Dlaczego warto być widocznym?

Od dawna jeżdżę w białym kasku, bo z moich obserwacji wynika, że motocyklistów w białych kaskach łatwiej mój wzrok wyławia z miejskiego ruchu, niż jak mają oni kaski ciemne. Kupując kurtkę Macny zdecydowałam się także na specjalną, mocowaną na rzepy kamizelkę odblaskową.

Początkowo miałam jej używać jesienią i wieczorami, jednak teraz już wiem, że warto ją mieć na sobie zawsze. Dlaczego? Bo kierowcy mnie zauważają o wiele szybciej. A jakie mam na to dowody?

Sytuacja 1. Skręcam z drogi głównej w podporządkowaną pod kątem 90 stopni, a tuż za skrzyżowaniem z pobocza włącza się do ruchu osobówka. Odruchowo zaczęłam hamować, ale kierowca w tej samej sekundzie zauważył mnie i wrócił na pobocze.

Sytuacja 2 i 3 dotyczyły wyprzedzania. Samochody rozpoczęły wyprzedzanie, wyjeżdżając na środek jezdni, ale gdy tylko wynurzyłam się zza zakrętu (a drugim razem zza wzniesienia) – to z manewru zrezygnowały.

I to wszystko działo się jednego dnia. Mam porównanie do jazdy w ciemnym ubraniu i w kamizelce. Reakcja kierowców jet szybsza o kilkanaście sekund, które mogę uratować motocykliście zdrowie/życie. Wybór należy do Was!

Muzeum Zabawek w Kudowie Zdroju

Weekend spędziłam tradycyjnie w Kotlinie Kłodzkiej, pogoda dopisywała i jakoś tak trafiłam z godzinami przejazdu, że mogłam się cieszyć zupełnie odludnymi drogami. Podobnie było na „ósemce”, którą jechałam w niedzielę do Kudowy Zdróju ok. godz. 11.

Kudowa to dla mnie zwykle brama do Czech, ale tym razem postanowiłam wjechać nieco głębiej do miasta. Ładny park, deptaki i uzdrowiska, tylko z parkowaniem w centrum nieco słabo. Trzy podejścia robiłam do parkowania, aż znalazłam małą uliczkę jednokierunkową, gdzie zakazu nie było. Dopiero wracając zauważyłam, że motocykliści wskakują po prostu za słupki na chodniku.

Postanowiłam odwiedzić Muzeum Zabawek, niewielki budynek z gablotami na parterze i piętrze. Zgromadzono tam zabawki z różnych czasów, używane w Polsce, jak i zagraniczne. Można zobaczyć swoje zabawki, zabawki rodziców, jak i dziadków. Niektóre nieco straszyły 🙂

Razem ze mną muzeum zwiedzała para staruszków, którzy nie ukrywali wzruszenia na widok zabawek z własnego dzieciństwa: „a pamiętasz to?”, „a bawiłeś się tym?” – pytali ciągle siebie nawzajem. Sama jestem dzieckiem końcówki lat 70-tych, więc tylko Rumcajs, Koralgol, Krecik, komiksy i szał na lalkę Barbie przypomniały mi dzieciństwo. Bardzo podobały mi się miniatury domów i kuchni z pełnym wyposażeniem: meble, mini talerze, butelki, garnki – wszystko z drewna, szkła i metalu. Zrobiłam trochę zdjęć – poznajecie własne zabawki?

Na koniec skoczyłam do Srebrnej Góry, gdzie umówiłam się z kolegami, którzy też jeździli po okolicy, na kawkę i ciastko. Zwykle zatrzymuję się w Górskiej Perle, gdzie jabłecznik i kawusia smakują wybornie, a zdążyłam wszystko wypić i zjeść, zanim koledzy przyjechali. Potem posiedzieliśmy jeszcze na wspólnych pogaduchach i każdy ruszył w swoją traskę.

Wracałam do Wrocławia w dobrym nastroju, ruch był umiarkowany, aż w połowie drogi zaatakował mnie motocyklista. Zaatakował, bo inaczej nie można tego nazwać! Pokonywałam partię zakrętów przy ciągłym ruchu ze strony przeciwnej, aż tu zza zakrętu wypadł centralnie na mnie, wyprzedzający ich motocyklista. Zmieścił się pośrodku na trzeciego, a jego kolega jechał grzecznie za tymi samochodami. Zwykle zagrożenia wypatruję w samochodach, ta sytuacja totalnie mnie zaskoczyła, bo jakim trzeba być kretynem, żeby tak wyprzedzać? Jakbym była w samochodzie, to jego by już na tym świecie pewnie nie było…

47 Motocyklowy Rajd Wrocławski TRIAL 2017

Przed wyjazdem na weekend postanowiłam zajrzeć na trialowy rajd, który odbywał się na wrocławskim „Kilimandżaro”. Głównie pojechałam tam z ciekawości, bo o ile wiem jak trialowy motocykl wygląda i co robi – to jakoś takich prawdziwych zawodów nie dane mi było nigdy obejrzeć.

Po dotarciu na miejsce okazało się, że rajd składa się z kilku krótkich prób, otaśmowanych w różnych miejscach parku, a sami zawodnicy to amatorzy, jak i profesjonaliści. Urzekł mnie ten klimat, bo kibiców było mało, więc można było stać przy samej trasie. Widzieć z bliska ile wysiłku, emocji, obmyślania strategii – kosztuje zawodnika każdy taki przejazd. Jak wiele zależy od sprawności i od pomysłu na pokonanie danego odcinka. A na koniec radość, umiarkowane zadowolenie lub rozczarowanie…

Mogłam tam być tylko godzinkę, ale i tak było super! Jak jeszcze będzie okazja to z chęcią wybiorę się na tego typu zawody.