„Za górami, za lasami, za zamkami” – relacja z wycieczki cz. 1 (Jura Krakowsko-Częstochowska)

Nasza tygodniowa wycieczka zaczęła się zbyt późno… To znaczy, obudziłam się, zobaczyłam, która już jest godzina i zamarłam. Bo niby dlaczego budzik o 7 rano nie zadzwonił??? Okazało się, że miałam ustawione wyciszenie dźwięków w niedzielę do godz. 9.00, niby logiczne, nie? haha Także z porannym ogarnięciem się i całym pakowaniem bagaży na motocykle – gotowi byliśmy jakoś koło południa. Na szczęście kilometrów na pierwszy dzień przewidzieliśmy ok. 360, a w tym dojazd do Będzina i zwiedzanie 3 zamków w okolicy.

Podróż docelowa całkiem szybko zleciała. W Będzinie gościnnie zaopiekował się nami Szczepan ze Stowarzyszenia Motocyklowego Wyciągnięte ze Stodoły. Mogliśmy u niego zostawić rzeczy, poznać rodzinę, zjeść pyszną kolację, a rano ruszyć w dalszą trasę. Bardzo fajny z niego człowiek, nauczyciel i działacz. Dzięki niemu młodzież ma możliwość rozbierania i składania starych motocykli, jeżdżenia nimi, a nawet startowania w zawodach. Najbliższe odbędą się już 30 czerwca, będzie to Wojkowicka Motocyklowa Inicjatywa Błotna, może ktoś się skusi??

Po zapoznaniu z naszym gospodarzem ruszyliśmy w stronę zamku w Bobolicach, który wyróżnia się tym na Jurze, że pięknie jest odnowiony. Zupełnie przez przypadek wpadliśmy także na ruiny zamku w Mirowie. Drogi tam są raczej proste, ale ładny krajobraz urozmaicają skały wapienne. Zamek w Bobolicach jest częścią fortyfikacji granicy tzw. „Orlich Gniazd”. Zamek zmieniał swoich właścicieli, a po działaniach wojennych popadł w ruinę. Z własnych środków odbudowała go rodzina Laseckich, przywracając do kształtu zbliżonego do tego z XVI wieku (co ma swoich zwolenników i krytykujących te działania historyków). Sam zamek robi wrażenie ładnym położeniem na wzniesieniu i zachowanym klimatem wnętrz. Ma swoją legendę o Białej Damie i skarbie, który jest ponoć w tunelu pomiędzy zamkiem w Bobolicach a zamkiem w Mirowie.

Kolejnym odwiedzonym miejscem był Ogrodzieniec, gdzie z zamku pozostały ruiny, ale w takim stanie, że można jeszcze je zwiedzać wewnątrz. Wrażenie robi głównie jego wielkość i okoliczne formacje skalne. Niezbyt podobało mi się połączenie zamku z parkiem rozrywki obok, ale być może to dobry (i komercyjny) sposób na łączenie historii z obecnymi czasami. Historia zamku sięga 1241 roku, jednak ruiny, które po nim pozostały to już zarys zamku renesansowego z 1545 roku. Zamek ucierpiał w wojnach, wielkim pożarze i przez nieodpowiedzialnych właścicieli. Obecnie ma formę tzw. trwałych ruin, a dzięki ułatwieniom dostępu (schody, barierki) można go obejść prawie w całości. To miejsce ma klimat, to niby same ruiny, ale wciągające na tyle, że chce się wejść w każdy ich zakamarek.

Wróciliśmy do Będzina dość fajną drogą 790. Rano podjechaliśmy odwiedzić tamtejszy zamek, ale niestety w poniedziałki ze zwiedzania nici, bo zamknięte. A szkoda, bo powierzchownie super się prezentuje – będzie pretekst, żeby wrócić.

Podobnie było z zamkiem w Wiśniczu, do którego się nie dostaliśmy.

Nieco lepiej było w Zamku na Pieskowej Skale, gdzie chociaż otwarty w poniedziałek był dziedziniec i taras widokowy. Zdjęcia z wnętrz i zadbany ogród jednak obrazują, że warto tam wrócić w inny dzień. Potem pojechaliśmy bardzo ładną drogą 773 (a potem w dół w stronę Wiśnicza), gdzie miejscami domki wkomponowane były w skały, no i było kilka fajnych zakrętów.

Przez te zamknięte zamki pozostał nam jakiś niedosyt, ale na mijanym znaku zauważyłam, że jesteśmy już całkiem niedaleko Limanowej, gdzie powinna być jakaś fajna i kręta trasa, bo tam rozgrywa się samochodowy wyścig górski. Wygooglowałam, gdzie ta droga i zrobiliśmy sobie dodatkowy objazd z niespodzianką. Nieco się umordowaliśmy w jakiś korkach i mijankach, ale było warto! Trasa jest przecudna! Idealny asfalt, genialne, szerokie i zabezpieczone zakręty – spełnienie marzeń wyścigowych, jak i tych zwyczajnych motocyklowych.

Nasza wycieczka początkowo miała obejmować Jurę i Tatry, ale jak zobaczyliśmy, że tak blisko będziemy Bieszczad – to postanowiliśmy odwiedzić tam zaprzyjaźnioną Myczkowiankę. Jednak potem było już tylko nudno, bo trasa w Bieszczady to dużo prostych, dużo terenu zabudowanego i do tego mega korek pod Nowym Sączem. Początkowo się nieco przepychałam, ale jak raz czy dwa razy było tak ciasno, że na lusterka – to dałam sobie spokój. Bo nie po to jadę na wakacje, żeby się stresować czy uszkodzić sobie motocykl, a komuś samochód. Przeturlałam się do ronda, a potem już jakoś szło.

Niestety coraz bardziej wjeżdżaliśmy w czarne chmury i zaczęło padać. Zatrzymałam się przy jakiejś budowie, żebyśmy mogli ubrać kombinezony przeciwdeszczowe. Okazało się, że tam właśnie budowana jest stacja benzynowa i ma już nawet zadaszenie. Sam właściciel podszedł do nas i zaprosił pod daszek. Bardzo sympatycznie. Przebraliśmy się i kolejną godzinę jechaliśmy w bardziej lub mniej padającym deszczu. Prędkość spadła, to i kilometrów powoli ubywało. Bolała mnie szyja, ramiona, tyłek i miałam dość. Przy życiu trzymała nas myśl, że na kolację będzie smażona rybka w Myczkowiance, a tablica z nazwą miejscowości była prawdziwym wybawieniem. Przejechaliśmy tego dnia 400 kilometrów, z czego 100 w deszczu.

C.D.N.

Spontan Żmigrodzko-Milicki

W ubiegłą sobotę był czas na jazdę motocyklami, więc szukaliśmy ku temu celu czy okazji. Okazało się, że całkiem niedaleko – w Żmigrodzie jest motocyklowe rozpoczęcie sezonu. Niewiele było informacji o przebiegu tej imprezy, więc potraktowaliśmy ją jako wstęp do dalszej jazdy. Wyjechaliśmy na 3 motocykle, a na miejscu dołączyły jeszcze 2. Impreza zgromadziła nieco motocyklistów, organizator zapewnił darmowego grilla i konkursy z nagrodami.

Całość zakończyć się miała na paradzie, jednak my na nią nie wyjechaliśmy, bo Emil utknął na stacji benzynowej i ekipa nam odjechała. Postanowiliśmy ruszyć w dalszą trasę, którą wstępnie nakreślił Tomek. Znalazł w necie trasę „5 mostów”, która jednak dedykowana była rowerzystom, więc stan nawierzchni dróg był wielką zagadką.

Kilkanaście kilometrów po starcie okazało się, że trasa obfituje w przejazdy drogami z kamiennej kostki i to nie tej drobnej, tylko konkretnej, co wytelepie po całości. Postanowiliśmy wrócić drogą S5 i wystartować od nowa, ale w stronę Milicza. Jazda eSką to dla mnie „mordownia” – przypomniałam sobie jak bardzo nie lubię jeździć motocyklem ekspresówkami i autostradami. To zabija we mnie całą przyjemność z jazdy, szybko, głośno, prosto, nudno i głowę chce urwać. Potem było już tylko lepiej – fajne, kręte drogi przez odludne momentami tereny, wśród jezior i bagien.

Celem był Milicz – ruiny Zamku Książąt Oleśnickich i zaraz obok Pałac Maltzanów z pięknym parkiem. W pałacu obecnie jest Zespół Szkół Leśnych, a dzięki wskazówkom miejscowych, na jego teren mogliśmy wejść bocznym wejściem.

Była kiełbaska, to jeszcze przydałby się jakiś deser, więc kolejny przystanek był w rynku z przerwą na kawę i ciacho.

Udaliśmy się potem na taką małą brukowaną drogę pomiędzy jeziorami, na której byliśmy jakiś czas temu i był tam wtedy całkowity zakaz wjazdu. Teraz z jednej strony droga jest otwarta całkiem, a z drugiej mogą tam wjeżdżać motocykle. Super wrażenia!

Po drodze zahaczyliśmy jeszcze wieżę widokową nad stawem Grabownica. Nie obyło się bez małego błąkania po okolicy, ale na koniec udało się praktycznie pod nią podjechać.

Po powrocie na miejsce, gdzie zaparkowaliśmy motocykle – czekała mnie przykra niespodzianka! Zawsze wożę ze sobą podkładkę pod stopkę motocykla i podkładam ją, gry teren jest nieco grząski. Nie spodziewałam się jednak, że taka podkładka może najzwyczajniej pęknąć, czego skutkiem jest wywrotka motocykla! Strasznie się zdenerwowałam! Klamki na szczęście całe, oberwał kufer – uszkodziła się zasuwka, a z jednej lagi wyciekło nieco oleju. Dało się dalej jechać, ale „wkurw” na podkładkę sygnowaną marką Louis pozostał… Zamek jest w zakładzie, który spróbuje tworzywo pospawać, a na wymianę oleju i uszczelniaczy muszę uzbierać kasę.

W drodze powrotnej jechało się dość ciężko, bo słońce było nisko i momentami nic nie było widać. A na zwieńczenie wycieczki zaliczyliśmy jeszcze jedne „kocie łby”. Tu kilka ujęć z kamery Tomka:

Dziękuję ekipie za super dzień i wycieczkę!

Zamkowa niedziela z Martą

Wreszcie mamy wiosnę, a czasami to myślę, że wczesne lato – bo gdzieś się zatarły te temperatury przejściowe. Sobotę miałam pracującą, ale już niedzielę w pełni mogłam przeznaczyć na jazdę motocyklem. Większość znajomych jechała do Częstochowy, ale mnie jakoś nie ciągnie na, aż tak masowe imprezy.

Zapytałam koleżankę Martę, czy ma czas w niedzielę, a jak potwierdziła to powstał plan zupełnie babskiej wycieczki. Dlaczego? Bo babskie wycieczki są spontaniczne, przeplatane kobiecym spojrzeniem na świat i naszą pasję. Czasami mam ochotę przebywać w gronie samych motocyklistek. Zapodałam posta na motocyklowych grupach i zgłosiły się dziewczyny chętne na wspólne jeżdżenie, ale niestety bez czasu w tą akurat niedzielę. Ostatecznie wyjechałyśmy dwie.

Plan wycieczki powstał z mapami google. Od sierpnia mieszkam w Brzegu Dolnym, więc zakres moich wyjazdów poszerzył się o woj. wielkopolskie. Co robi blondynka szukająca inspiracji na wyjazd? Wpisuje zamek lub pałac w mapach i google wskazuje takie punkty w okolicy. Potem trzeba połączyć te kropki z pominięciem głównych tras i już jest ciekawa wycieczka! Niestety nie wszystkie miejsca google oznacza, więc po wyczerpaniu tej metody trzeba już szukać ciekawych miejsc na stronach www.

Ruszyłyśmy o 12 w kierunku Milicza, nie obyło się bez zawracania, bo musiałyśmy złapać stację benzynową, a trasa zaczęła zbaczać na „zadupia”. Jednak nic nie dzieje się bez powodu, bo zupełnie przypadkiem wpadłyśmy na Żmigrodzki Zespół Pałacowo-Parkowy. Stoją tam ruiny, spalonego przez armię radziecką, zamku oraz całkiem zachowana baszta, która jest punktem informacji turystycznej. Ruiny zamku są tak zabezpieczone, że można do nich wejść i wspiąć się schodami. Na naszej trasie było kilka punktów, więc nie miałyśmy czasu na dokładne zwiedzanie. Jednak z pewnością każdy z nich jest wart powrotu i dokładniejszej analizy 🙂 .

Trasa wiodła przez Milickie Jeziora, droga jest tam świetna, jednak zupełnie uniemożliwiająca bezpieczne zatrzymanie się i znalezienie ładnej panoramy. Potem skręciliśmy na mniejsze drogi, o różnym stanie nawierzchni, czasem tak wąskie, że motocykl z samochodem ledwo się mijał. Małe wioseczki, lasy, super klimaty!

Dotarłyśmy do punktu, w którym znajdować się miały ruiny zamku w Starym Sielcu. Droga do niego prowadziła przez prywatny teren małego dworku, a że to jedyna droga to przymknęłyśmy oko na mały znak zakazu na bramie i tam wjechałyśmy. Niestety na zewnątrz była jakaś pani i bez krzyku, ale jednak stanowczo wyprosiła nas z terenu. Spytałam jeszcze, jak się dostać do zamku inaczej, to odpowiedziała, że niektórzy wchodzą jakoś z drugiej strony. Odpaliłam mapy google i znalazłam ślepą drogę, na którą się udałyśmy.

Po drodze zaczepiłyśmy rowerzystów, którzy powiedzieli nam, że pani dzierżawi teren, ale ruiny zamku już nie. Można się do nich dostać idąc wzdłuż lasu, a droga asfaltowa zamieni się w polną. Pojechałyśmy. Piach był momentami grząski, ale też i ubity – trzeba było zmieniać tor jazdy i udało się bezpiecznie podjechać. Tyle, że droga zamiast wieść do lasu, odbiła w drugą stronę, a z tego miejsca zamek był dość głęboko w gęstwinie. Odpuściłyśmy sobie ten punkt. Ja jeszcze tam wrócę, tylko podjadę pod pierwszy wjazd i po prostu obejdę zabudowania.

Rowerzyści powiedzieli nam, że ładny pałac jest jeszcze w Smolicach, więc tam też podjechałyśmy, choć obiecanej kawy tam nie było. Za to był imponujący, 18 hektarowy park! Sam pałac pochodzi z konca XVIII wieku, jest siedzibą firmy oraz są tam lokale mieszkalne – nie widziałyśmy żadnej możliwości wejścia do środka.

Naszym głównym celem był jednak Hotel-Zamek w Rydzynie. Zobaczyłyśmy tam duży kompleks budynków, a sam zamek powstał XVII wieku. Działania wojenne nieco go splądrowały, jednak miał to szczęście, że trafiał w ręce ludzi, którym zależało na odtworzeniu jego dawnego stanu. W zamku jest hotel, sale konferencyjne i restauracja, a na zewnątrz bardzo ładny park. Udałyśmy się na zasłużoną i wyczekiwaną kawę, choć historyczne wnętrza restauracji nieco kontrastowały z naszym wyglądem i wzbudziłyśmy ogólne zainteresowanie innych gości haha. Wychodząc zobaczyłam… Rzymianina, yyyy, serio 😀 . Okazało się, że panowie obstawiali jakąś wystawę. Marta zapytała, czy możemy zrobić sobie z nimi zdjęcie, no i mamy takie na pamiątkę!

Dochodziły do nas wieści, że po okolicy szaleją burze, co zmotywowało nas do odwrotu, szczególnie, że godzina też już późna była, a do domu jakieś 80 km. Do tego padł mi telefon, a w nim była nawigacja. Marty telefon nie mieścił się w moim etui, a już zaczynało kropić. Musiałyśmy jechać z pamięci i na znaki, jak w czasach, gdy nawigacji jeszcze nie wymyślono haha. Trochę prowadziłam ja, trochę Marta, aż w końcu stało się… Dopadła nas mega ulewa, a momentami to chyba nawet grad. W takiej sytuacji od razu szukam przystanku autobusowego, niestety po drodze mijałyśmy tylko takie z samym słupkiem. Wreszcie z boku dojrzałam jeden, zaczęłam zwalniać, co na szczęście dojrzała Marta, która jechała przodem. Pokazałam jej, że zawracamy i wpakowałyśmy się pod wiatę przystanku. Była mi bardzo wdzięczna, bo miała na sobie skórzany strój, bez membran w jakie wyposażone jest moje ubranie. Gdyby jej namokło, to godzina jazdy, w 10 może stopniach, dobrze by się raczej nie skończyła.


Plus tej sytuacji był taki, że wiał wiatr i szybko przeganiał chmury. Poza tym trasa jakoś tak nas poprowadziła, że raz pioruny waliły po prawej stronie, raz po lewej, a my jakoś tak środeczkiem, suche do domu! Dojechałyśmy na 19. Marta zaproponowała, że podrzuci mnie z garażu do domu. Przyjęłam to początkowo z lekkim niedowierzaniem, ale okazało się, że ona ma już spore doświadczenie z „plecakami”, więc nie zostało mi nic innego jak jej zaufać. Tym samym przejechałam się SV-ką, która jest zdecydowanie głośniejsza, twardsza i bardziej wibrująca od mojej ER-6, przy czym jest też większym agresorem (choć oczywiście do poskromienia, co Marta udowadnia, bo to jest jej pierwszy motocykl).

Wycieczka była udana, wielokrotnie łapałam się na tym, że gęba mi się w kasku cieszy. Towarzyszka dobrana idealnie! Było wesoło i spontanicznie. To pierwszy dłuższy wypad turystyczny w tym sezonie i to jest właśnie to, co lubię robić najbardziej!