele z 2010-14 miały przebieg 30-50 tys. Mało jak na te roczniki, ale dużo jak na mój nowy motocykl, bo robię 10 tys. km rocznie. No i nie chciałam koloru czarnego, który był najbardziej popularny. Tuż przed wyjazdem w Alpy wpadłam na ogłoszenie Versys’a z 2010 roku, zakupionego w salonie, którym pierwszy właściciel zrobił jedynie 6400 kilometrów. Pomyślałam, że to jakaś ściema, ale odpisałam na ogłoszenie i wszystko się potwierdziło. Po prostu sprzedający nie miał czasu nim jeździć, a przebieg był udokumentowany. Wszystko pięknie, ale jechaliśmy w Alpy i nie było czasu go kupić…

Pogodziłam się z myślą, że z pewnością się sprzeda i muszę szukać innego sprzętu. Po powrocie zobaczyłam, że ogłoszenie nieaktualne, więc tylko się utwierdziłam w przekonaniu, że już mi przepadł, ale zapytałam. Okazało się, że jest! Tylko wygasło ogłoszenie! To była szybka akcja – rano poleciałam wziąć kredyt, a popołudniu już po niego jechaliśmy. Myślę, że motocykle są nam pisane i stało się tak, żeby ten trafił właśnie do mnie.

Na miejscu wszystko było OK, nie braliśmy nawet żadnego mechanika, bo motocykl był jak nowy. Formalności poszły szybko, a potem był skok na głęboką wodę. Emil wymyślił, że wrócimy przez Ostrów Wielkopolski.

Motocykl był dla mnie nowy, znacznie wyższy, silnik niby ten sam, ale charakterystyka nieco inna. Przelot przez miasto ze światłami był dla mnie jak 5-ta lekcja nauki jazdy hahah. Potem już było tylko lepiej. Doceniłam wygodę kanapy i wysoką pozycję. Łatwo zakręcał, choć jechałam ostrożnie, bo nie wierzę gumie opon, która ma 9 lat!

Dlatego pierwsza była wymiana opon, kasy starczyło mi jeszcze na gmole, a po wypłacie będzie wyższa szyba. Chciałam przełożyć swoje ulubione, czerwone, składane klamki Womet-Tech, jednak się okazało, że jedna z nich nie pasuje do nowszego modelu. Napisałam do producenta i miło się zaskoczyłam, bo zaproponowali mi, że jak odeślę tę klamkę, to wymienią mi tylko adapter za 80 zł. Wszystko trwało 4 dni i już mogłam się poczuć, jak na własnym motocyklu.

No dobra, nie do końca tak było, bo ok 300 km potrzebowałam, żeby poczuć nowy motocykl. Źle się czułam przy zatrzymywaniu, bo niby miałam całe stopy na ziemi, ale tylko w idealnych warunkach. Zwykle, z którejś strony, musiałam podpierać się tylko palcami (mam 173 cm wzrostu). Ten model też już nie zbierał się tak na sportowo, jak ER6n, więc musiałam nauczyć się nim szybko wyprzedzać. Ma też zdecydowanie większe wibracje przy redukcji. Jednak po opanowaniu tych czynności nastała dziecięca radość. Teraz mam już frajdę z jazdy nim, doceniam pozycję, fajnie się składa w zakrętach i pali 5 litrów/100km.

Versys miał bardzo oblepione smarem felgi i zębatki, więc zasłużył sobie na pierwsze SPA w motocyklowej myjni Kryś-Car we Wrocławiu. Chyba będę tam częściej zaglądać, choćby na samo mycie i smarowanie łańcucha, bo nie znoszę tego robić.

Pozostała jeszcze sprawa sprzedania Dziabąga i częściowej spłaty zaciągniętego kredytu. Dałam ogłoszenie na OLX i nawet nie zdążyłam udostępnić linka, jak napisał pierwszy kupujący. Zadawał kilka pytań i nawet mnie pochwalił, że w porównaniu do innych sprzedających – sporo wiem o swoim motocyklu. Starałam się o niego dbać i wszystko co trzeba, miał wymieniane, tylko nie znałam jego historii sprzed mojego zakupu.

Po wstępnym obejrzeniu kupujący poprosił o wizytę u mechanika i to nie pierwszego, lepszego, tylko „pogromcę mitów” Wiktora z Oględzin Motocyklowych. Szczerze? Sama się bałam, że znajdzie coś, o czym ja sama nie wiedziałam, kupując ten motocykl hahahah. Kontrola była bardzo dokładna, najpierw w garażu, a potem podczas jazdy. Na szczęście nie było tak źle… Przednia tarcza hamulcowa za jakiś czas do wymiany, luzy zaworowe do sprawdzenia i licznik może był nieco zaniżony przed moim zakupem. Z motocyklem oddałam wszystkie akcesoria, które i tak nie pasowały do mojego nowego modelu, czyli szybę, kufer, turystyczną kierownicę, crash pady, lusterka Barracudy. Mam nadzieję, że nowy właściciel z Wrocławia będzie z niego zadowolony tak, jak ja byłam.

P.S. Nowy motocykl będzie miał na imię Majk, tak jak bohater pewnej bajki:

Słodko-gorzki wypad do Czech

Początkowo plan był taki, by 3 dni poświęcić na „czeską szwajcarię”, jednak okazało się, że inne, ważne sprawy pokrzyżowały nam plany. Wyjechaliśmy z Emilem w sobotę popołudniu do Campu w Czechach, a rano mieliśmy zaliczyć: jaskinię Pekelne Doly, trójstyk oraz zamek Frydlant. Pogoda była niepewna, nieco kropiło, a ja mam przedni chlapacz w naprawie i nieźle mi lało po kasku! Na szczęście potem się rozjaśniło i niedziela też była pogodna. Do przejechania było ok. 230 km i nawet przez myśl nam nie przeszło, że nie zdążymy przed zmrokiem.

Jechaliśmy raczej żwawo i nie wiem, gdzie te minuty uciekały. Musieliśmy się też zatrzymać w markecie, bo się okazało, że zapasy jedzenia zostawiliśmy w… lodówce! Dzień już jest zdecydowanie krótszy i ciemność nas dopadła na najbardziej krętej partii trasy i w dodatku w lesie! Powiem Wam że dawno tak nie byłam zestresowana! Droga była wąska, tak na jeden samochód i do tego kręta jak diabli. Przy zakręcie 180 stopni momentami reflektor oświetlał mi głębokie skarpy i przepaście po bokach drogi. Emil mi co chwilę znikał za skałami w zakrętach i otaczała mnie już tylko zupełna ciemność. Jechałam z umiarkowaną prędkością, żeby w zaskakującej sytuacji mieć jeszcze czas na hamowanie. Serce mi waliło i wypatrywałam tablicy z nazwą miejscowości, gdzie mieliśmy nocleg. Dojechaliśmy kwadrans przed zamknięciem recepcji…

Nocleg był tani, komfort bardzo niski, ale w górach zawsze się człowiek wysypia. W naszym domku, a raczej takim drewnianym „kurniku” z jednym okienkiem, stały 2 łóżka piętrowe, malutki stolik i 2 regały zbite cienkiej płyty. Jak się za mocno człowiek ruszał, to cały domek się trząsł 😀 . Łazienki z prysznicami były, ale ciepła woda się skończyła (rano dopiero wróciła). Przygoda to przygoda, chodziło tylko o szybki i tani nocleg, żeby od rana był czas na zwiedzanie.

W niedzielę ruszyliśmy na Pekelne Doly – to taka knajpka, którą stworzono w jaskini. Motocykliści mogą tam wjechać nawet do środka, są wyznaczone pasy do jazdy, jak i miejsca siedzące. To kultowy punkt motocyklowy i raz warto tam pojechać. Z pewnością jest to miejsce jedyne w swoim rodzaju.

Trasa do jaskiń z miejsca noclegu wcale nie była łatwiejsza, tyle, że w dzień pokonywana. Chyba się wyleczyłam z tamtego regionu… Lubię zakręty, ale wąskie ścieżki bez pola widzenia (a dwukierunkowe) i z przepaściami po bokach – to już niekoniecznie. Zaparkowaliśmy przed jaskinią, żeby zobaczyć co i jak. Była jakaś budka z biletami, ale płacili tam tylko turyści bez motocykli.

Weszliśmy do środka, gdzie było przyjemnie chłodno i panował półmrok. Jak na piekielne miejsce przystało – są tam zamknięte drzwi do piekła, skąd dochodzą niepokojące dźwięki i kilka innych „ozdób” z piekła rodem. Na miejscu zjedliśmy smażony ser z frytkami, a potem wjechaliśmy do środka zrobić kilka zdjęć. Motocyklistów ciągle przybywało i już po chwili cały plac przed knajpą był nimi zastawiony.

Potem udaliśmy się na taki punk graniczny, gdzie łączą się ze sobą 3 państwa: Polska, Czechy i Niemcy. Zatrzymaliśmy się na parkingu przy stacji benzynowej, a dalej trzeba było iść pieszo. Nie jest to miejsce jakoś szczególnie przyozdobione. Trzy słupki graniczne i flagi, po polskiej stronie oczywiście wielgaśny krzyż. Stronę czeską i polską rozdziela mały drewniany mostek, a niemiecką już większa rzeka.

Ostatnim punktem wycieczki był czeski zamek Frydlant, który leży całkiem blisko granicy. Mieliśmy wielkie szczęście, że akurat trafiliśmy na zbiórkę grupy z polskim przewodnikiem! Całe zwiedzanie trwało dwie godziny i powiem Wam, że cudnie zamek jest w środku zachowany, ma mnóstwo urządzonych pokoi i sal. Niestety jest tam też zakaz fotografowania, dlatego mam dla Was jedynie kilka fotek zewnętrznych. Po prostu to trzeba zobaczyć samemu!

Znowu groził nam powrót po nocy, jednak to nie był problem. Największy pech spotkał mnie w okolicy Złotoryi. Zatrzymywaliśmy się, żeby zrobić zdjęcia ruin kościoła w małej miejscowości. Pojedyncze, wysokie ściany i wieża na skraju zawalenia robiły wrażenie. Po zrobieniu fotek telefon wsadziłam do saszetki z okienkiem, gdzie zwykle mam nawigację. Z Złotoryi musiałam zawracać i prawdopodobnie wtedy uchwyt saszetki mi się połamał, a telefon przepadł!

Bardzo go lubiłam, bo miał wysokiej rozdzielczości aparat, małe wymiary, a na karcie tysiące fotek z moich podróży…. Brak zauważyłam parę kilometrów dalej, a telefon już miał wyjętą kartę. Zgłosiłam sprawę na policji, jednak ponoć, gdy nie mam dowodów, że to kradzież (bo może leży gdzieś w trawie) to nic z tym nie mogą zrobić… Zdołowało mnie to trochę, miałam go dopiero pół roku. Musiałam kupić jakiegoś taniego chińczyka, żeby jakoś funkcjonować. Weekend był wspaniały, ale jego zakończenie było już beznadziejne!