Moja pierwsza wyprawa

Dojechałam na wieś po 16 i musiałam się streszczać. Szybki obiadek (mama zrobiła schabowego, żeby mi sił wystarczyło) i zaczęłam się zbierać w podróż.

Przygotowanie do jazdy
Moja kurtka daje radę, ale często marzły mi przedramiona, kupiłam sobie więc takie wełniane ocieplacze ciut za łokieć i to jest dość skuteczny patent! Na kurtkę zarzuciłam odblaskową kamizelkę (bez L ani zielonego liścia ;-)), bo wolałam, żeby mnie w porę widzieli inni kierowcy. Może nie ze względu na prędkość z jaką się poruszam (50-85 km/h), a raczej na moją nieobliczalność ;-).

No i kask HJC, nówka nie śmigana! Kupiłam jakiś dawniejszy model, bo był w dobrej cenie, no i zależało mi także na tym, by dało się w nim nosić okulary (nie zawsze mi się chce wkładać kontakty). Pierwsze wrażenie – boski! Dobry rozmiar, nic nie uwiera, cudna wprost widoczność przez tą wielgaśną szybę i regulowany daszek (można też zdjąć i daszek, i szybę). No i na tym zakończymy wymienianie plusów ;-).

Minusy. Hmm wyglądam jak Lord Vader 😉 (wybaczcie jakość foty, musiałam mamie tłumaczyć, że komórka też robi zdjęcia). W kasku jest głośno, wieje i do tego zasysa muchy dołem! Kominiarkę ubrałam zaraz po starcie, a necka (taką oponkę na szyję, co trochę ją odciąża) tak w połowie drogi. No, ale odkąd mam crossowy kask – to motocykliści mi łapkę pokazują, wcześniej olewali mnie, jak skutery ;-).

Tankowanie jak zwykle miło mnie zaskoczyło, bo nie straciłam jeszcze na CPN więcej niż 30 zł. A tankuję 98, bo po 95 jakimś trefnym, miałam problem z odpalaniem. Zostałam też pochwalona na stacji – jako wzorowa motocyklistka, za ubranie kamizelki ;-).

Moja wyprawa miała 2 etapy:
– przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda!
– daleko jeszcze???! (tak już od połowy drogi)

Etap I
Ekscytacja! Wyzwanie!
Stres mnie opuścił już na wstępie i z dziką radością pokonywałam kolejne zakręty. Miałam czasem lekkiego pietra przy zakrętach ostrych, profilowanych, albo po prostu dziurawych. Pokonywałam je wolniej i już nie miałam strachu w oczach. Jak to mówił mi instruktor Waldek przed wyjazdem – każdy zakręt jest prosty jak się go pokona wolno ;-).

Mile zaskoczyły mnie samochody, bo wyprzedzały mnie z dużym marginesem odległości i nie wywoływały żadnych reakcji ubocznych w mojej jeździe. Aczkolwiek przestrzeganie prędkości w terenie zabudowanym – nie jest ich mocną stroną! Nie lubię za to mijanych ciężarówek, bo musiałam przyjmować na klatę strzały powietrza.

Mam dość wrażliwe oczy, a tu nagle ciach i mega pieczenie. W moment zalałam się łzami i nic nie widziałam, włączyłam kierunkowskaz do zjazdu z drogi, ale był wysoki krawężnik, więc toczyłam się jeszcze chwilę, zanim znalazłam pobocze. Mała, pier… muszka zassała się pod kaskiem i trafiła centralnie w oko! Miałam przymusową przerwę, zanim oczy przestały mi łzawić. W tym momencie przeszła mi już ekscytacja. Trafiła mi się jeszcze jedna, duża mucha na trasie – ale otworzyłam jej szybkę i pożegnałyśmy się na szczęście bezboleśnie ;-).

Etap II
Byle do celu! Droga zaczęła mi się lekko dłużyć, a zależało mi na tym, by dojechać przed zmrokiem do Wrocławia. Miałam jedno hamowanie awaryjne, jak nagle coś mi zaczęło lecieć, prosto pod koła! To coś, to był kołpak z przejeżdżającego auta, na szczęście (jak na twór okrągły przystało) – strzelił karuzelę i został na środku drogi.

Pod Wrocławiem asfalt był świeży, to osiągnęłam prędkość maksymalną, w której dogonił mnie strach – 85 km/h (wow! 😉 ) String jest dosyć lekki i przy bocznym wietrze, i wyprzedzaniu rowerzystów – jakoś mało był stabilny. No nic, na wiosnę trzeba się przesiąść na ciut większy motocykl…

Podczas tych 95 kilometrów, przez ok 1/3 trasy jeden samochód nie był w stanie mnie wyprzedzić, a był to… Fiat 126p! Tak, tak – one jeszcze jeżdżą! To sobie tak jechaliśmy razem – dwie zawalidrogi 😉 do samego Wrocławia.

Pozostał jeden problem w mojej wyobraźni – zjechanie w dół z wiaduktu. Tuż przed nim zobaczyłam za sobą wielkiego tira! O nie! Przecież jak nie opanuje tego wiaduktu – to on mnie przejedzie w jednej sekundzie… Nie myśląc zbyt długo, nawiałam na sąsiedni pas, żeby go puścić przodem. Kierowca gadał sobie przez komórkę.

Wiadukt okazał się łatwizną, szeroki, gładki, nachylenie wcale nie tragiczne. Jak zwykle – panikowałam ;-)! Jeszcze kilka świateł i byłam pod garażem. Totalnie zmęczona, ale i zadowolona, że mi się udało! Musiałam zameldować się u kilku osób, bo siedziały jak na szpilkach czekając na wieści ;-). Oj tam, oj tam! Ja nie dam rady? Ja? 😉

Podobne wpisy

  • Lipa…

    Czasami życie rzuca takie kłody pod nogi, że potrzebne jest auto terenowe, by je pokonać, a ja mam tylko motocykl. Na miesiąc przed wypadem do Chorwacji zostałam bez pracy i finansowej ciągłości. Nie wiem co dalej i czy wyjazd dojdzie do skutku. 1000 pytań i zero odpowiedzi… Sytuacja jest trudna, ponieważ jak znajdę pracę od…

  • |

    Skalne miasto

    Ostatni weekend spędziliśmy w Czechach pod namiotem – wyskoczyliśmy tam na 4 moto i w 5 osób. I okazało się, że weekend był zdecydowanie zbyt krótki, by to wszystko w zadowalającym stopniu obejrzeć. A może po prostu byliśmy bardziej nastawieni na biwakowanie i nieśpieszny styl życia, więc zabrakło nieco czasu na pełne zwiedzanie. Było na…

  • Kąpiel błotna dla urody – zaliczona!

    Wiadomo, i na urlopie trzeba też dbać o urodę! I chyba z tą myślą przewodnią, i chęcią wypróbowania naturalnej maseczki błotnej – wybrałam sobie dziś trasę. Powiedziałam sobie, że jak przejadę pierwsze bajoro – to jadę dalej. Pierwsze bajoro to był pikuś! Kolejne nie pozostawiło mi złudzeń, że będzie łatwo. Następne – sprawiło, że zaczęłam…

  • Sezon wystartował! :-)

    Nie znoszę takiej sytuacji, kiedy mam ciężki tydzień i z niecierpliwością wypatruję weekendu, by mieć czas porwać siebie samą na motocykl – a tu prognoza rujnuje mi wszystkie plany! A miałam zakończyć zimowanie i przywieź motocykl do miasta… Skończyło się prognozą na 3 dni deszczu! W sobotę postanowiłam chociaż umyć motocykl, wsadzić akumulator i posmarować…

  • Oj, te deszcze…

    Pogoda świruje równo! Dziś miałam podjechać w jedno miejsce na umówioną godzinę. Wychodziłam z domu – piękne słońce. Doszłam do parkingu – zaczęło padać. Przeczekałam pod daszkiem i znów wyjrzał błękit. To zadowolona odpaliłam Stringa, a tu z drugiej strony, jak nie lunie! Zrobiło się biało, taki strumień wody na raz spadł. Jak doleciałam pod…

  • |

    Wycieczka 100 zakrętów +

    Dzisiaj pobiłam zdecydowanie swój rekord czasu jazdy po operacji – prawie 120 km! (Trasa: na google mapy). Dołączyłam do ekipy z Wrocławia, która zmierzała na „drogę 100 zakrętów” z Radkowa do Kudowy Zdrój. Jako, że grupa liczyła 9 motocykli w rozpiętości pojemności od 72 (nawet nie wiedziałam, że takie są!) do 650 – to cała…