Parada i integracja Motopasja Brzeg Dolny

Przeprowadziłam się do Brzegu Dolnego rok temu i poznałam już tu kilka osób, które jeżdżą motocyklami. Jednak na grupie Motopasja Brzeg Dolny powstał pomysł, by razem przejechać ulicami miasta, okolicznymi miejscowościami i zintegrować się na porcie w Urazie. Z Martą postanowiłyśmy na tą okazję znowu ubrać kolorowe spódniczki i przedłużyć nasze warkocze.

Tak jakoś przypadkiem, zaczęłam pomagać w stworzeniu tego wydarzenia na facebooku, a potem także w organizacji, stworzeniu mapki, informowaniu Policji itp. Na stronie zgłosiło się ponad 20 osób, a w rzeczywistości przyjechało ich ponad 50! Trochę nie byliśmy na to przygotowani, zabezpieczanie przejazdu było raczej spontaniczne, ale wszyscy dotarli cało do celu i pomysł bardzo chwalili. Film z przejazdu znajdziecie na moim: profilu Facebook.

Jestem zdania, że takie imprezy powinny mieć jakiś wyższy cel np. niesienie charytatywnej pomocy i już myślę o kolejnej edycji. Byłyśmy na rozmowach w placówce opiekuńczej dla dzieci i kroki następne podejmujemy. Trzymajcie kciuki!

p.s. A żaba Frania ma dla Was przesłanie!

Zaskakująca niedziela!

W sobotę pracowałam, więc w niedzielę postanowiłam wybrać się do Oleśnicy pooglądać samochody na American Cars Mania. Udałam się do garażu jak zwykle, wyciągnęłam motocykl, zamknęłam garaż, odpalam i….. No i właśnie masakra! Zamiast, jak zwykle, odpalić od strzała – to tylko zaszalała wskazówka obrotomierza, motocykl wydał dźwięk przypominający elektryczne wyładowanie i padł. Za każdym razem tak samo.

I co robi blondynka w takiej sytuacji? Nagrywa film z usterki i rozsyła, gdzie się da z prośbą o diagnozę i pomoc. No co? Przecież sama do mechanika nie dojadę! haha

Diagnozy padały różne, od padniętego akumulatora (co wydawało mi się mało prawdopodobne, bo ma 1,5 roku i nie było żadnych z nim problemów. A do tego już mi poprzednik umarł to dźwięki były inne), po padnięty bendix/rozrusznik. Tylko co mi po przypuszczeniach, jak tu działać trzeba. Kazali mi na pych odpalać, rozruszniki wyciągać i inne porady – w sam raz dla blondynki!

Wróciłam do domu zdołowana… Dałam też posta na grupie motocyklistów z Brzegu Dolnego i jak już się poddałam, to jeden z nich zaproponował pomoc w dowiezieniu motocykla do serwisu, a drugi, że nawet za chwilę podjedzie. Byłam uratowana! Yupiiii

Pomoc przyjechała, nawet w 3 osobach. Pierwsze co zrobili, to podpięli akumulator do samochodu i… motocykl odpalił! Zagadka została rozwiązana. Teraz nie wiem, czy mam trefny akumulator czy to gniazdo zapalniczki miesiąc temu montowane mi go wykończyło. Jutro i tak muszę jechać do mechanika z linką sprzęgła do wymiany, to poproszę by mi sprawdził pobór prądu. Jednak i tak kamień spadł mi z serca. Dzięki chłopaki!

Wieczorem przeszłam się do garażu z prostownikiem i ładowarką (do gniazda zapalniczki). Przy okazji umówiłam się z Martą i razem z jej psem poszłyśmy na długi spacer. Marta mi czasem opowiadała o swoim samochodzie – BMW Z3 M Power, ale jakoś nie miałam parcia, żeby się takim autem dla szpanerów przejechać. Ona jednak opowiada o nim z takim entuzjazmem, że dałam się namówić, że podrzuci mnie do domu, a raczej do sklepu 2 km dalej po bułki na śniadanie.

Z3 jest dość niskie przy wsiadaniu (a wysokie osoby, to raczej wystawać będą przez szybę), ale od pierwszego wrażenia mega wygodne. Miejsca jest sporo, choć tylko dla dwóch osób. Ruszyliśmy i…. wow, wow, wow! Jak on przyśpiesza, jak się trzyma, jaki ma promień skrętu. I niebo widać, jak na motocyklu. No i zrozumiałam! To nie jest samochód dla szpanerów, to samochód, który daje mega frajdę z jazdy. Takie połączenie gokarta z motocyklem. I tak pojechałyśmy do tego sklepu przez jeziorka, zamek, zalew i dojechałyśmy po 22 haha (dobrze, że do 24 otwarte).

Niebo nabrało cudownych barw, szum powietrza nad głową, nie chciało się wracać. W pewnym momencie jechał za nami motocyklista, to zaczęłyśmy mu machać i „dawać lajki”. Jak nas wyprzedził, to się okazało, że on nie jest sam – ma dziewczynę na plecaku, więc w sumie przejechał, tak jakoś bez pozdrawiania, a ona nas nieco „zmroziła wzrokiem”. Po chwili jednak motocyklista zamrugał do nas awaryjnymi – wybuchnęłyśmy śmiechem. Doszłyśmy do wniosku, że naklejkę z motocyklem trzeba z tyłu nakleić, żebyśmy nie wyglądały, jak „córeczki tatusia” w tym samochodzie.
Z Martą poprawa humoru to jest gwarantowana!

p.s. zapraszam do przeczytania mojego nowego TOP 10 Czego uczy kobietę posiadanie motocykla?

„Za górami, za lasami, za zamkami” – relacja z wycieczki cz. 3 (Zamek Orawski i powrót)

Początkowo plan naszej wycieczki obejmował Słowacki Raj, jednak trasy do trekkingu są tam długie, więc w motocyklowych ciuchach to bezsensowny pomysł. Wrócimy tam jeszcze samochodem.
Dzień na Słowacji postanowiliśmy wykorzystać na polatanie krętą, górską trasą 584 oraz zwiedzenie Zamku Orawskiego. Pogoda nadal dopisywała, ruch był minimalny, więc gęby nam się cieszyły na tych wszystkich zakrętach, a i widoki na doliny były obłędne (czego niestety zdjęcia nie oddadzą).

Potem jechaliśmy jeszcze kilkanaście kilometrów, nieco mniej spektakularnymi, drogami. A zamku na skałach nic a nic nie było widać. Okazało się, że dojeżdżamy do niego od tylnego pasma gór, więc dopiero na ostatnich kilometrach coś tam można było w górze dojrzeć. Pod zamkiem jest parking za 2 euro, a panie tam są na tyle miłe, że zachęcają, by zostawić kaski i kurtki na motocyklach. Przydało się to bardzo, bo było dość ciepło, a i na zamku wiele było schodów, więc chodzenie z tobołami trochę by zmęczyło. Jak ktoś chce zaparkować za darmo, to nieco dalej na krzyżówce jest plac, gdzie motocykl pewnie można zostawić.

Zewnętrznie zamek robi wrażenie, jego budowa była stopniowa, od partii najwyższej i najstarszej, po niższe. Czasem mówi się, że to 3 zamki w 1. Zwiedzanie odbywa się tylko z przewodnikiem, który otwiera bramę. Kolejne tury turystów wchodzą co godzinę, a my załapaliśmy się na zamek średni i wysoki, ponieważ na pełny pakiet musielibyśmy czekać 2 godziny. Przewodnik mówi w swoim ojczystym języku, ale w wielu punktach są tabliczki, że z aplikacji można odsłuchać także w języku polskim czy angielskim.

Niewiele wiadomo o początkach budowy, a legenda głosi, że pomagał w niej sam diabeł. Zamek miał zabezpieczać granice i właśnie przez to położenie był w rękach węgierskich, polskich, czechosłowackich i słowackich. Jednak największego zniszczenia dokonał pożar, który wybuchł w 1800 roku i strawił wszelkie dobra drewniane (ocalał jedynie najniższy zamek). 100 lat później rozpoczęto odbudowę, a i obecnie w zamku nadal trwają prace remontowe i rekonstrukcyjne.

Zamek jest teraz własnością państwa, pełni rolę pamiątki narodowej i muzeum. Prezentowana jest w nim historia samego zamku, a najbardziej szczegółowo pokazano epokę Turzonów. Jest też ekspozycja przyrodnicza oraz etnograficzna Orawy, są sale z przedmiotami codziennego użytku poszczególnych warstw społecznych, oraz z kolekcją wykopalisk archeologicznych. Zamek jest często wykorzystywany jako filmowe tło i chyba najbardziej w Polsce kojarzy się z serialem „Janosik”.

Wnętrza zamku:

Z życia mieszkańców regionu:

Wykopaliska archeologiczne:

Ekspozycja przyrodnicza:

Wróciliśmy z zamku późnym popołudniem, a w nocy przyszła burza. Rano na termometrze zobaczyliśmy (o zgrozo) ok. 10 stopni. Dobrze, że już przyszła pora powrotu, ale musieliśmy się na tą okazję cieplej ubrać (dobrze, że wiozłam zimowe rękawice z membraną). Słowacja żegnała nas chłodno, a góry spowite były chmurami. Po przekroczeniu granicy było już znacznie cieplej, ale zatrzymaliśmy się, żeby napić się coś ciepłego i odtajać.

Na koniec w planie wycieczki była kultowa Przełęcz Salmopolska, musieliśmy trochę nadrzucić kilometrów, ale było warto. Przynajmniej w połowie, bo na szczyt droga była słabej jakości, a z górki już jechaliśmy idealnym i krętym asfaltem.

Potem było już tylko gorzej… Oczywiście, trasa do Raciborza na maksa zakorkowana! A do tego coś mi się zaczęło dziać ze sprzęgłem, więc starałam się je oszczędzać. Już przy Ogrodzieńcu były pierwsze objawy, biegi cięzko wchodziły, ale pomogła regulacja pokrętłem przy klamce. Na koniec zrobiło się trudniej, bo zmiana biegu była możliwa dopiero przy maksymalnym dociśnięciu klamki do kierownicy, a motocykl ruszał praktycznie przy klamce całkiem puszczonej. Nerwy już miałam nieźle napięte! Bo nie dość, że ciężko się jedzie, to jeszcze ruch maksymalny. Zatrzymaliśmy się na obiad, zadzwoniłam do mechanika, a on doradził, że najlepiej (póki jesteśmy w dużym mieście) podjechać do jakiegoś serwisu motocyklowego.

Była już prawie 17, ale znaleźliśmy serwis czynny do 18. Ruszamy, a Emil mi mówi, że nie mam światła z przodu! Nosz kurde – kumulacja! Podjechaliśmy do Migus Motocykle, gdzie powitał nas sympatyczny właściciel. Już wiedziałam, że motocykl jest w dobrych rękach. Przejechał się i wyregulował tą linkę z klamką tak, że normalnie (choć większej siły trzeba użyć) dało się wbijać biegi. Przy ruszaniu nadal ciągnęło dopiero na końcu, ale to już oddam Dziabąga do serwisu po powrocie, bo tu raczej wymiana linki/klamki będzie konieczna. Żarówka oczywiście też wymieniona. Przy okazji sympatycznie sobie pogadaliśmy i mogę z czystym sumieniem ten serwis polecić.

Było już późno, ale drogi przez to mniej oblegane, biegi dało się zmieniać, więc kilometry leciały dużo szybciej. Mieliśmy spać pod Opolem, gościnnie u Sisters MotoTeam, ale jak się okazało, że mamy jeszcze siły, a do domu już coś, ponad 100 kilometrów to postanowiliśmy pociągnąć dalej. Zostaliśmy w gościach do 21, rozgrzewając się nieco herbatką przed dalszą drogą i ruszyliśmy. Dojechaliśmy do Brzegu Dolnego ok. 23 ( wyszło 470 km) i powiem Wam, że nie ma to jak w domu! Szczególnie jak się wraca z głową pełną wrażeń 😉 .