Alpy 2026 – dzień ósmy. Passo dello Stelvio (Stilfser Joch)
Przełęcz Stelvio… słyszałam o tej drodze, jeszcze zanim zostałam motocyklistką. Marzyłam o niej, bo ponoć tyle zakrętów to spełnienie pragnień każdego, kto jeździ na motocyklu. A ja chciałam jeździć na motocyklu i dojechać do takiego raju z zakrętami.
Minęło parędziesiąt lat i wiele razy jeździłam już po alpejskich drogach, podczas czterech ostatnich urlopów. To pewnie zakręty liczone w setkach, jednak na Stelvio nie byłam przygotowana…
Pierwsze podejście zrobiłam od strony Trafoi i wtedy dotarło do mnie, co to są za zakręty. Nie takie, jak lubię, po których się „płynie” i przekłada z jednego w drugi. To zakręty techniczne z dużym przełamaniem wysokości i nawierzchnią z licznymi niespodziankami. Z dużym ruchem i bardzo małą widocznością pojazdów nadjeżdżających ze strony przeciwnej. Nie miałam wtedy dobrego dnia do jazdy, moje nastawienie i motywacja zaczęły ciągnąć mnie w dół. Zgasł mi motocykl na środku zakrętu i prawie się wyglebiłam – to nie pomogło. Zawróciłam po ok. 10 zakrętach dla własnego dobra. Stwierdziłam, że lepiej spróbować drugi raz z lepszym nastawieniem, niż narobić sobie szkód po takim falstarcie.
Dzisiaj zrobiłam podejście drugie, ale od strony Bormio, przyjemnego Passo Tonale i z kilometrami tuneli. Od tej strony też jest 40 zakrętów w górę, ale o ile przyjemniej się nimi jedzie! Asfalt lepszy, przełamania łagodniejsze. Da się żyć!
Na szczycie jest przepięknie! Czasami się śmieję, jaki to luksus być na szczytach gór i nie musieć się na nie wdrapywać. Po prostu wjechać na nie i podziwiać te panoramy, zachwycać potęgą gór. Pospacerowaliśmy i zjedliśmy polecaną bułkę z zasmażaną kapustą i kiełbasą z mięsem jelenia. Teraz też będziemy polecać.
Po 16 trasa się nieco wyludniła, więc odważyłam się zjechać na dół tą trudniejszą stroną. Miałam taryfę ulgową (na szczęście), bo Emil jechał pierwszy i mi mówił przez interkom, czy mam „czysto” z przeciwnej strony. Było mi łatwiej zjechać, niż przez te przełamania wjeżdżać pod górkę. Co nie zmienia faktu, że ta droga to kompletnie nie „moja bajka”. To trochę jak ze słodyczami. Można je lubić, jednak jak ktoś zamknie nas w pokoju z 48 wielkimi czekoladami i mamy je zjeść, to one już wcale nie będą nas cieszyć. Lubię alpejskie, kręte drogi, ale bez przesady…
Oceniam całokształt: stan drogi, jej szerokość, nachylenie, ilość zakrętów i ich zagęszczenie oraz ruch pojazdów. Nie spotkałam drugiej takiej trasy. Pewnie ktoś mi wytknie, że nie umiem jeździć, to mi droga przeszkadza. I tak zgadzam się, nie jeżdżę dobrze technicznie i precyzyjnie, bo tego nie ćwiczę. Widziałam na Stelvio motocyklistów o świetnej technice i prędkości, o jakiej mogę tylko pomarzyć (albo jednak ją wyćwiczyć).
Nie mam obecnie takiego poziomu umiejętności i nie ja jedna… Być może ktoś, po przeczytaniu takiego posta, podejdzie do tej drogi z pewnym respektem i lepiej, niż ja, się przygotuje. A wtedy zamiast stresu, będzie czuł, że to dla niego ten motocyklowy raj stworzono.

























































