Lipa…

Czasami życie rzuca takie kłody pod nogi, że potrzebne jest auto terenowe, by je pokonać, a ja mam tylko motocykl.
Na miesiąc przed wypadem do Chorwacji zostałam bez pracy i finansowej ciągłości. Nie wiem co dalej i czy wyjazd dojdzie do skutku. 1000 pytań i zero odpowiedzi…

Sytuacja jest trudna, ponieważ jak znajdę pracę od maja – to nici z wyjazdu. Jak nie znajdę pracy do czasu wyjazdu – to po powrocie nie będę miała z czego żyć. Szukam rozwiązań.

Rajdowa sobota

Ubiegły weekend nie był zbyt sympatyczny pogodowo, temperatury poniżej 10 stopni i bardzo silny wiatr. Mój Dziabąg (ER6) na wietrze zachowuje się dosyć stabilnie, dopiero konkretny podmuch jest w stanie nieco przestawić motocykl. O ile stała siła i kierunek wiatru pozwala motocykliście się do niego dostosować, to jednak każda zmiana kierunku drogi – powoduje zmianę tych parametrów. Dlatego przed każdym zakrętem staram się wyczuć, czy wiatr mi w jego pokonaniu pomoże (wtedy pochylenie mniejsze) czy będzie przeszkadzał (wtedy większe). Najtrudniejsze jest mijanie ciężarówki (przy wietrze od lewej strony), a już chyba najgorsze jest jej wyprzedzanie (przy wietrze od prawej). Wtedy podmuch jest tak silny na końcu manewru, że trzeba zachować zimną krew, bo inaczej rów będzie blisko…

A wszystko zależy od rozłożenia masy w motocyklu, im jest ten środek ciężkości niżej, tym fajniej moto zachowuje się na wietrze. Nie do końca ma to związek z ogólną wagą motocykla. Jeździłam leciutką MT03, która na wietrze ani drgnęła i cięższym Pomidorem (Honda Vigor 650), który nawet przy średniej sile wiatru tańcował po pasie, przechylał się, a momentami miałam wrażenie, że złapałam kapcia bo się wcale nie słuchał.

Już nie wspominając o tym, że zimny wiatr o dużej sile potrafi wcisnąć się w każdy zakamarek ubrania, a nawet pokonać membranę. Wróciłam z weekendu rozdygotana z zimna i konieczna była terapia kocykiem i polopirynką.

A w sobotę pojechałam obejrzeć Rajd Świdnicki, tak z sentymentu, bo to kiedyś była moja pasja. Jednak odkąd odkryłam motocykle, to moje życie się nieco zmieniło (a raczej kompletnie hehe). Wybrałam sobie odcinek w Jugowie, ale na pierwszy przejazd nieco się spóźniłam, więc przeniosłam się do Woliborza, by potem znów wrócić do Jugowa na kolejny OS. Najwięcej frajdy sprawiło mi zobaczenie rajdówek z dawnych lat w historycznej odsłonie rajdu. I te ich brzmienie! Czad!

Lany poniedziałek!

W tym roku święta zbytnio nie rozpieszczały aurą i temperaturami. A tuż po moim powrocie do Wrocławia – w Kotlinie Kłodzkiej spadł… śnieg. Widząc wcześniej te mrożące krew w żyłach prognozy, postanowiłam wyjechać pierwszego dnia świąt. Decyzję tą poprzedzała analiza opadów deszczu w poszczególnych miejscowościach po drodze i wyszło mi, że jak wyjadę o godzinie 16 to powinnam ominąć wszelkie mokre kataklizmy.

Szkoda, że to tylko w teorii, bo w praktyce to wyjechałam i po 10 kilometrach trasy dopadła mnie taka ulewa, że nie widziałam gdzie jadę, a jedna pani nawet popukała się w czoło na mój widok haha. No cóż przyjechałam na moto to i wyjechać jakoś muszę… Szyba parowała, a jak ją otwierałam to znowu zamarzała mi twarz. Postanowiłam jednak najgorsze opady przeczekać na stacji paliw.

Jak opady nieco osłabły to ruszyłam w dalszą drogę. Byłam już mokra, więc wkładanie przeciwdeszczowego kombinezonu nie miało sensu, a przy okazji mogłam przetestować odporność na wodę kompletu Macna, rękawic Dane z gore-texem i butów Gaerne też z gore-texem. Nie przemokłam! Jedynie palce z rękawic wyciągnęłam bordowe z zimna, ale nie mokre.

Padało jeszcze całą godzinę, ale na takim poziomie, że dało się jechać te 80 km/h omijając zalane koleiny na drodze. Pod Wrocławiem niebo rozjaśniało i już się prawie ucieszyłam, gdyby nie to, że zaraz po przekroczeniu granicy miasta znowu zaczęło lać. Odstawiłam motocykl na parking i poszłam w kasku do domu, oczywiście przestało padać jak tylko do niego weszłam 😀 .

Mówią, że jak poniedziałek wielkanocny jest lany to będzie szczęśliwy rok. Cieszę się bardzo, że się załapałam na tą promocję matki natury do spółki z przeznaczeniem 🙂 .

p.s. A tak Dziabąg dołączył do zaszczytnego grona moich motocykli, które wiozły święconkę do kościoła: