Wiadomo, i na urlopie trzeba też dbać o urodę! I chyba z tą myślą przewodnią, i chęcią wypróbowania naturalnej maseczki błotnej – wybrałam sobie dziś trasę.
Powiedziałam sobie, że jak przejadę pierwsze bajoro – to jadę dalej. Pierwsze bajoro to był pikuś! Kolejne nie pozostawiło mi złudzeń, że będzie łatwo. Następne – sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać nad powrotem, a jeszcze kolejne już nas rozłożyło – i mnie, i Stringa.
Mnie wywaliło na pobocze, a String wyłożył się na całej szerokości bajora! No i klops! Najpierw wzięłam się za podnoszenie go – a myślicie, że to proste, jak nogi toną w błotnej mazi? A do tego String zamiast łapać pion, to moją siłę wykorzystał do ślizgu w poprzek bajora. Jak już dotarł do jego wysokiej krawędzi – to łaskawie wstał!
Na oponach miał parę centymetrów błota, jedno koło tkwiło w prawej koleinie, drugie w lewej. Pierwsza strategia – spróbować go wypchać na brzeg do lasku. Nie jestem „pakerem” – nie udało mi się! Druga strategia – odpalić i pojechać ;-). Pięknie by było, ale życie to nie bajka!

Dziś poczułam w mięśniach, że jazda w terenie to męski sport. Po powrocie do domu, trzymając kubek z wodą, drżały mi mięśnie całej ręki. A taki kubek to pikuś przy 120 kilogramach, mojego Stringa ;-).






