Nie działo się nic…

11125108_862982307109966_524584944_nOstatni weekend nie był bogaty w przejechane kilometry, może z 200 zrobiłam. Sezon grillowy rozpoczęty, to nie byłam w stanie wstać rano w niedzielę na moto wycieczkę 😉 . Trochę się pokręciłam niedaleko domu i z „litrem” pozwiedzaliśmy jeziorka.

Razem z piękną pogodą na drogi wyległy roznegliżowane nastolatki, a piszę o tym, bo motocykl działa na nie jak afrodyzjak! Ja już rozumiem tych wszystkich wałęsających się bez celu motocyklistów 😉 . Jadę sobie i idzie 5 takich dziewcząt, widzą mnie i już z daleka wywołuję poruszenie. Jestem bliżej i się zaczyna – machanie, wzdychanie, przesyłanie buziaków, podekscytowanie. Ubaw mam niezły! A one dopiero chwilę potem, jak zauważają blond warkocz spod kasku.
Wieczorem tego samego dnia mijam jeszcze dwie, które szybko zamieniają się miejscami, żeby jedna z nich miała do motocykla bliżej (haha) i znów to samo, uśmieszki, gesty zaproszenia.

Chłopaki, do roboty! Tyle dziewczyn czeka! 😉

GSMP Sienna

IMG_20150607_164517W niedzielę tradycyjnie wybrałam się na Górskie Sam. Mistrzostwa Polski w Siennej. Miała być spora ekipa i piknik na łące, ale tak się wykruszyła, że pojechałam tylko ja i Andrzej. Zwykle jeździłam tam bocznymi drogami, ale po przeprawie kilometrowej tego weekendu, już żadna główna droga nie jest mi straszna!

Potem była boska droga w Idzikowie (trzeba koniecznie w przyszłości przejechać się tą całą trasą wyścigu), asfalt idealnie gładki, wąski i kręty. Zerkam w lusterko, widzę Andrzeja i myślę – na bank ma „banana” na twarzy! I faktycznie, jak dojechaliśmy to Andrzej był w siódmym niebie, że TAKIMI zakrętami pomykał. Nie było moich ulubionych policjantów na motocyklach, tylko tacy zwykli – to nie pozwolili nam stanąć najbliżej trasy. Mieliśmy kawałek dalej do pieszej „wspinaczki” na trasę, a po drodze poznaliśmy jakiegoś, tamtejszego motocyklistę i sobie sympatycznie pogadaliśmy.

Galeria Andrzeja Turczyna:

Dojechaliśmy na styk, bo już po drodze na szczyt uciekły nam dwa samochody. Ale podjazdy są dwa, więc było co oglądać. Najpierw rozłożyliśmy się na łączce, gdzie było kupę śmiechu, bo Andrzej miał śliską matę do siedzenia, a ja przebrałam się w cienkie i równe śliskie spodenki, co w połączeniu z nachyleniem łąki – zrobiło niezłą zjeżdżalnię 🙂 .

Na drugi przejazd przeszliśmy na ostry zakręt w lesie, gdzie wcześniej się ktoś nie zmieścił. Jestem tam praktycznie każdego roku i to nie był najbardziej widowiskowy wyścig, ale potrzebowałam takiego pobudzenia moich motorowych zmysłów. Mniejszy ubaw mieliśmy, jak trzeba było znowu wdrapać się się na górę hehe.

Trasa powrotna to te same winkle, ale kilka z górki i uprzedziłam Andrzeja, że będę panikować… No i zauważył, że stopa z górki nadużywam, czyli: „aaaaa za szybko, za szybko, nie zmieszczę się, oooo już dobrze, a może nie, aaaaa za szybko – zahamuję jeszcze raz”, a potem składam się w te 180 stopni i muszę gazu dodać, bo za wolno, oj za wolno! Takie blond dylematy w panice. Cóż ja poradzę, że zakręt z górki jest dziełem szatana! 🙂

Trasa z Bystrzycy była zawalona samochodami (powrót z długiego weekendu) i wielu kierowców nazbyt niebezpiecznie wyprzedzało. Postanowiłam nie wracać ósemką, tylko przewieź Andrzeja przez szczyt lasu i Wojciechowice, które są nieco do Idzikowa podobne. Także znów Andrzej był „uhahany”. Zjedliśmy obiad u mnie w domu, a Andrzej rekordową ilość pierogów mojej mamy, bo niestety nie da się im oprzeć! I jeszcze w planie mieliśmy odwiedzenie kolegi-motocyklisty w pracy, a może bardziej Mariusz chciał pokazać Andrzejowi swoje zabawki strażackie: sikawki, wozy drabiniaste i takie tam 🙂 . Nawet z takim wozem zrobiliśmy sobie motocyklową sesję foto:

Powrotna droga była już prawie po nocy, ósemka się rozluźniła w kierunku Wrocławia, jednak w przeciwnym jechało bardzo dużo tirów. Jechało mi się bardzo źle, bo każdy zakręt w lewo był utrudniony oślepiającym światłem tych wszystkich samochodów. Andrzej ma stonowane tempo to bardzo dobrze nam się razem jechało.

W02_3801Ręka padła, tzn. po tych prawie 500 km w weekend opadła z sił. Jechałam normalnie, jednak czułam, że nie mogę nawet na moment zmienić jej położenia, bo jest bolesna. Dojechałam do Wrocławia na oparach sił, bardzo zmęczona. Po drodze Magda nas przygarnęła na herbatę i lody. Razem z Andrzejem zaproponowali, że mnie autem odwiozą do domu, i Pomidora do garażu odstawią. Także miałam komfort jazdy autem i odpoczynku, tymczasem Pomidor prowadzony przez Andrzeja jechał za nami. Kto to widział, żeby po długim weekendzie musieć jeszcze odpoczywać? 😉 Warto było!

Raj w Rokitkach

Magda i Andrzej zaprosili motocyklistów (i w tym mnie) do domku letniskowego w Rokitkach. Bladego pojęcia nie miałam, jak tam trafić (100-130 km), ale z pomocą przyszła Magda i pojechałyśmy tam razem w piątkowe południe. Koleżanka prowadziła nieco bocznymi trasami, potem nieźle zapchaną drogą ze Środy Śl. i znów mniej uczęszczanymi szlakami. Także trasa urozmaicona, pogoda idealna (ciepła, ale niezbyt gorąco) i towarzystwo fajne. Raz tylko bym wpadła pod auto, bo się wzięło znikąd – patrz w lusterka, „puszki” są wszędzie hehe.

Rokitki to mała miejscowość, trzeba wjechać w malutką uliczkę na której po paru metrach zwinęli asfalt i tam jest już inny świat 😉 . Małe domki wśród drzew i jezior – bajecznie! Musiałyśmy chwilę poczekać na ekipę, bo plażowała od rana i prosto z wody wyskoczyli nam wszyscy na powitanie. Domek piętrowy i było dla nas wystarczająco dużo miejsca i na parkowanie motocykli, ognisko, stół też. Jeszcze dyskotekę można by było tam zrobić 😉 . A obok zejście wprost do jeziora, także można kąpać się pod domem lub iść na sztuczną plażę nieco dalej.

Galeria Andrzeja Turczyna:

Uderzyliśmy na zakupy, a potem już w towarzystwie browarków na małe zwiedzanie okolicy i tych (prawie) dzikich plaż. Wieczorkiem ognisko, kiełbaski i najpyszniejszy na świecie krupnik ugotowany na ogniu! Czas leciał przyjemnie wolno, drzewa dawały przyjemny cień, a przyroda prawdziwy koncert, który trwał całą noc (a myślałam, że jak ze wsi jestem – to jestem przyzwyczajona haha). Czas w miłym towarzystwie tak zleciał, że grubo po północy polegliśmy. Mi się film urwał dopiero koło 4-tej, bo się zapomniałam i strzeliłam kawę o 20 (a po kofeinie w większej dawce mam ADHD). Nad ranem stwierdziłam, że jest tak pięknie na dworze, że spać będę na balkonie, co też uczyniłam. Cudowne miejsce!

IMG_20150606_103858Rano Magda z Andrzejem zrobili olbrzymią jajecznicę z 20 jaj! I chociaż panowała zasada: „Frykasy to w domu”, to gościna była na najwyższym poziomie i śniadanie przy stole na dworze pobija wszystkie, inne sławne śniadania np. u Tiffany’ego 😉 . Potem plażowanie i kąpiele (dla mnie woda jednak za zimna brrrrrr, zmarzluch jestem), grillowanie, wędkowanie i niestety też pora powrotu do domu.

Wracałam znów z „litrem”, bo do Kotliny Kłodzkiej (też 130 km) i w połowie drogi już oczy zaczęły mi się zamykać. Akurat wtedy, jak kolega wymyślił sobie wyprzedzanie. No i macha mi, że wyprzedzamy, a ja odmachuje głową, że NIE i tak sobie korespondowaliśmy, że ze dwa razy gdzieś mi się urwał na moment. Dopiero po przerwie i energetyku nabrałam tempa, i poleciałam już sama ostatni kawałek trasy do domu.