Siódma i ostatnia jazda po mieście

Dopiero na koniec kursu stres przed wyjazdem na miasto mnie trochę opuścił. Pomagało motywowanie typu: – „Co ja nie dam rady? Ja?” ;-). Oj, żeby na egzaminie też to poskutkowało!

Po raz pierwszy zdarzało mi się przekroczyć „przypadkiem” 50 km/h, więc muszę się pilnować na egzaminie i z licznikiem. Po raz pierwszy, świadomie – a nie przypadkiem, starałam się wchodzić w zakręty na przeciwskręcie i z wychyleniem. Pierwsze wrażenie: – „aaaaa, co ja robie? Chyba zamknę oczy!” ;-), drugie wrażenie: – „aaaale zajefajnie i udało się, bo jadę dalej swoim pasem” ;-).

Instruktor chyba opłacił rowerzystów, żebym poćwiczyła wyprzedzanie z przeciwskrętem, wachlowanie głową i kierunkowskazem. Bo co kawałek, to mi się rowerzysta objawiał na trasie – no trening był to dobry!

Na jednej krzyżówce zdecydowanie za długo się „cackałam” z wyjazdem. A na jednym hamowaniu awaryjnym, zapomniałam o pozycji ciała i zaparciu się na kierownicy – co zaskutkowało tym, że motocykl zatrzymał się w miejscu, a moje ciało nadal jechało… Zatrzymała mnie kierownica ;-).

Kurs dobiegł końca, ale jak już będę znała termin egzaminu, to wezmę jeszcze jakieś lekcje jazdy, żeby sobie to wszystko (plac i miasto) powtórzyć. Tymczasem może wreszcie jakiś urlopik? Z motocyklem? 😉

Stresssssss

Kurs nieuchronnie dobiega końca i za jakiś czas (we Wrocławiu ze 2 tygodnie oczekuje się na egzamin) czeka mnie spotkanie oko w oko z… egzaminatorem. Wyobrażam go sobie jako poważnego faceta koło 50-tki, który mówi mało, a jak mówi – to konkretnie. Za próbę żartowania zabija wzrokiem i generalnie nie odpowiada na pytania, jak nie musi ;-). No już samo to wyobrażenie – wywołuje stressssa z lasu.

Jak zdawałam naście lat temu kat. B to za pierwszym podejściem ze stresu nie mogłam wykonać podstawowych czynności. A Pan instruktor na to: „no dziś to chyba nie pojeździmy?” :-).

A jak mówił mi instruktor Waldek – młodzi lepiej znoszą egzaminy, bo mają je w szkołach. A im człowiek starszy, tym trudniej radzi sobie ze stresem egzaminacyjnym.

Pozostaje więc, spróbować ten stres jakoś oswoić. Można go trochę przytłumić wypijając herbatkę z melisą, ale ma to sens na kilka godzin przed punktem kulminacyjnym stresa. W przeciwnym razie trochę otępia ;-). A i warto zadbać o mega dawki magnezu.

Wyjście drugie – uprawiać… jogę ;-). Pomogło mi to przed maturą, zdałam ustne egzaminy śpiewająco, bo generalnie bezstresowo „lałam wodę” ;-). Ale trzeba na to poświęcić trochę czasu – którego nie mam.

Relaksacja, autohipnoza – też dają radę, tylko raczej mam tak, że jeszcze dobrze nie zacznę, a już zasypiam ;-). Nie polecam jakiegoś tam wzmożonego wizualizowania osiągniętego celu – bo jak się go potem nie osiągnie – to niestety dołek z tego powodu jest kilka razy głębszy…

Nie wiem nawet, czy lepiej wziąć urlop na wyciszenie i jednocześnie mieć za dużo czasu na myślenie. Czy lepiej mieć pracą zajęty umysł i wypierać te myśli stresujące.

Poradzicie coś?

Jazda szósta po mieście

Moje wypady na miasto można chyba porównać do jazdy rollercoaster’em. Raz góra, raz dół, raz góra… no i dół!

Kolejną godzinę jazdy miałam zaplanowaną na popołudnie, a że w pracy dzień miałam dość intensywny – to poszłam jeździć z mocno przeciążonym umysłem. Na efekty długo nie trzeba było czekać… Nie ta koncentracja i nie ten refleks!

Błąd, który zapewniłby mi powtórkę egzaminu – to zatrzymanie się na pasach. Jechałam za jakimś dostawczakiem i on zmieścił się między pasami, a krzyżówką – a ja zostałam tylnym kołem na pasach ;-).

Potem, to już była seria mniejszych błędów, czyli za szybko – tam gdzie trzeba wolno, a za wolno – tam gdzie trzeba przygazować. Ot taka odwrotność reakcji mi się włączyła ;-). Plus słabe rozglądanie się i wyprzedzanie rowerzysty bez używania przeciwskrętu.

Po takim dniu, to tylko piwa wypada się napić, żeby o nim zapomnieć… 😉