Rany! Jak ja tęskniłam za moim ukochanym… motocyklem! Prawko mi drukują nadal, szkoła się zaczęła zaoczna i dopiero dziś po 1,5 tygodniowej przerwie wskoczyłam na Stringa.
Jeździłam nim od rana – w wyobraźni ;-), a czas ciągnął się niemiłosiernie do wieczora. Potem wyskoczyłam z pociągu, przeleciałam przez dom i już byłam przy nim! Właściwa osoba na właściwym miejscu! I została godzinka do zmroku…
String strzelił lekkiego focha -stęsknił się widocznie i chciał mi zakomunikować, że więcej takiej rozłąki nie zniesie. Z trudem łapał oddech na wstępie i po odpuszczeniu ssania też coś tam prychał, ale jak zaczął jechać – to już było to! Uwielbiam dźwięk dodawanego gazu, a drugi na liście ulubionych – jest dźwięk po odjęciu gazu ;-), boooosko!
Trasę wybrałam sobie znaną, żeby się oswoić na nowo z motocyklem. Nie czułam się tak pewnie, jak po urlopie, ale to był stan przejściowy. Przygód większych nie było, nie licząc „Przyczajonych Kałuż, Ukrytego Błota” – które wprawiały w taniec tylne koło.
Zostawiłam za sobą cały świat, myśli z głowy wyfruwały wraz z odkręceniem manetki. Jazda w terenie jest koncentracją umysłu na reagowaniu, niczego mi więcej nie potrzeba… Zmęczyłam się fizycznie, a odpoczęłam psychicznie…
