Jazda piąta po mieście

Ufff, było lepiej! 🙂
Dalej mam „stresa” przed wyjazdem na miasto – to takie pomieszanie adrenaliny ze ściśniętym żołądkiem. Może to wynik niezbyt udanej poprzedniej jazdy. Aż strach pomyśleć, co będzie na egzaminie?

Zdecydowanie nie miałam dnia do większych prędkości, ale za to nie popełniłam zbyt wielu błędów. Nadal zdarza mi się nie wyłączyć kierunkowskazu, niepewnie zachowuję się w zakręcie i czasem z wbiciem jedynki na światłach mam problem. Więcej grzechów nie pamiętam ;-).

Instruktor Waldek zwykle mówił, że siedzi na motocyklu za mną – jak na szpilkach, a tym razem powiedział, że mało nie zasnął ;-)! Może to wina pogody, a może po prostu miałam dobry dzień. Tak czy siak, podsumował – że terapia szokowa w moim przypadku przyniosła rezultat!

Mały dołek..

Nie wiem, czy przez te deszcze, czy tak ogólnie – złapałam małego doła. Krążyły mi po głowie same czarne myśli, że się do jazdy motocyklem nie nadaje, że marzenia są piękniejsze niż ich realizacja, że tak długo to wszystko trwa – a to dopiero początek początku tej motocyklowej drogi… (nie, nie byłam przed okresem ;-)).
Pojechałam się pocieszyć, wsiadając na Stringa, ale padało i jazda też była ostrożna – nie dodała mi „powera”.

Minęły 4 dni, pogoda się poprawiła i pojechałam ponownie potrenować. Odkryłam mały zagajnik leśny i tam znalazłam ten zagubiony sens! Drogi fajne, bo moje opony dawały rade (mało piachu-zabójcy) i trochę pułapek (kałuż, kolein) do ominięcia. To z jednej strony – wyzwanie, bo trzeba dać sobie radę, a z drugiej – ciekawość, co jest dalej i dalej…

Odnalazłam tam tą pewność, że chcę jeździć. Odnalazłam tam też optymizm, że będzie dobrze!