Ruszamy w Bieszczady!

Chwilę nie dawałam znaku życia, ale to przez to, że nie działo się nic wartego wzmianki. Ostatni weekend był motocyklowy, ale jedynie w celu przemieszczania się z punktu A do punktu B. I odkryłam, że przy dużym zmęczeniu pomaga mi śpiewanie w kasku piosenki: „Tę pszczółkę, którą tu widzicie, zowią Mają. Wszyscy Maję znają i kochają….” hehe . Obawiam się, że to już „głupawka” lekka była, ale do domu jakoś dojechałam 🙂 . Razem z nową pracą skończyły się czasy, kiedy mam jakiś czas dla siebie, a o pisaniu nie wspomnę… Może po sezonie sytuacja się nieco poprawi.

2016-07-09 17.30.51Ale już o tym nie myślę, bo mam tydzień urlopu i na 5 motocykli ruszamy w Bieszczady do „Myczkowianki”, gdzie zapraszał nas motocyklowy kolega. Pakowanie oczywiście było dramatyczne, bo dużo rzeczy chcę zabrać, ale śpimy pod dachem – to już nieco mniej klamotów do pakowania. Dzisiaj pokonamy trasę do Oświęcimia, a jutro nieco wiecęj kilometrów zostanie. Trzymajcie kciuki za powodzenie wyprawy i zapraszam na fejsa, gdzie coś z trasy będę pisać:
www.facebook.com/pamietnikmotocyklistki

p.s. A w czwartek poznałam swojego polskiego fana z Londynu, och ta sława 🙂 Pozdrowienia dla Marcina.

American Cars Mania w Milczu

W sobotę po pracy postanowiłam z Emilem zobaczyć amerykańskie pojazdy na American Cars Manii w Miliczu. Upał był nieznośny! Niestety, żeby wyjechać do Milicza musieliśmy najpierw przebrnąć przez cały Wrocław. Może nie było dużego ruchu, ale nawet krótkie stanie na światłach w ciemnych ciuchach, gorącym słońcu z góry i jeszcze większym gorącu uderzającym z asfaltu – było wykańczające. Po wyjechaniu na trasę byłam już zupełnie od tego upału wypompowana. Dobrze, że się trzymałam motocykla, bo chyba bym spadła 🙂 . Prowadził Emil, więc po prostu kopiowałam, co robi on, bo mój mózg już był zagotowany. Nie znoszę upałów!

American Cars Mania odbywała się na wielkiej polanie bez odrobiny cienia, więc nie było szansy na ulgę. Ubrałam czapkę z daszkiem, ale już po godzinie strasznie zaczęła mnie boleć głowa. Udawało mi się nieco odwrócić uwagę od bólu, bo zgromadzone samochody były po prostu piękne! Moja pierwsza fascynacja motoryzacją w wieku 10-12 lat opierała się na kulcie Corvette, a tu mogłam zobaczyć każdą jej ewolucję. Potem mi to przeszło – podobały mi się jedynie rajdówki i inne auta stworzone do sportu, a tuning wizualny zaczęłam postrzegać jako szpanerstwo i zbędną próżność. Teraz wypośrodkowałam swoje poglądy i uznaję, że to też pasja 🙂 .

Popatrzcie na te cudeńka:

20160625_182712Kawa z lodem i lody (co niby miały być włoskie) na chwilę mnie ochłodziły, ale w mapach google zaczęłam szukać jakiegoś bajorka i na szczęście było tuż obok. Ochłodziliśmy się dosyć skutecznie w cieniu nad wodą i w końcu dało się żyć, a mój mózg zaczął od nowa kontaktować. Choć głowa nadal mnie bolała i uświadomiłam sobie, że to raczej z głodu, bo w te upały kompletnie zapomniałam o jedzeniu. Po upolowaniu kolacji na ryneczku, postanowiliśmy jeszcze pojechać na tajemniczą drogę rozdzielającą stawy milickie. Niestety na miejscu okazało się, że ta droga jest otwarta jedynie dla ruchu rowerowo-pieszego.

Wróciliśmy bardziej krętą drogą przez Żmigród, choć o gorszym asfalcie. Ale frajda z jazdy motocyklem wreszcie była, bo i temperatury stały się całkiem przyjemne.

Moja pierwsza wizyta na torze

Nie miałam nigdy mocnego parcia, by jeździć motocyklem po torze. Dlaczego? Głównie dlatego, że nie jeżdżę szybko i nie mam potrzeby rywalizacji jakiejkolwiek. Po drugie to dla mnie duże przedsięwzięcie logistyczne, ponieważ moja operowana ręka może przetrwać dziennie ok. 300 kilometrów, a tory są oddalone od Wrocławia minimum 200 km. No i po trzecie – to spory wydatek, na który składa się: koszt jazdy z instruktorem (w tym korzystania z toru), koszt paliwa i przetransportowania motocykla. Za tą kasę to ja mam cały miesiąc weekendowych wycieczek.

Wielu moich znajomych z torów korzysta, ale są to motocykliści ze sportowymi maszynami, dla których to środowisko jest jak najbardziej naturalne. Ja się jakoś mogłam bez tego obyć, choć szkolenia na torze z techniki jazdy nieraz mnie kusiły.

20160618_094041Aż tu pewnego, pięknego dnia dowiedziałam się, że mogę na tor pojechać, ot tak – w DELEGACJĘ! 🙂 Znów przyjęłam to z lekkim niedowierzaniem (prawie jak to, że mogę latać MT-03) i od razu protestowałam, bo przecież to Tor Jastrząb, ok. 350 km od Wrocławia – nie było szans, żebym tam żywa na kołach dojechała 🙂 . Na szczęście sprawy się tak potoczyły, że 3 motocykle załadowaliśmy do busa i o 7 rano wyruszyliśmy na tor! Ja, nasz mechanik i właściciel OSK. Droga dość szybko minęła, bo tematów do rozmowy było sporo, a na miejscu zastaliśmy wcale niemałe stado eMTeków z całej Polski, bo dokładnie była to dla nich impreza zwana „MT Tour”.

Uśmiałam się, jak dostałam kultowy numer 46, choć kolega niemniej, jak dostał numer 69! Na początek usiedliśmy na trybunach na małe szkolenie z flag używanych na torze, a następnie swoje szalone umiejętności zaprezentował nam Stunter13, czyli Rafał Pasierbek we własnej osobie:

Foty: Yamaha

Następnie podzieleni na grupy mogliśmy dwukrotnie pojeździć wyznaczoną na torze trasą, która nie była zbytnio trudna. Grupy były przydzielone nieco na chybił trafił, bo przekrój umiejętności i pojemności eMTeków był pełen. Czego skutkiem była zabawna sytuacja, że ja kilku motocyklistów dublowałam dwa razy, a Ci najszybsi dublowali 2-3 razy mnie. Jak już widziałam w lusterkach tą szaloną zgraję, to robiłam im miejsce, żeby potem ćwiczyć sobie zakręty we własnym tempie. Bo właściwie na tym się skupiłam i chyba maksymalnie to 80 km/h tylko na prostych odcinkach jechałam. Nie mieszałam biegami, nie spinałam się – tylko miałam wielką frajdę z pokonywania zakrętów!

Śmiało mogę powiedzieć, że tylko po to jest mi potrzebny tor – do wypracowania sobie wzoru pokonania zakrętu i do większego wyczucia zachowania motocykla. Nie mam lęków przed wykładaniem się w zakrętach, nawet raz ostro przytarłam podnóżkiem (nie przestraszyłam się, ani nie zaburzyło to toru jazdy na szczęście), ale do „zamknięcia opon” jeszcze mi trochę brakuje 🙂 .

Na małym placu można było także poćwiczyć moto gymkhanę, a jak dobrze pamiętacie – to ten sport, który sprawił, że mam metalowy bark! Minęło już kilka lat i chyba lęki mi nieco zelżały – bo odważyłam się kilka razy pokonać tor z pachołkami i śmigałam po ósemce. Zdziwiłam się, że mam jeszcze, wyćwiczone przed laty, odruchy przeciwsiadu, popracować musiałam tylko nad równym gazem, bo mój eMTek jakiś nerwowy jest przy niskiej prędkości.

Po pysznym obiedzie i jazdach musieliśmy się już pakować, by o przyzwoitej porze wrócić do domu. Powrót miał ekscytujący przebieg, bo jakoś tak wyszło, że zagraliśmy w ruletkę paliwową. Zaskoczył nas brak stacji na długim odcinku trasy i dotarliśmy na CPN dosłownie z 0,5 litra w baku 🙂 . Każdy z nas przywiózł z toru nowe doświadczenia i jednocześnie nowe marzenia: o kolejnym wyjeździe (ja), o przyczepie na motocykle i motocyklu specjalnie na tor (chłopaki). Już kolejnego dnia odczułam, na ile wzrosła moja pewność siebie na eMTeku, kręcę go już 1000 wyżej i pewniej czuję się w zakrętach.

W niedziele natomiast wybraliśmy się na amatorski rajd szutrowy. Na terenie kopalni ścigały się samochody, jak i Yamahy YXZ1000 z Leszkiem Kuzajem, Michałem Kościuszko i Mariuszem Woźniczko za kierownicą. I powiem Wam, że widowisko było niesamowite! Po przejeździe tych „rydwanów szatana”, samochody prezentowały się już mizernie. Show na całej linii!