Dolnośląskie zakamarki

Pogoda wreszcie się rozkręciła, więc pewnej niedzieli wyskoczyłam sobie na motocyklu, ot tak przed siebie. W sumie to kierunek mojej przejażdżki wyznaczyły mi chmury deszczowe na horyzoncie. Tak bardzo przyzwyczaiłam się do jazdy w towarzystwie, że samej mi jakoś dziwnie… Nie ma z kim się podzielić wrażeniami z odwiedzonych miejsc, a na postojach pogadać o czymkolwiek (no dobra, zwykle o motocyklach).

Pojechałam zobaczyć pałac w Luboradzu z XVII wieku. Optymistyczne jest to, że coś się tam dzieje, wymienione są okna i remontowana wieża:

Byłam już blisko Jawora, więc postanowiłam zahaczyć jeszcze o średniowieczny Zamek Piastowski w Jaworze. Wielokrotnie przebudowywany i odbudowywany – obecnie, prezentuje się tak:

Cały czas balansowałam na granicy deszczu, raz mnie lekko złapał, ale zwykle udawało mi się go trzymać za plecami. Rzepakowe pola pięknie ubarwiają krajobrazy, a w połączeniu z pochmurnym niebem to już był kolorystyczny odlot. Tylko ten zapach…

W świąteczny czwartek wyskoczyliśmy z naszą ulubioną ekipą na dolnośląskie zakręty. Oczywiście przewaga była po stronie Kawasaki Versys! Wypiliśmy kawkę na Czarnej Górze i polataliśmy odcinkami rajdowymi, a Romek pokazał nam, w którym miejscu wyleciał kiedyś z trasy.

A w piąteczek podjechaliśmy do pobliskiego klubu Wings Of Freedom na ognisko. Osobiście nigdzie nie jestem zrzeszona, ale tam wszyscy goście są mile widziani, można pogadać, kiełbaskę upiec i poznać ciekawych ludzi.

Jeszcze w międzyczasie odkryliśmy ruiny zamkowych wież w Chwalimierzu. Nie wiem jak długo jeszcze postoją, bo ich stan jest już bardzo słaby. Na szybko robiliśmy zdjęcia, bo napadły nas tam stada nienażartych komarów!

Tu i tam, koło domu

Wiosna nas w tym roku nie rozpieszcza. Jest maj, a nadal zimno. Taki 10-stopniowy weekend to ostatnio standard, czasem do tego wieje lub pada. Ale staram się wyskakiwać na motocykl, choćby na krótkie przejażdżki. Bo to daje tyle frajdy i energii, że warto pojeździć, zamiast w domu się kisić.

Raz w planie była wycieczka po rajdowych odcinkach: Rościszów, Walim, Jugów, Michałkowa, Zagórze Śląskie. Niestety wyszła z tego dupa, a dokładniej dupa srającego chłopka, bo tam musieliśmy zawrócić. Nad górami czarne chmury, mgła i ulewa, a nas te chmury jeszcze chciały gonić. Ale przynajmniej kilka śmiesznych zdjęć mamy:

Innym razem strasznie zmarzliśmy, ale udało się dojechać do Pałacu Randowshof w Boguszycach. Ciekawa byłam, jak wyglądają jego pozostałości, no i lubię jeździć w tym kierunku, bo drogi gładkie i kręte po drodze (choć przy niedzielnych kierowcach to trzeba ćwiczyć cierpliwość 😂).

Na miejscu zagadała mnie sympatyczna mieszkanka, opowiedziała o tym, że pamięta jak był to budynek mieszkalny dla wielu rodzin, które przeniesiono. Potem właściciel miał go odbudować, ale wcale mu to nie szło (małą wieżyczkę odnowił), aż zmarł. Potem nikt budynku nie pilnował, więc dewastacja postępowała. Teraz trwają tam powolne prace porządkowe, a czy coś więcej będzie ratowane to się okaże…

Małe wycieczki z Asią

Asia to córka moich przyjaciół. Obecnie jeździ 125-tką, ale już niedługo będzie mogła zmienić kategorię i także motocykl na większy. Póki co, jak mam ochotę wyskoczyć gdzieś niedaleko i niezbyt szybko, to Asia zawsze chętnie ze mną jedzie.

Nie boję się o nią, bo widzę, że nauka nie idzie w las – jeździ odpowiedzialnie i uważnie, głupot nie robi, choć pewnie też je ma na swoim koncie, jak każdy początkujący (najważniejsze to wyciągać z nich dobre wnioski i lekcje na przyszłość). Staram się swoje tempo jazdy do jej możliwości dostosować i kontroluję w lusterku, jak jej idzie pokonywanie trasy (a czasem ona prowadzi, to wtedy widzę więcej). A żebym nie miała poczucia, że się „ślimaczymy”, to nie zakładam stoperów, wtedy hałas w kasku potęguje wrażenie prędkości 🙂 .

Raz wyskoczyliśmy w niedzielę na małą rundkę, jakieś tam punkty przelotowe wyznaczyłam i krętą przełęcz do pokonania. Pogoda jednak nie była przychylna, ponieważ było zimno i mocno wiało. Mi już ten wiatr przeszkadzał (a jeszcze ubrałam „letni kask”), a co dopiero Asi, jak jej mały motocykl „tańczył” na tym wietrze. Jednak dzielna była i wcale z tego powodu nie marudziła.

Jazda z nastolatką w skórzanym kombinezonie (w rozmiarze S) ma swój urok. Bo jakoś tak się wtedy działo, że samochody wcale nas nie chciały wyprzedzać i nagle się nigdzie, nikt nie spieszył. Nawet motocykliści na ścigaczach wytrwale potrafili się za nami „ślimaczyć”. No cóż, czego się nie robi dla takich widoków! Nawet na stacji benzynowej, już po chwili, Asia miała dwóch nastoletnich adoratorów, zachwyconych jej 125-tką. Ech, na ryczącą 40-stkę na 650-tce, to już niewiele osób tak zwraca uwagę hahahah. To był fajny, pozytywny dzień, a na jego podsumowanie był serniczek z przyjaciółmi.

Innym razem wyskoczyłyśmy pooglądać kwiatki w Aboretum Wojsławice. Teren to dość duży, ale ja chyba nie jestem fanką kwiatków, bo szybko mi się znudziło… Może dla kogoś, kto te rośliny zna, rozróżnia, ciekawostki o nich czyta – taka wycieczka byłaby o wiele bardziej inspirująca.

A bycie blondynką ma swoje plusy, bo w drodze powrotnej pomyliłam zjazdy i wylądowałam na płatnej autostradzie! Tak jakoś tak wyszło, że wcale nie w kierunku domu 😂. Kosztowało mnie to 60 groszy do pierwszego zjazdu, a ile krętych dróg musiałam przejechać, żeby stamtąd wrócić! Opłacało się 😁!