Verdan o sobie

Ach te baby! Już normalnie myślałem, że się nie dogadamy!

Wjechałem do jej życia taki piękny, wycacany, nieśmigany i ponoć wymarzony. A ona co? Po początkowej euforii stwierdziła, że ten mój poprzednik miał więcej pazura i wigoru! A ja mam to euro 5 i jest lipa. Czujecie to? Jakiś rumpel z 2010 roku miałby być lepszy w czymś ode mnie?

Ale nie, ja nie dam sobie zaniżyć swojej wartości! Jestem ładny i zgrabny, mój lakier lśni w słońcu, niczym gwiezdny pył. Jeżdżę też bardzo dobrze, tylko trzeba się ze mną zgrać, a nie lecieć z automatu, tak jak poprzednikiem. Mało palę i smrodzę, mam przyjemne brzmienie i jeszcze przyjemniejsze wibracje (tak kobiety mówią).

Mam nowoczesny, cyfrowy wyświetlacz i mimo mojej doskonałości, to ona i tak mi dołożyła kilka gadżetów. Dała mi na imię Verdan, od jakiegoś podróżnika z dziwnymi uszami.

Na szczęście po pierwszych 2 tys. kilometrów już w pełni zrozumiała moją wartość. To ona dostosowała się do mnie, bo ja do niej nie mam zamiaru! Za bardzo jestem wyjątkowy! Czy widzę szansę na dalszą współpracę? Jasne! Odkąd ona mi dziękuje, za wspólnie spędzony czas, to i ja czuję się doceniany. Do zobaczenia w trasie!

Muzeum Sentymentów w Kowarach

W ostatnią sobotę, tak na spontanie (bo plany były wstępnie inne), wyskoczyliśmy do Muzeum Sentymentów w Kowarach. Praktycznie zero planu, ale na szczęście jechał z nami Bartek, który doskonale zna okoliczne drogi i szybko wytypował fajną trasę bocznymi, widokowymi drogami. A na miejscu złapaliśmy na parkingu parę perełek motoryzacji – taka dodatkowa atrakcja w temacie sentymentalnego powrotu do przeszłości.

Samo muzeum mieści się w dawnej fabryce dywanów. Na piętrze jest kilka pomieszczeń, w których zgromadzono imponującą ilość eksponatów. Dotyczą głównie czasów PRLu, dlatego największa frajdę mieliby tam zdecydowanie nasi rodzice. Sama nie pamiętam z tego okresu zbyt wiele, jedynie z opowieści. Choć były tam moje pierwsze kozaki „Relaks”, różne zabawki, pierwsze komórki „cegły” itp.. Pośmialiśmy się trochę i powspominaliśmy, np. co pamiętamy jeszcze z domu babci.

Po drodze widzieliśmy jakiś baner reklamowy, że jakaś wyspa jest w Kowarach i postanowiliśmy tam wyskoczyć na obiad. Miejsce spoko, choć pewnie weekendowo bywa tam ciasno. Jedzenie dobre, choć nie porywa, miejsce raczej do zaliczenia niż powtórzenia. Na miejscu spotkaliśmy jeszcze jednego Versysa, prowadził go motocyklista z Niemiec, więc dostał od nas klubową naklejkę.

Drogę powrotną urozmaiciliśmy sobie tak, żeby wracać trochę dłużej – przez Domy Tkaczy i punkt widokowy, gdzie sympatycznie pogadaliśmy sobie z napotkanymi motocyklistami. Wycieczka w takim towarzystwie zawsze jest udana, a atrakcje i trasy Dolnego Śląska ciągle mają coś przed nami do odkrycia.

Majówkowy wypad do Kuks

Ale gdzie? To była moja pierwsza reakcja na temat wycieczki kolegi Witka. Co to jest ten Kuks i gdzie? Otóż jest to czeska wieś, której główną atrakcją jest Hospital Kuks – najpierw było to bardziej uzdrowisko/sanatorium, a w późniejszych czasach już bardziej szpital. Ale nie taki znowu zwyczajny…

Wyruszyliśmy z Wrocławia ok 10 rano na 6 motocykli. Witek zaplanował trasę niebanalną, raczej peryferyjną z dużą ilością zakrętów i przyjemnych dla oka widoków. Po czeskiej stronie te zakręty (30110 z Adrspach do Chvalec) były na tyle techniczne, że uświadomiły mi: a) jak mało jestem jeszcze „rozjeżdżona” w tym sezonie, b) jak słabo „czuję” swój nowy motocykl. Na szczęście to sezonu początek i zanim wyruszę w Julijskie Alpy, to postaram się już nadrobić zaległości. Po drodze zatrzymaliśmy się na kawę i ciastko w Zagórzu:

Po czeskiej stronie była krótka pauza przy bankomacie i potem Witek poprowadził nas taką dróżką, że zaparkowaliśmy pod samym obiektem. Tłumów do zwiedzania nie było, bo u nas 3 maja to święto, a u nich normalny dzień roboczy. Dało się to odczuć w natężeniu ruchu większych miasteczek.

Sam obiekt zewnętrznie jest pięknie odrestaurowany, a największe wrażenie, od samego początku, robi ilość rzeźb, bo praktycznie stoi jedna przy drugiej. Zdecydowaliśmy się na godzinne zwiedzanie, choć przewodnik był tylko w języku czeskim. Jako pomoc dydaktyczną dostaliśmy zalaminowane kartki w języku polskim, które niestety, tak w 10% może pokrywały się z tym, co opowiadał przewodnik. A zrozumieć go wcale nie było łatwo… I np. o tym, że eksponat z czaszką w pierwszej sali był autentyczną czaszką matki hrabiego Sporka, założyciela – doczytałam już w domu. On po prostu trzymał sobie głowę mamusi w pokoju.

Kuks to był duży kompleks uzdrowiskowo-rezydencyjny, założony przez hrabiego F. A. Šporka w 1695 roku. Składał się z: pałacu, łaźni, gościńca, teatru, biblioteki, klasztoru i szpitala. To perła czeskiego baroku, ponieważ hrabia nie oszczędzał pieniędzy podczas budowy. Uzdrowisko zostało zniszczone przez pożar i powódź, po śmierci założyciela. A sam szpital, prowadzony przez Bonifratów, był przytułkiem dla weteranów wojennych i działał do 1938 roku.

Kompleks rozpościerał się po dwóch stronach rzeki Łaby. Po jednej stronie dbano o sprawy ciała i stał tam: pałac, teatr, łaźnie i biblioteka – był to brzeg życia. A po drugiej znajdował się szpital, kościół i cmentarz – to był brzeg śmierci, gdzie zajmowano się sprawami ducha. Po powodzi okazało się, że brzeg życia popadł w ruinę i „umarł”, a brzeg śmierci możemy zwiedzać do dzisiaj.

Budynki służyły jeszcze długie lata jako szpital, następnie poprawczak i dom starców. Od 1946 roku to państwowe muzeum sztuki barokowej, a od 1995 roku pomnik narodowy Republiki Czeskiej. Szpital Kuks jest obecnie zarządzany przez Instytut Ochrony Dziedzictwa Kulturowego.

Na ścianach korytarza, dopiero podczas remontu po 2010 roku, odkryto na korytarzu piękne freski, które były zamalowane białą farbą. Przedstawiają one odwiedziny śmierci u ludzi rożnych stanów majątkowych, zawodów i nazwane zostały „Tańcem Śmierci”. Zwiedzaliśmy też piękny kościół z zakrystią oraz drugą w Europie, tak zachowaną w całości, aptekę Bonifratów.

Po przejściu przez dziedziniec, weszliśmy do pomieszczenia z rzeźbami Mateusza Bernarda Brauna, zwanego czeskim Michałem Aniołem. Repliki rzeźb tego artysty zdobią cały kompleks, a te 24 oryginały są kobiecą serią, która symbolizowała ludzkie „cnoty i przywary”.

Odwiedziliśmy jeszcze przylegający ogród w stylu francuskim i powoli się zbieraliśmy w drogę powrotną. Zatrzymaliśmy się na czeski obiad – ja tam jestem monotematyczna i zwykle jest to smażony ser, choć tym razem wielkość porcji wszystkich zaskoczyła! Polecamy gospodę: „U dvoru borovic”.

Po tym jedzeniu okazało się, że jest już dość późno i do domu to dojedziemy grubo po 21. Wracaliśmy przez kręte okolice Śnieżki – Malá Úpa i potem już polskimi, także niebanalnymi drogami. Zmęczenie już bardzo dawało mi się we znaki, łapałam się na tym, że jadę na „autopilocie” i bardzo chce mi się spać. Zakręty szły jeszcze bardziej opornie i generalnie zaliczyłam zjazd energetyczny, jechałam na minimum.

Już bliżej domu ustawiłam sobie nawigację tak, że nawet jak mnie grupa zgubi gdzieś na wyprzedzaniu, to sobie wrócę do domu swoimi ścieżkami. Ale dojechaliśmy do stacji, gdzie się rozdzieliliśmy na różne kierunki, a ja w swoim wielkim kufrze, na szczęście, znalazłam dodatkowe części garderoby, bo powoli zaczynałam zamarzać… Dojechałam już w księżyca blasku, siły miałam jeszcze tyle, żeby wskoczyć do wanny, a następny przystanek to już było łóżko!

To była wycieczka pełna wrażeń, kilometrów, zakrętów i w świetnym towarzystwie. Witek pyta, czy napiszę, że najlepsze wycieczki, tylko z nim? No to napiszę, bo z pewnością tę wycieczkę długo będę pamiętać!