Babska wycieczka!

Do Kotliny Kłodzkiej wybrałam się w piątek, ale po drodze odwiedziłam Magdę, która ma świetne pomysły na ubarwienie i poprawę widoczności kasków. Swojej córce, która uwielbia koty zrobiła kask w kocie łapki, a i mi na poczekaniu strzeliła flagę z tyłu, a z przodu… usta! Wszystkie naklejki świecą w nocy. Już, jak od niej wyjechałam – panowie na pasach padli ze śmiechu, także pomysł zwraca uwagę i bawi. Przekonałam się o tym także później w różnych miejscowościach i przynajmniej nie muszę się martwić o to, że mnie ktoś nie zauważy 😉 .

Przykleiłyśmy też pinlocka i trochę było przy tym śmiechu, bo jakoś te warstwy na nim były dla nas czarną magią, instrukcja po angielsku, którą zrozumieliśmy na zasadzie „Kali jeść, Kali pić”, a obrazki też jakieś, niezbyt jasne. Udało się go przykleić, ale oczywiście krzywo mi to wyszło, bo nie posłuchałam instrukcji, żeby najpierw oznaczyć sobie jego położenie. Teraz kask mi prawie nie paruje, prawie, bo w skrajnych warunkach potrafi nadal zajść mgłą, ale wystarczy sekunda otwarcia szybki, żeby to zniwelować. Nie muszę już jeździć z otwartym kaskiem! Musiałam popracować nad odruchem otwierania szybki przy każdym zatrzymaniu! Teraz już nie muszę tego robić 🙂 .

Jadę, jadę do rodziców, biorę się za wyprzedzanie eLki, a tu klakson! Szybki rzut oka w lusterko, czy komuś drogi nie zajechałam, ale za mną nikogo nie było!? Dziwna sytuacja, jadę dalej, wrzucam kierunek, a tu klakson! Co jest do cholery!? Przyczyna była zabawna, otóż ta osłona handbarów mojej mamy przesunęła się dołem i materiał naciągnięty na klakson przy ruchu dłoni go uruchamiał. Uśmiałam się! W domu przy pomocy igły i nitki przymocowałam lepiej te ocieplacze.

W sobotę pogoda miała być piękna, może nie upalna, ale słoneczna. Postanowiłam dokończyć tematy zamkowe w woj. opolskim, ale udało się to tylko częściowo. Na ogłoszenie o wycieczce odpowiedziało wielu motocyklistów, tyle że odpowiedzi były odmowne. Jakoś nikomu ten termin nie przypasował, albo już zimują motocykle. Pogoda taka, że postanowiłam pojechać, choćby sama, ale powiem Wam, że po sezonie spędzonym w gronie motocyklistów, samotna jazda nie jest już tak satysfakcjonująca. Na pauzach nie ma się do kogo odezwać, a zobaczonych rzeczy nie ma z kim obgadać. Mogę jechać z punktu A do B sama, ale wycieczek już nie wyobrażam sobie bez towarzystwa!

Na szczęście z pomocą przyszła Magda i podesłała mi swoją znajomą, która mieszka niedaleko i też pomysłu na sobotę nie miała. Baby to jednak twarde są! Z Justyną umówiłam się w Złotym Stoku i gdy ujrzałam, jak męczy się na manewrach parkingowych – to oceniłam jej umiejętności na mocno początkujące. Jednak z bliska zobaczyłam, że po prostu jest drobnej budowy, a jej maszyna to ponad 200 kg, wiec nie ma się czemu dziwić i szacun, że w ogóle takie spore moto ogarnia 😉 .

IMG_20151024_123926Pojechałyśmy na stację benzynową i sympatycznie pogadałyśmy. Justyna została moją idolką, jeżeli chodzi o ilość słów wypowiadanych na minutę, a to na mnie czasem mówią „małe ADHD”, przy niej – to ja jestem jednak flegmatykiem 😉 . Na szczęście opowiada przy tym fajne rzeczy i ma poczucie humoru, więc miło było ją poznać, i razem spędzić czas. Wymieniłyśmy się też spostrzeżeniami o tym, jaki wpływ na bezpieczeństwo motocyklistki mają wystające spod kasku włosy. A uwierzcie, że mają bardzo duże, bo inni kierowcy bywają wtedy gentelmanami 😉 . Okazało się tylko, że zatankowane na Bliskiej paliwo nie było najlepsze, bo mi motocykl zgasł 2 razy, a Justyny „Miśka” na wolnych obrotach się dusiła.

Ruszyłyśmy w stronę Grodkowa, po drodze stając przy moich ulubionych zalewach, a jeden z nich stał się jesienią, bardziej zbiorem wysp. Droga była dobrze oznakowana, więc do pałacu w Sulisławiu poprowadziłam bez problemu. XIX-wieczny pałac został odnowiony w 2012 i mieści się w nim hotel, otacza go ładny park i inne zabudowania. Motocyklem można wjechać na teren parku i bez problemu sobie wszystko obejrzeć. Jednak pierwsze, co nam się rzuciło w oczy, a raczej w uszy – to jelenie na rykowisku 😉 .

Okazało się, że obok jest wielka zagroda, a w niej mnóstwo danieli, a w tym jeden – szef stada, który zajmował się robieniem dużego hałasu i przeganianiem swoich rywali. Sarenki za to pięknie pozowały i obserwowały ludzi. Stałyśmy tam jeszcze chwilę i zaczepił nas jakiś pan, który o nie dba. Opowiedział, że zaczynali od 4 sztuk i że mają kilka hektarów dla nich, choć zdarzają się sytuacje, gdy ktoś niszczy ogrodzenie po to, by im uciekły. Zdradził nam także, że uwielbiają kasztany, a nawet jedzą je z ręki.

Potem poszłyśmy pooglądać pałac i okoliczne, rycerskie posągi oraz ładną fontannę. W fontannie zobaczyłam wiele kasztanów i zaczęłam się zastanawiać, skąd się tam wzięły. Po chwili już namierzyłam drzewo i nazbierałam do kasku sporo kasztanów, Justyna dołączyła i tak przygotowane poszłyśmy karmić daniele. Już jeden rzucony kasztan pobudził całe stadko, które ustawiło się do karmienia. Jednak nie znały nas i były płochliwe, więc o karmieniu z ręki nie było mowy. Tak czy siak frajdę miałyśmy z tego wielką!

IMG_20151024_151934Byłyśmy już niedaleko ruin w Kopicach, więc jeszcze je chciałam Justynie pokazać. Uzgodniłyśmy, że teraz ona poprowadzi na nawigację. No i wtedy się zdziwiłam! Całą drogę jechałam ostrożnie, żeby nowej koleżanki nie stresować prędkościami, a ona jak pognała przodem, to mi kopara opadła. Koleżanka wcale się nie stresuje! Mało tego – świetnie jeździ, nie boi się zakrętów i zachowuje tor jazdy. Przejechała dopiero 1000 kilometrów na swoim motocyklu, ale widać, że przeszła bardzo dobrą szkołę jazdy! No i jej motocykl lubi się wkręcać, mój Pomidor to przy nim „osiołek”.

IMG_20151024_153215Na miejscu w Kopicach okazało się, że pani przewodniczka właśnie poszła z turystami (tura trwa 1,5 godziny), więc nie było sensu czekać, a i łapało nas późne popołudnie i trzeba było robić odwrót. Po drodze jeszcze jakiś stary dworek obejrzałyśmy i pojechałyśmy szukać stacji benzynowej. Najbliższa miała być w Grodkowie, ale tak była schowana, że jej wcale nie znalazłyśmy! Jednak to fajne miasteczko, ma sporo ładnych, starych budynków, więc wiosną warto mu się bliżej przyjrzeć. Na pożegnalnego hot-doga stanęłyśmy na stacji dopiero w Ziębicach. Pogoda się zaczęła załamywać, nad lasami zbierała się już lodowata mgła, więc szybko rozstałyśmy się i pognałyśmy do ciepłych domków.

Dzisiaj wracałam do Wrocławia i było dużo zimniej, oczy łzawią czasami, a z nosa uparcie kapie. Jaka jest jesienna jazda? Inna, mniej komfortowa. Chłód, wiatr i szybko zapadający zmrok – nie sprzyjają koncentracji. Jadę bardziej automatycznie, żeby dojechać, żeby mi było w końcu ciepło. Choć widoki nieraz ściągają moją uwagę, wesoła żółtość liści, jakby na przekór aurze, wywołuje uśmiech. Póki nie leżą na asfalcie, czuję się bezpiecznie. Czasem robią nad drogą złote sklepienie, aż jadąc zadzieram głowę do góry. Nie mogę się oprzeć…

p.s. Fajna freceived_1020957584634925otka od Justyny:

W poszukiwaniu opolskich zamków i pałaców

Nasze wycieczki zwykle były niedzielne, jednak temperatury przewidywane na weekend przekonały mnie (i słusznie), żeby tym razem polatać w sobotę. Wstępnie czas miał Tomek, Emil i Marcin, więc ekipa prawie była, pozostało więc wymyślić sobie jakiś cel. Po rozmowie z Tomkiem zdecydowałam, że ruszymy w województwo opolskie, bo górskie drogi, choć nęcą krętością – to temperaturowo mogą być ciężkie do wytrzymania. Wygooglowałam, co tam w opolskim zobaczyć warto i wyszło na to, że mają tam wiele fajnych zamków i pałaców – mapka planowanej wycieczki.

IMG_20151010_132646Dałam info na Grupowe Wypady Motocyklowe i Wrocławskie Ślimaki, żeby zebrać więcej osób, jednak wieczorem plan nieco podupadł. Najpierw Tomek musiał pójść do pracy w zastępstwie chorej koleżanki, a potem się okazało, że chory jest też Marcin, który miał wycieczkę z Wrocławia i później, po nawigacji prowadzić. Spytałam więc na facebooku, czy ktoś się ze mną planuje wybrać i na szczęście jakiś odzew był! Z Wrocławia zorganizowała się grupa 4-ech motocykli, a 5-ty miał dołączyć pod pierwszym zamkiem + ja i Emil na litrze w Złotym Stoku. Ekipa wyszła zróżnicowana, ale tym razem nie mieliśmy 125-tek, ani skuterów – to tempo było nieco szybsze.

Wycieczka była totalnie w ciemno, zamki stanowiły dla mnie jedynie punkty na mapie, które mieliśmy zaliczyć, a przy okazji trochę poznać opolskie województwo, które (jak się okazało) bogate jest w piękne, aczkolwiek w większości zaniedbane dwory dawnych książąt opolskich. Całe szczęście, że Kazek z nawigacją do nas dołączył pod Grodkowem, bo jazda po mapie byłaby dosyć wymagająca – niektóre zamki były poukrywane w małych miejscowościach i uliczkach.

Pogoda ścięła zieleń drzew nadzwyczaj szybko, jeszcze tydzień wszystko było żywe, a tydzień później już suche, brązowe liście wiszą i spadają z drzew. Smutno… bo to oznaka końcówki sezonu, a pocieszenia w pięknych kolorach złotej jesieni niestety nie doświadczyłam. Jedyna nadzieja w tym, że spadek temperatur jest chwilowy i jeszcze powyżej 10-12 stopni będzie, bo wtedy ta wycieczka nie będzie ostatnią. Z powodu temperatur skróciliśmy też czas jazdy, ruszyliśmy ze Złotego Stoku bliżej 12, a już po 16 rozpoczęliśmy odwrót i to było nawet zbyt późno, bo ostatnia godzina jazdy była dla mnie już nieprzyjemnie zimna.

Rozpisałam się w tym wstępie – pora przejść do konkretów! Wyszłam rano na dwór i pomyślałam: „kto do cholery wymyślił wycieczkę w taki, zimny dzień?!” 😉 No dobra przewinę jeszcze kawałek… Wyjechałam na spotkanie chłopaków z Wrocławia, którzy czekali na mnie przy kopalni w Złotym Stoku. Ekipa bardzo sympatyczna, fajnie się zgrała, choć była z łapanki hehe. Brakowało tylko litra i jeden z nowych kolegów zaoferował, że po litra skoczy 🙂 . A chodziło oczywiście o Emila na litrowym Kawasaki, który chwilę później do nas dołączył. Plan był taki, że… go nie było, ale na początek CPN i droga do Grodkowa, która wyglądała na prostą do ogarnięcia.

Najpierw prowadziłam ja (komentarz był taki: „no tak, tyle chłopa, a baba prowadzi, jak zwykle!” hehe), potem Emil podwiózł nas do wypasionej katedry w Nysie i dalej do Grodkowa (w Nysie podobało mi się też rondo ze starą wieżą na środku). W Grodkowie zostaliśmy chwilę na parkingu, bo Marcin umówił się na obejrzenie 125-tki dla żony od lokalnego motocyklisty. Śmialiśmy się, że jak podjedziemy taką bandą (wytypowałam nawet najgroźniej z nas wyglądającego), to sprzedający będzie mówił tylko prawdę! 🙂 Odbyły się jazdy próbne, stan był dobry i cena dobra, więc pewnie dobiją targu.

W tym samym czasie szukał nas Kazek, przekonany, że jedziemy do Grodkowa tą drogą z mapki (bo na logikę – po to robi się mapkę, żeby tak potem jechać, no ale blondynka grupę prowadziła hehe) i musieliśmy mu udzielić wskazówek, jak ma nas odnaleźć. Potem już zgodnie z planem i po wytyczonej trasie w nawigacji Kazka, ruszyliśmy na poszukiwanie zamków.

1. Pałac w Jędrzejowie

Kazek odnalazł go wcześniej i mówił nam, że dziwne odgłosy stamtąd dochodzą. Ale dziwnie to dopiero było, jak tam wszyscy podjechaliśmy, bo wzbudziliśmy wiele zainteresowania wśród mieszkańców tego budynku, a nie wszystko było z nimi w porządku… Kazek ciągle gadał do siebie (telefon na bluetooth) to stwierdziliśmy, że chyba go tam zamkną też 😉 .

Pałac jest piękny, budowany w XVIII wieku, a następnie przebudowany na styl neogotycki. Nie można go zwiedzać i nie można nawet wjeżdżać na jego teren. My to z rozpędu zrobiliśmy, bo brama była otwarta, ale wyszła do nas pielęgniarka i najpierw na nas nakrzyczała, ale potem wytłumaczyła, że rezydenci ośrodka stresują się takimi wizytami. Na koniec poleciła nam jeszcze do zobaczenia pałac w Sulisławiu, ale nie mieliśmy go po drodze, to zostawiliśmy na inny wypad.

2. Kopice Ruiny zamku rodziny Schaffgotsch

Ten pałac widzieliśmy jedynie zza bramy, ale zrobił na mnie największe wrażenie. Widać, że jest ogromny i był wystawny. Jego historia sięga 1360 roku, jednak w XVIII wieku został przebudowany na styl neogotycki, posiada też olbrzymi ogród ze stawami. Niestety obiekt był wielokrotnie niszczony i rozgrabiony, wielokrotnie też zmieniał właścicieli, ale na obietnicach renowacji się kończyło. Obecnie jest zamknięty i strzeżony przez ochronę, jednak w miesiącach letnich pod zamkiem (w samochodzie) stacjonuje pani przewodnik, która za dyszkę od osoby po ruinach oprowadza. My niestety nie skorzystaliśmy, bo czas nas gonił. Jeszcze tam wrócimy!

Trzeci w kolejce był Park Dendrologiczny w Lipnie z okazami drzew z innych kontynentów i chatką pustelnika, jednak na trasie był objazd, a czas gonił, więc i ten punkt odpuściliśmy. Poza tym chodzenie po parku zabrałoby nam sporo czasu. To też kolejny pomysł na powrót w tamte rejony 🙂 .

3. Zamek Niemodlin

Zamek w Niemodlinie jest w samym jego centrum i nie wygląda specjalnie oszałamiająco, ale ma ponad 700 lat! Można go także za dyszkę zwiedzić, ale to zajmuje ok. 1,5 godziny. Wnętrza są zachowane pół na pół – jak nam powiedział przewodnik, a zwiedza się tam także lochy. Wiem, że się powtarzam – wrócimy tam 😉 .

IMG_20151010_151305 4. Pałac Narok

W tym przypadku niewiele zobaczyliśmy, ale miło popatrzeć, że pałac jest remontowany i być może wkrótce będzie największą ozdobą okolicy. Historia pałacu sięga XVIII wieku, potem został przebudowany w stylu anglikańsko-bizantyjskim. Następnie rozgrabiła go Armia Czerwona i był tam potem PGR 😉 .

IMG_20151010_1520305. Pałac w Niewodnikach

Pałac został wybudowany pod koniec XIX w. i mieścił się tam ponoć kompleks hotelowo-restauracyjny, jednak nie udało nam się dostać na jego teren. Po powrocie przeczytałam, że pałac miał być zlicytowany za długi jego właścicielki.

Zanim trafiliśmy do miejscowości Narok to przejechaliśmy Dąbrowę, gdzie też był nasz punkt zamkowy. Jednak Kazek z rozpędu nie zauważył tego w nawigacji. Zamek należy do Uniwersytetu Opolskiego i jest użytkowany, więc szkoda go było odpuścić. Postanowiliśmy wrócić się kawałek i na koniec go obejrzeć. Niestety na koniec, bo w planie było jeszcze Muzeum Wsi Opolskiej, ale zabrakło nam na nie czasu. Na taką wycieczkę trzeba poświęcić wakacyjny dzień od rana do wieczora, jesienią taki plan okazał się być zbyt bogaty.

6. Zamek w Dąbrowie

Zamek powstał w w XVII wieku, najpierw w stylu renesansowym, potem przebudowany został na neogotycki. Chłopcy od razu zwrócili uwagę na pokręcone kominy, a jest to rzadkość na skalę europejską, jak wyczytałam. Niestety nie dało się wejść na jego ogród, ani dziedziniec.

I to by było na tyle z walorów historycznych naszej wycieczki. Nie mogę nie wspomnieć o walorach przygodowych. Jak jechaliśmy do Naroka to zgubili nam się chopperowcy, tak jakoś zupełnie na prostej drodze, bo na każdym skręcie sumiennie wszystkich liczyłam! 🙂 Okazało się, że jeden z nich ma zakupiony dzień wcześniej motocykl i nie do końca zbadał zakres rezerwy – skończyło się paliwo. Taka była wersja pierwsza. Druga była taka, że jak jego kolega po to paliwo pojechał, to motocykl odpalił jak gdyby, nigdy nic i szukali się potem nawzajem z pół godziny 😉 .

Pozostała część ekipy zwiedzała kolejne zamki, a przy ostatnim na parkingu Kazek musiał przyhamować na skręconym kole i jego TDM padła na glebę. Uszkodził się kierunek i klamka, ale na szczęście mógł wrócić nią normalnie.

Nie załapaliśmy się nawet na obiad, tylko szybka parówka na stacji benzynowej i w drogę. Gdy tylko zaszło słońce to stało się niemiłosiernie zimno! Jak się nieco dogrzałam, to jeszcze wyskoczyliśmy na Pokaz Światła i Dźwięku na Wyspie Słodowej – i to było idealne zwieńczenie dnia! Niesamowite 10 minut życia 🙂 .

Na koniec kilka fotek od Emila i Przemka:

p.s. Poznałam 10 i 11 motocyklowego Marcina. Jeden, ten z poprzedniego wpisu o R1 na CPN – znalazł mnie po blogu, a 11-sty jechał z nami po woj. opolskim i zaprosił do siebie w Bieszczady do Myczkowianki . Z pewnością tam kiedyś dojadę!

Leniuchowanie na hamaku i zamek w Legnicy

IMG_20150808_141120Okropne upały ostatniego tygodnia zmotywowały mnie do wybrania się w jedyne chłodne i komfortowe miejsce, jakie mi przyszło do głowy, czyli…. Rokitki (znoooowu?? hehe). Wizja zacienionego hamaka nad wodą wygrała nad pomysłem jakiejkolwiek innej wycieczki motocyklowej, choć i plan zwiedzania udało się zrealizować przy okazji. Jako, że Magda z Andrzejem już tam byli na urlopie, to musiałam w podroż ok. 140 km wybrać się sama. Nic w tym strasznego, choć problemy oczywiście były, a dokładniej z trafieniem z punktu A do punktu B. Na wyprawę wybrałam sobotni poranek, żeby upały mnie nie wykończyły.

Bardzo, bardzo przydała by mi się nawigacja, a na przeszkodzie oczywiście stoi brak kasy na nią. Bo jako rasowa, choć farbowana blondynka nie odróżniam zachodu od wschodu i północy od południa, jest droga to nią jadę przed siebie i tyle! 🙂 A jakieś tabliczki ze strzałkami na skrzyżowaniach, z nic mi nie mówiącymi nazwami miejscowości, w trafieniu do celu mi raczej nie pomogą. Aaaaaaale, żeby nie było – prawą rękę od lewej odróżniam! (bo na prawej mam tatuaż haha). Także Magda z Andrzejem mieli gorący telefon kilka razy w trakcie tej podróży i kierowali mnie na właściwe trasy, na szczęście orientowałam się w porę i nigdzie nie nadłożyłam drogi. Na koniec, już w Legnicy postanowiłam się nie ruszać wcale, żeby Andrzej mnie odnalazł, zanim zabłądzę znowu 😉 .

Sobotę spędziliśmy na leniuchowaniu nad wodą i małym opalaniu – nogi mam wreszcie lekko beżowe (wiem, wiem lato w pełni, ale trudno się opalić w spodniach motocyklowych!). Andrzej się poświęcił i w te upały skoczył po obiad, a ja dałam się namówić na wskoczenie do wody. Pływanie już nie, bo brzeg stromy, a mnie głęboka woda nieco przeraża. Szczególnie, że z moją poturbowaną ręką pływanie żabką mi jeszcze nie wychodzi, a pieskiem to stoję w miejscu (psy to jednak jakoś lepiej robią). Po obiadku hamaczek i genialnie wypoczęłam!

IMG_20150808_215818Wieczorem miałam obiecany wypad na disco na plaży i spodziewałam się tańców do rana. No niestety… Dyskoteki były, nawet dwie! Aleeeee muzyka pozostawiała wiele do życzenia – na jednym parkiecie dla ludzi +55 lat, a na drugim niskich lotów disco polo i na parkiecie same dzieci z mamusiami. Kręciliśmy się tam jeszcze chwilę (jezioro nocą fajnie wygląda), dając szansę DJ-om, jednak nic z tego nie wyszło. Po powrocie do domu, jakoś po 22 okazało się, że dopiero muza się zmieniła na normalniejszą, tyle, że chęci na powrót już brakło… Upał był nieznośny do późnego wieczoru.

IMG_20150809_152720Rano obudził nas miły chłód, a niebo było pokryte gęstą warstwą chmur (tego brązu na nogach jednak nie złapię!). Na śniadanko genialna kawa i jeszcze coś lepszego – lody w bułce maślanej! Tak, tak – smakowało ekstra 😉 . Po drugim śniadaniu postanowiliśmy wyruszyć na zwiedzanie zamku w Legnicy, a w międzyczasie okazało się, że mam zbyt niski poziom oleju, więc i na poszukiwanie flaszki 10w40. Niestety, żaden market ani stacja benzynowa takowego nie miała, normalnie porażka! Sprawdzaliśmy w kilku marketach i na stacjach CPN. Poratował mnie na szczęście kolega Andrzeja z grupy „Chojnowskich Motocyklistów” (dziękuję!). Olej i tak muszę koniecznie wymienić (szczególnie, że wyprawa nad morze wkrótce), bo jego kolor pozostawia wiele do życzenia, a przybliżony czas poprzedniej zmiany oleju znam tylko od poprzedniego właściciela.

IMG_20150809_150835Zamek Piastowski w Legnicy jest bardzo ładny, a jego zwiedzanie jest zupełnie za darmo, a dokładniej do obejrzenia są ruiny kaplicy i dwie wieże, bo reszta zamku jest powierzchnią użytkową różnych podmiotów. Pierwsza wieża to ponad 300 stopni schodów! Na szczęście do pokonania w trzech turach z przerwami na opowieści przewodnika min. o jej obronnych funkcjach. Było bardzo duszno, więc taki wysiłek nieźle dał nam w kość, ale po wejściu na szczyt widoki były zachwycające! Legnica jest bardzo różnorodna i ładna (w porównaniu do innych miast, jakie mieliśmy okazję widzieć z wież). Przewodnik był otwarty na rozmowy, a i na dól już się szło całkiem dobrze.

IMG_20150809_143950Druga wieża była już niższa i nie miała punku widokowego, a jedyną, zachowaną w Europie zieloną komnatę. Pochodzi ona z XVI wieku i służyła jako miejsce odosobnienia i modlitwy. W jej ścianach są wgłębienia z ławeczkami, a na ścianach wizerunki wielkich bohaterów. Całość komnaty dawniej była w intensywnym kolorze zieleni malachitowej, co miało sprawiać wrażenie ogrodu, jednak po latach kolor i przedstawione postacie nieco wyblakły.

Udaliśmy się także na rynek, gdzie są bardzo ładne kamieniczki, lody pseudo-włoskie i dobra pita z baraniną. W międzyczasie wyszło słońce i wypompowało z nas wszystkie siły, więc po powrocie musieliśmy nieco odpocząć, a ja nie czułam się na siłach, żeby w taki ukrop wracać. Z Legnicy Andrzej poprowadził nas inną drogą, która po chwili zamieniła się w grubo łatany ser szwajcarski i po 2 kilometrach moja ręka krzyczała, że ma dość takiego traktowania. Zabijałam już Andrzeja wzrokiem (A masz! A masz! Mnie bolało to teraz Ciebie hehe), ale uszedł z życiem, bo trasa prowadziła przez drugą stronę rokitkowych jezior i widoki były boskie. Mijaliśmy też starą cerkiew, czaplę i białego konia, jednak dwóch ostatnich nie widziałam, bo wgapiałam się w drogę w poszukiwaniu wolnej przestrzeni między dziurami 🙂 . Wzięłam urlop na poranek i wyruszyłam do Wrocławia dopiero następnego dnia, dzięki czemu załapałam się jeszcze na kiełbaskę z ogniska.

Rano postanowiłam wracać autostradą, żeby znowu gdzieś nie pobłądzić i to była moja pierwsza, tak długa trasa autostradą. Andrzej potowarzyszył mi przez kawałek drogi, a potem już musiałam radzić sobie sama. W stronę Wrocławia było spoko, trzymałam te 110 km/h i wyprzedziłam może z 7 ciężarówek (za to wszyscy inni wyprzedzali mnie haha). Za to po przeciwnej stronie (w stronę granicy) był lekki horror, bo sznur ciężarówek się nie kończył. Pod samym Wrocławiem zrobiło się gęsto, ale szczęśliwie dotarłam do domu i potem do pracy. Magda i Andrzej – dzięki za super weekend!