Amerykańce razy dwa

Tak się jakoś złożyło, że przez dwa weekendy w okolicy były imprezy związane z amerykańską motoryzacją. Ma ona swój klimat i dźwięk! Lubię czasem pooglądać takie perełki, szczególnie, że w wieku nastoletnim zakochana byłam w… Corvette. Najpierw pojechaliśmy na wrocławski stadion, gdzie była American Cars Mania:

Potem pojechałam z Asią, Dawidem i jego tatą na małą przejażdżkę. Asia właśnie wjeżdża się w nowy, większy motocykl na A2 – Kawasaki Er6-f. Wyskoczyliśmy do Krotoszyna, gdzie na rynku był Kroto Amcar Spot. Samochodów było bardzo dużo i ledwo się na tym rynku „upakowały”:

Jadąc na spotkanie z ekipą zauważyłam, że dużo motocykli jedzie w jedno miejsce i przypomniałam sobie, że równolegle jest jeszcze Moto Piknik w Czeszowie. Odwiedziliśmy to miejsce wracając. Motocykli było dwa razy tyle, co widziałam tam kilka lat temu. Organizator się chyba tego nie spodziewał, bo zaplecze do siedzenia i jedzenia było bardzo słabe. Nie zdecydowaliśmy się zostać, polecieliśmy dalej…

Kamizelka chłodząca na motocykl Hyperkewl

Pytaliście o skuteczność kamizelek chłodzących, więc odpowiadam 😉. My mieliśmy te dwa modele ze zdjęć, zakupione na allegro po 150 zł/szt. Użyty materiał Hyperkewl (ten grubszy z przeszyciami) jest połączony z przewiewną siateczką. Siateczką wysycha dość szybko, a Hyperkewl kilkanaście godzin, dlatego drugi model ma większą powierzchnię chłodzącą.

Kamizelki kupiliśmy na upały w Rumunii, do ubrania pod meshowe kurtki. Udało się jednak, że pogodę mieliśmy idealną, ok 25-30 stopni i tylko dwa razy zdecydowałam się z niej skorzystać. Kamizelkę moczy się na chwilę w zimnej wodzie i wyciska jej nadmiar (bez wykręcania!). Ubiera się i… faktycznie robi się przyjemniej i dłużej można jechać, bez zmęczenia wysoką temperaturą. Najlepsze jest to, że wcale nie czuje się mokrej tkaniny (na początku ta siatka jest mokra, ale szybko schnie), tylko delikatny efekt chłodzenia. Patent to fajny i działa.

Wady? No jedna jest taka, że ten materiał mega długo schnie. Jak jechaliśmy cały dzień i moczyliśmy kamizelki dwa razy, to jeszcze rano kolejnego dnia kamizelki były mokre. Dzień nie był upalny, więc musieliśmy je schować do worka. Po całym dniu już się tam zakisiły, a dłużej tak trzymane pewnie zaczną śmierdzieć. Na szczęście można je prać ręcznie i z lekkim detergentem.

Rumunia 2021: Wesoły Cmentarz w Sapancie i powrót (7, 8, 9 dzień)

Rano śniadanko i kawa z naszej kuchenki biwakowej, a potem ruszyliśmy w trasę. Mijając Baia Mare zobaczyłam piękną kopułę, wyróżniającą się z brył miasta, więc tam chciałam podjechać. Okazało się, że to Katedra Świętej Trójcy, jeszcze w budowie (ponoć od 1992 roku). Podjechaliśmy jeszcze na ulicę z restauracjami, gdzie zjedliśmy burgera w Supreme Burger, który swoim smakiem i soczystością pobił wszystkie, jakie do tej pory jedliśmy! Droga 18 na mapie wyglądała imponująco, więc nią postanowiliśmy pojechać i ani trochę się nie zawiedliśmy! Kręta, szeroka droga, nowiutki asfalt – poezja!

Na wesoły cmentarz dotarliśmy ok. godz. 16, a były tam prawdziwe tłumy (pewnie dlatego, że już był weekend). Sam cmentarz widziałam wielokrotnie na zdjęciach, jednak na żywo to inne wrażenie. Kolorowy, bogato zdobiony kościółek, a do tego te pośmiertne historie o ludziach w obrazkach i epitafium zawarte. Ponoć opisy z lekkim sarkazmem (stąd określenie wesoły cmentarz), ale gdy próbowałam przetłumaczyć tekst translatorem, to nie do końca się to udało. Po prostu jest to pisane gwarą z tamtej okolicy. Postanowiłam zrobić zdjęcia wszystkich krzyży, gdzie pamięć o danym człowieku zobrazowana została z jakimś pojazdem mechanicznym.

Zajrzeliśmy jeszcze do Monastyru (klasztoru) Peri i chcieliśmy jechać dalej, ale się okazało, że nie ma tam bazy noclegowej za bardzo. Musieliśmy zostać w Sapancie, gdzie były noclegi do wynajęcia. Wzięliśmy pokój u babci, która nie mówiła po angielsku, ale na szczęście jest translator w telefonie. Potem poszliśmy na zakupy oraz po jakieś produkty na podarunki.

Generalnie było w tym regionie widać to przywiązanie do tradycji, szczególnie w strojach, ubieranych przez mieszkańców, którzy wybierali się na niedzielną mszę. Wszystkie kobiety, te młode i starsze, wystrojone były tak samo – szły we wzorzystych spódnicach-bombkach, koszulowych bluzkach, przepasanych szerokim pasem.

Na granicy nawet szybko nas załatwili, tylko na dowód zerkali i w drogę! Powrót do Polski poszedł nam w miarę płynnie, ale na koniec i tak musieliśmy skrócić trasę z powodu sporej burzy na trasie. Mieliśmy „deja vu”, bo znowu zadzwoniliśmy zarezerwować pokój do „pani-babci”, która nas przenocowała, jak byliśmy na granicy, na początku naszego urlopu. Kręte drogi w okolicy Iwonicz Zdroju już mnie trochę wymęczyły, bo organizm domagał się wypoczynku.

Kolejny dzień to ok. 500 km polskimi drogami do domu i to był najgorszy etap podróży. Drogi krajowe zawalone, na autostradowych węzłach wypadki, a jak w końcu wjechaliśmy na autostradę – to był tam niekończący się ciąg ciężarówek do wyprzedzania. Umordowani totalnie polską rzeczywistością drogową (dzień wcześniej na luzie przejechaliśmy, pustymi autostradami, dwa kraje), dotarliśmy do domu ok. godz. 22. Zmęczenie dało o sobie znać i jeszcze dwa dni spałam wiele godzin i nie miałam siły. Trzeba było odpocząć po urlopie! 🙂