|||

Słodko-gorzki wypad do Czech

Początkowo plan był taki, by 3 dni poświęcić na „czeską szwajcarię”, jednak okazało się, że inne, ważne sprawy pokrzyżowały nam plany. Wyjechaliśmy z Emilem w sobotę popołudniu do Campu w Czechach, a rano mieliśmy zaliczyć: jaskinię Pekelne Doly, trójstyk oraz zamek Frydlant. Pogoda była niepewna, nieco kropiło, a ja mam przedni chlapacz w naprawie i nieźle mi lało po kasku! Na szczęście potem się rozjaśniło i niedziela też była pogodna. Do przejechania było ok. 230 km i nawet przez myśl nam nie przeszło, że nie zdążymy przed zmrokiem.

Jechaliśmy raczej żwawo i nie wiem, gdzie te minuty uciekały. Musieliśmy się też zatrzymać w markecie, bo się okazało, że zapasy jedzenia zostawiliśmy w… lodówce! Dzień już jest zdecydowanie krótszy i ciemność nas dopadła na najbardziej krętej partii trasy i w dodatku w lesie! Powiem Wam że dawno tak nie byłam zestresowana! Droga była wąska, tak na jeden samochód i do tego kręta jak diabli. Przy zakręcie 180 stopni momentami reflektor oświetlał mi głębokie skarpy i przepaście po bokach drogi. Emil mi co chwilę znikał za skałami w zakrętach i otaczała mnie już tylko zupełna ciemność. Jechałam z umiarkowaną prędkością, żeby w zaskakującej sytuacji mieć jeszcze czas na hamowanie. Serce mi waliło i wypatrywałam tablicy z nazwą miejscowości, gdzie mieliśmy nocleg. Dojechaliśmy kwadrans przed zamknięciem recepcji…

Nocleg był tani, komfort bardzo niski, ale w górach zawsze się człowiek wysypia. W naszym domku, a raczej takim drewnianym „kurniku” z jednym okienkiem, stały 2 łóżka piętrowe, malutki stolik i 2 regały zbite cienkiej płyty. Jak się za mocno człowiek ruszał, to cały domek się trząsł 😀 . Łazienki z prysznicami były, ale ciepła woda się skończyła (rano dopiero wróciła). Przygoda to przygoda, chodziło tylko o szybki i tani nocleg, żeby od rana był czas na zwiedzanie.

W niedzielę ruszyliśmy na Pekelne Doly – to taka knajpka, którą stworzono w jaskini. Motocykliści mogą tam wjechać nawet do środka, są wyznaczone pasy do jazdy, jak i miejsca siedzące. To kultowy punkt motocyklowy i raz warto tam pojechać. Z pewnością jest to miejsce jedyne w swoim rodzaju.

Trasa do jaskiń z miejsca noclegu wcale nie była łatwiejsza, tyle, że w dzień pokonywana. Chyba się wyleczyłam z tamtego regionu… Lubię zakręty, ale wąskie ścieżki bez pola widzenia (a dwukierunkowe) i z przepaściami po bokach – to już niekoniecznie. Zaparkowaliśmy przed jaskinią, żeby zobaczyć co i jak. Była jakaś budka z biletami, ale płacili tam tylko turyści bez motocykli.

Weszliśmy do środka, gdzie było przyjemnie chłodno i panował półmrok. Jak na piekielne miejsce przystało – są tam zamknięte drzwi do piekła, skąd dochodzą niepokojące dźwięki i kilka innych „ozdób” z piekła rodem. Na miejscu zjedliśmy smażony ser z frytkami, a potem wjechaliśmy do środka zrobić kilka zdjęć. Motocyklistów ciągle przybywało i już po chwili cały plac przed knajpą był nimi zastawiony.

Potem udaliśmy się na taki punk graniczny, gdzie łączą się ze sobą 3 państwa: Polska, Czechy i Niemcy. Zatrzymaliśmy się na parkingu przy stacji benzynowej, a dalej trzeba było iść pieszo. Nie jest to miejsce jakoś szczególnie przyozdobione. Trzy słupki graniczne i flagi, po polskiej stronie oczywiście wielgaśny krzyż. Stronę czeską i polską rozdziela mały drewniany mostek, a niemiecką już większa rzeka.

Ostatnim punktem wycieczki był czeski zamek Frydlant, który leży całkiem blisko granicy. Mieliśmy wielkie szczęście, że akurat trafiliśmy na zbiórkę grupy z polskim przewodnikiem! Całe zwiedzanie trwało dwie godziny i powiem Wam, że cudnie zamek jest w środku zachowany, ma mnóstwo urządzonych pokoi i sal. Niestety jest tam też zakaz fotografowania, dlatego mam dla Was jedynie kilka fotek zewnętrznych. Po prostu to trzeba zobaczyć samemu!

Znowu groził nam powrót po nocy, jednak to nie był problem. Największy pech spotkał mnie w okolicy Złotoryi. Zatrzymywaliśmy się, żeby zrobić zdjęcia ruin kościoła w małej miejscowości. Pojedyncze, wysokie ściany i wieża na skraju zawalenia robiły wrażenie. Po zrobieniu fotek telefon wsadziłam do saszetki z okienkiem, gdzie zwykle mam nawigację. Z Złotoryi musiałam zawracać i prawdopodobnie wtedy uchwyt saszetki mi się połamał, a telefon przepadł!

Bardzo go lubiłam, bo miał wysokiej rozdzielczości aparat, małe wymiary, a na karcie tysiące fotek z moich podróży…. Brak zauważyłam parę kilometrów dalej, a telefon już miał wyjętą kartę. Zgłosiłam sprawę na policji, jednak ponoć, gdy nie mam dowodów, że to kradzież (bo może leży gdzieś w trawie) to nic z tym nie mogą zrobić… Zdołowało mnie to trochę, miałam go dopiero pół roku. Musiałam kupić jakiegoś taniego chińczyka, żeby jakoś funkcjonować. Weekend był wspaniały, ale jego zakończenie było już beznadziejne!

Podobne wpisy

  • |

    Alpy 2026 – dzień pierwszy. Lago di Resia

    Dzisiaj pierwszy dzień urlopu w południowym Tyrolu. Co roku mamy bazę wypadową w innej części Włoch, choć tym razem to się czuję, jakbym była w Austrii. Na ulicach język niemiecki i brakuje tu trochę tego włoskiego klimatu. Ale są Alpy, zakręty i o to przecież chodzi! Zdania jednak nie zmienię i nadal nie cierpię technicznych…

  • Noworoczne dylematy

    Powiem Wam, że jak nie ma zimy to mam większego doła z powodu zimowania motocykla. Jakby był śnieg i mróz – to i ta tęsknota byłaby jakaś zamrożona. A jak jest – 5 stopni, zielona (jeszcze!) trawa, świeci słońce i ptaszki śpiewają i już szlag mnie trafia! Jak nie ma być zimy, to niech już…

  • Wjechał motocyklowy rejestrator jazdy od Mio

    Długo już myślałam nad rejestratorem jazdy, zamontowanym na stałe w motocyklu. Dwie małe kamerki, przekręcam kluczyk i już nagrywają. Wcześniej próbowałam jeździć z kamerką sportową Sjcam 6 Legend, jednak to rozwiązanie jest jednak dla wytrwałych. Bateria trzyma przez ok. godzinę jazdy, więc trzeba ją wymieniać lub doładowywać (co jest trudne w wodoodpornym opakowaniu). Trzeba pamiętać…

  • Muzeum Miedzi w Legnicy

    W niedzielę postanowiłam wyskoczyć do Muzeum Miedzi w Legnicy. Sama nazwa muzeum jakoś specjalnie mnie nie zachęcała, ale zdecydowanie warto było je odwiedzić! Pogoda dopisała, więc przyjemną jazdę motocyklem połączyć mogłam z pożytecznym poznawaniem historii i sztuki. Główną siedzibą muzeum jest piękny, barokowy budynek dawnej kurii opatów z Lubiąża z 1728 roku. W główna sali…

  • Podziękowania!

    Chyba można powiedzieć, że mój sezon motocyklowy dobiegł końca. Nie trwał długo – bo na legalu jeździłam jedynie 2 miesiące. Ale pierwsze jazdy smakują niesamowicie, więc i czas nie był mi wcale wrogiem. Wczułam się w każdą chwilę i doskonale wszystko pamiętam. Być może te wspomnienia będą mi dogrzewać zimowe wieczory, a narastający głód nowych…

  • Terenowy szał ;-)

    W sobotę miałam zaplanowane jazdy po terenie w okolicach Wołczyna, a String miał okazję wrócić w miejsce, skąd pochodzi… W piątek prześledziłam mapy, bo oczywiście nie chciałam jechać główną trasą przez Oleśnicę. Nie mam frajdy z takiej jazdy, zdecydowanie wolę mało uczęszczane, kręte drogi ze sporą ilością miejscowości i lasów. Lubię widzieć krajobraz, a nie…