Mój nowy kask szczękowy AGV SportModular Carbon

Zawsze uważałam, że kask szczękowy to super rozwiązanie. Szczególnie dla okularników, gdy ściąganie i zakładanie kasku jest podwójnie upierdliwe (już nie wspomnę ile razy odłożone okulary mi z motocykla spadły…). To także plus na krótkich pauzach, kiedy kasku wcale nie trzeba ściągać – wystarczy podnieść szczękę, żeby się napić, zjeść, pogadać. Jeżeli chodzi o jazdę z podniesioną szczęką, to ja jej nie akceptuję i nie polecam (widziałam już rtg rozwalonej szczęki i zębów, które niczym nie były chronione i dziękuję za takie rozwiązanie)

Dlaczego takiego kasku jeszcze nie miałam? Bo…. one dużo ważą! Niestety, ale 90% tego typu kasków waży 1600-1800g, gdzie już wiem, że w kasku 1550 miałam problemy z kręgosłupem szyjnym. Dlatego każdy kolejny ważył max 1400 g.

Pewnego razu ktoś w komentarzach wspomniał, że jest kask szczękowy leciutki, bo z carbonu! Chodziło o AGV Sportmodular i w sumie się ucieszyłam, bo tej marki jest ostatni swój kask, do którego większych zastrzeżeń nie mam. Daleka od mojego ideału była jednak cena, ok 3600 zł.

Jednak ja tak mam, że z marzeń nie rezygnuję, a jedynie odkładam je na później. Zapisuje w ulubionych i sprawdzam cenę oraz swoje możliwości finansowe, co jakiś czas. Celowałam wprawdzie w kolor biały, ale ostatnio pociągał mnie też czerwony i złapałam okazję na taki właśnie za 2100 zł. Dylemat miałam tylko z rozmiarem, bo AGV ma dziwne te rozmiarówki. W poprzednim kasku było MS lub ML i się okazało, że mam ten drugi. Teraz było normalnie M i L, więc wzięłam M, bo 10 lat w tym rozmiarze mam kaski i się okazało, że… nie weszłam. Na szczęście sprzedawca miał L-kę i mi go wymienił bez żadnych problemów.

Pojechałam na jazdę testową i to moje pierwsze wrażenia z jazdy w AGV SportModular Carbon:
– Lekki jest skubany. Ruszając głową w czasie jazdy zero oporów i tak lekko na karku, że aż dziwnie.
– Nie ma cichych kasków (chyba, że mówimy o opisach marketingowych). Jeżdżę w stoperach Alpine i bardzo sobie to cenię, także w tym kasku. Do 80 km/h jest błogo i cicho, potem już tylko gorzej. Rozmowy w interkomie mało zrozumiałe się robią tak powyżej 120 km/h.
– Domyk szyby – to robi robotę (mam tak ułożoną szybę w motocyklu, że potrafi mi rozszczelnić szybkę w kasku). Robi się ciszej po domknięciu zatrzaskiem, nic nie podwiewa z żadnej strony (oprócz miejsca spod podbródka, ale ja tak mam w każdym kasku i sobie podbródek przedłużam).
– Mam nadzieję, że się nieco rozbije, bo gąbki mnie dociskają pod szczęką dość odczuwalnie.
– Suwak blendy jest fajnie nisko, ale chwilę mi zajęło, żeby go w zimowych rękawicach rozkminić w czasie jazdy.
– Da się go ubrać i zdjąć bez ściągania okularów 😎 Bosko!
– Ma super szerokie pole widzenia, jak w kasku enduro.
To takie pierwsze przemyślenia, zobaczymy jak w dłuższej trasie….

**********

A tegoroczny sezon rozpoczęłam 15 marca od włożenia akumulatora (co wcale nie jest proste, jak się ma tam podpięte kilka „zabawek”). Dzień był jeszcze „krótki” (tzn. krótkie były godziny słoneczne, a po nich robiło się lodowato), więc przejażdżka była tylko po okolicznych drogach z pauzą na gofry i kawkę.

Towarzyszyła mi Asia, też na Kawasaki, ale er6-f, która przez sezon zimowy cały czas ćwiczyła na pitbikach i widać, że zrobiła duże postępy. Dla mnie początki sezonu są jakieś takie koślawe, muszę jeszcze ze dwa wyjazdy zaliczyć, żeby znów się poczuć jak ryba w wodzie. Ale oczywiście frajda była nieziemska, że śmigam znowu po tej zimowej przerwie.

Mam też nowe buty Sidi Vertigo Lady 2, ale dopiero się docieramy. Trudno mi się w nich jeszcze chodzi i zmienia biegi (czucie jakieś mniejsze, bo guma grubsza pod wajchą zmiany biegów).

Nocleg 135m pod ziemią – Kopalnia Wieliczka

W ubiegły weekend byłam na świetnej wycieczce – motocyklową paczką wyskoczyliśmy do Wieliczki, zwiedzić tamtejszą kopalnię soli i… tam przenocować. Pojechaliśmy na dwa auta, bo tak było optymalnie i wyjechaliśmy z zapasem czasowym, bo autostrady w Polsce to jednak wielka ruletka. Okazało się, że jednak niepotrzebnie, ale dzięki temu zyskaliśmy czas na tężnię, pospacerowanie po spokojnej Wieliczce i wspólny obiad.

Po godz. 15 zeszliśmy do kopalni, pieszo. Schodów było tyle, że można było się poczuć jak w zapętleniu czasu, a łydki bolały jeszcze kolejnego dnia. Poznawaliśmy historię kopalni, sposoby wydobycia, ale największe wrażenie w kopalni robią jednak wielkie sale oraz rzeźby w bryłach soli i na ścianach.

Po kolacji mogliśmy zabrać bagaże i windą zjechać pod ziemię – do miejsca naszego noclegu. Spodziewaliśmy się chłodu, jednak okazało się, że wcale nie zmarzliśmy. Miejsca noclegowe są tam takie, typowo kolonijne, posiłki zresztą też. Piętrowe łóżka z twardymi materacami, bez żadnej prywatności.

Obok była sala rekreacyjna, gdzie mogliśmy wesoło spędzić wieczór, pograć w piłkarzyki (wraz z tradycyjną wymianą koszulek haha) i ping-ponga. W nocy nie spałam za dobrze, myszka jakaś hałasowała, ktoś tam chrapał, a do tego ten twardy materac… Mimo fajnego miejsca, cieszyłam się rano, że już wracamy na ziemię.

Wracając, wyskoczyliśmy jeszcze na spacer po krakowskim Kazimierzu. Z rana było bardzo zimno, ale słońce potem się rozkręciło i pogoda była idealna do zwiedzania.

W wieży jak księżniczka

Od kilku lat fascynują mnie wieże, szczególnie przerobione na miejsca do mieszkania. Najwięcej ich jest w okolicy stacji kolejowych, ale zdarzają się takie ciśnieniowe, wolnostojące. Trzeba trochę pokombinować, żeby wpasować tam meble, ale uwielbiam oglądać efekty zagospodarowania tej okrągłej przestrzeni.

Ucieszyłam się, gdy się okazało, że taki apartament w wieży jest do wynajęcia w Wałczu. Było to dość kosztowne na 2 osoby, ale miejsc do spania było więcej, więc zabraliśmy ze sobą znajomych. Mieliśmy sporo kilometrów do celu, ale droga fajnie przeleciała i popołudniu wszyscy się spotkaliśmy na pizzy w Wałczu. Dookoła były ładne jeziora, choć atrakcyjnych miejsc do zwiedzania w okolicy zbyt wiele nie było.

Po wejściu do wieży wszyscy powiedzieli „wow”. Był tam super klimat – ściany z cegły, proste meble, wygodne łóżka i różne „smaczki” w postaci dodatków. Okazało się, że mamy te niskie piętra wieży, a jeden poziom z łóżkami jest nawet niżej poziomu ziemi. Jednak nie było tam czuć zimna i wilgoci – to pomieszczenie było także z pomysłem zagospodarowane. Apartament miał 2 łazienki, jedną z prysznicem, a drugą z wanną.

Apartament miał kuchnię, więc na początek część ekipy wyskoczyła na zakupy kolacyjno-śniadaniowo-imprezowe. Pogoda dopisała, więc poszliśmy jeszcze na wieczorny spacer nad pobliskie jezioro. Po wieczornej imprezce położyliśmy się spać i na szczęście żadna „Biała Dama” nas nie straszyła.

Rano po wspólnym śniadanku ruszyliśmy w drogę powrotną i zatrzymaliśmy się jeszcze przy starych pociągach w Wolsztynie.