Dwa tygodnie temu wyskoczyliśmy z Emilem na małą wycieczkę do Zamku w Gołuchowie. Pogoda była znośna na początku, ale w połowie trasy dopadł nas porywisty wiatr, a w drodze powrotnej już deszcz. Emil jechał za mną i w pewnym momencie zobaczył Niezidentyfikowany Obiekt Latający, który odpadł z mojego motocykla. Okazało się, że wiatr zerwał mi odblask z kufra. Zanim zawróciłam, to Emil już chodził po rowie i udało mu się brakujący element odnaleźć.
Na zwiedzanie mieliśmy tylko godzinkę, bo zmierzch i zimno szybko teraz zapada. Zamek w Gołuchowie jest dobrze zachowany, a wewnątrz znajduje się oddział poznańskiego muzeum. Podziwiać można to, co się zachowało z wnętrz, zbiory Izabelli Czartoryskiej oraz inne muzealne eksponaty. Pierwszy raz w życiu miałam okazję zobaczyć naczynia i inne rzeczy, pochodzące ze starożytnej Grecji. Zdjęć z wnętrza nie można publikować bez zgody, więc tylko zewnętrzne fotki pokażę.
jhdr
jhdr
jhdr
jhdr
jhdr
jhdr
jhdr_soft
jhdr
jhdr
jhdr
Obok są jeszcze leśne muzea, ale już nie mieliśmy czasu ich oglądać – będzie powód, żeby tam wrócić. Na obiad podjechaliśmy do restauracji przy zameczku w Gutowie. Jest spory teren i dużo zwierząt, a nawet…tygrysy. Nie mieliśmy jednak zbyt wiele czasu i po obiedzie wyruszyliśmy w drogę powrotną, niestety już w zimnie i deszczu.
jhdr
Była też sytuacja mocno stresująca, jak tuż przed motocyklem wyskoczyły mi dwie sarny. Na szczęście ostre użycie hamulców, z lekkim uślizgiem koła – uchroniło mnie od spotkania z nimi. Dalsza trasa też wiodła przez lasy, dlatego jechaliśmy już dużo wolniej, a zmrok złapał nas w połowie drogi. Już bez większych atrakcji, aczkolwiek znacznie przemarznięci, dotarliśmy do domu.
Chwilę mnie nie było, bo miałam urlop. W 2/3 spędziłam go na motocyklu, a po urlopie tak się wszystko ułożyło, że motocykl zmieniłam. Ale po kolei…
Na urlopową wycieczkę wybraliśmy kierunek alpejski. Na początek chciałam spełnić swoje marzenie i zwiedzić „Zamek Łabędzi”, którego zdjęcia od lat mnie zachwycają. Nie szykowałam się jakoś specjalnie, pakowanie zaczęłam w sobotę. Oczywiście otrzymałam na blogu dużo porad dotyczących wyjazdu, trasy, pakowania – część z nich wykorzystałam, a z części się pośmiałam. Bo porady, że mam wziąć kartę płatniczą zamiast namiotu, garnków, czy jedzenia uznałam za zabawne. Skoro je zabieram, to znaczy, że ich potrzebuję i nie mam złotej karty w banku, a jedziemy do krajów, gdzie wszystko kosztuje x4 w stosunku do polskich zarobków.
cof_soft
sdr_soft
jhdr_soft
jhdr_soft
jhdr_soft
sdr_soft
sdr_soft
sdr_soft
Mieliśmy to szczęście, że siostra Emila mieszka pod Monachium i mogliśmy tam kilka nocy spędzić. Do celu jechaliśmy 2 dni z przerwą przy granicy czesko-niemieckiej. We wtorek rano uderzyliśmy w kierunku słynnych zamków Neuschwanstein i Hohenschwangau, na które bilety dobrze jest rezerwować online (minimum 2 dni przed datą przybycia).
Wszystko przez wycieczki i dzikie, kilkugodzinne kolejki do kas w sezonie. Do biletów z rezerwacji kolejka zwykle jest krótsza, a odebrać je trzeba 1,5 h przed czasem zwiedzania, ponieważ potem wpadają w pulę biletów do tej drugiej kolejki. My byliśmy tam we wtorek na koniec wakacji, dlatego kolejka była jedynie na 10 minut stania. Pozostały czas przed zwiedzaniem zamków przeznaczyliśmy na tutejsze muzeum. Wstęp do tych 3 miejsc to koszt 36,50 euro/os. Motocykle zostawiliśmy na płatnym parkingu (3 euro/moto), gdzie pan pozwolił nam też zostawić kaski i kurtki.
cof_soft
sdr_soft
sdr_soft
oznor_soft
dav_soft
sdr_soft
sdr_soft
cof_soft
jhdr_soft
jhdr_soft
Muzeum to głównie historia kolejnych pokoleń władców Bawarii, aż do czasów wojennych. Przy wejściu otrzymuje się słuchawkę z wybranym językiem, a przy każdym eksponacie/portrecie na ścieżce zwiedzania są numery, które po wciśnięciu umożliwiały odsłuchanie opisu do nich. Gdyby ktoś chciał odsłuchać wszystko, to obawiam się, że dwie godziny pobytu tam to za mało. Największe wrażenie zrobiły na mnie przedmioty z zamku, prezenty, jakie władcy otrzymywali i ich szaty. To była tylko zapowiedź tego, jakie wspaniałości są w tych zamkach. Poznałam też z grubsza historię całej rodziny oraz losy Ludwika II, który wymarzył sobie i zbudował „Zamek Łabędzi”.
Jako pierwszy zwiedzaliśmy zamek letni królewskiej rodziny, odnowiony Hohenschwangau. Przy wejściu są bramki i duży wyświetlacz z godzinami wejść, co bardzo ułatwia ogarnięcie takiej masy turystów. Wewnątrz także otrzymuje się słuchawkę w wybranym języku, ale zwiedza się już z przewodnikiem, który ma wszystko ma oko i uruchamia kolejne opisy w słuchawkach turystów, gdy jest na to pora. Przechodziliśmy przez kolejne sale, poziom pokoi królowej i króla. Wszystko cudownie zdobione, niepowtarzalne rękodzieła – bogate i prawdziwie królewskie salony. Niestety wewnątrz nie można robić zdjęć, także musicie mi wierzyć na słowo. Tutaj mieszkał Ludwig II podczas budowy Neuschwanstein i z okien przez lunetę obserwował postępy prac.
jhdr_soft
jhdr_soft
jhdr_soft
jhdr_soft
jhdr_soft
jhdr_soft
jhdr_soft
dav_soft
cof_soft
jhdr_soft
O ile pierwszy zamek był przy miasteczku, tak drugi jest na sporej górze. Można tam dojść pieszo – ok. 20-30 minut wspinania lub pojechać tam autobusem. Oczywiście w ubraniach motocyklowych i przy panującym upale wybraliśmy opcję łatwiejszą za 3 euro w obie strony. Autobus zawiózł nas w okolice słynnego mostu Marienbrücke, z którego rozpościera się górska panorama z zamkiem w samym centrum. Choć ja osobiście wolę zdjęcia, które robione są od frontu zamku ze szczytami w tle.
Tak, to co widzicie na zdjęciu poniżej to kolejka na most. Na szczęście szła szybko, bo w sumie ile można stać nad przepaścią, na drgającym moście, robiąc jedno ujęcie hahah.
oznor_soft
jhdr_soft
Do zamku trzeba było zejść nieco niżej, a tam był podobny system bramki wejściowej i słuchawki z wybranym językiem. Zwiedzanie drugiego zamku też trwało ok. 30 minut. To krótko – zdecydowanie za mało czasu, by obejrzeć te wszystkie wspaniałości. No ale jedna wycieczka depcze po piętach kolejnej, więc to zrozumiałe. W tym całym chaosie, raz po raz, wyłaniały jakieś gwiazdeczki instagrama, by wypiąć tyłek na tle tak pięknej budowli. Ot, taki znak naszych czasów.
Spodziewałam się królewskiego poziomu wewnątrz zamku, ale to co zobaczyłam, faktycznie było wizją szalonego króla, jak nazywano Ludwika II. Zakochany w średniowieczu władca mieszał ze sobą różne style i nie oszczędzał na niczym. Sala tronowa cała w złocie, cudne malowidła na każdej ścianie, bogactwo w każdym, najmniejszym detalu mebli. Moim marzeniem było zobaczyć królewski zamek z wyposażeniem. Piorunujące wrażenie. Chyba to, że nie można robić zdjęć, a zwiedzanie trwa krótko, sprawia, że chce się tam wrócić. Zobaczyć jeszcze raz…
Zawsze w pierwszą sobotę maja jest obchodzony Międzynarodowy Dzień Motocyklistki. U nas w tym roku ta data była nieco niefortunna, ponieważ zlała się z długim weekendem i zalała strumieniami deszczu i zimna. Ale ucieszyłam się, że wrocławska fundacja Moto Dolls zapowiedziała babską wycieczkę motocyklową na 11 maja.
Na zbiórce pod sklepem 4Slidery zebrało się 10 motocykli, a w tym jeden męski rodzynek. W tym roku motocyklowe księżniczki wyjechały do Pałacu Ziemiełowice. Trasa trwała ok. godziny czasu i trafiły się też niespodziewane atrakcje w postaci kilku-kilometrowej drogi szutrowej 🙂 w ramach skrótu.
Pałac Ziemiełowice to budynek z ogrodem, który należy do prywatnych właścicieli od 2006 roku i na co dzień jest zamknięty. Z właścicielem można się kontaktować przez facebook’owy profil i tak udało się dziewczynom poprosić Pana o oprowadzenie nas po pałacu.
sdr_soft
sdr_soft
dav_soft
Pałac był majątkiem ziemskim i pod opieką różnych właścicieli był zmieniany i rozbudowywany. Dlatego też w jego architekturze przeplatają się różne style. Mimo swej wielkości, najdłużej obiekt zamieszkiwała tylko 3-osobowa rodzina.
cof_soft
sdr_soft
sdr_soft
sdr_soft
cof_soft
sdr_soft
oznor_soft
cof_soft
dav_soft
dav_soft
mde_soft
dav_soft
sdr_soft
cof_soft
cof_soft
cof_soft
Obecni właściciele włożyli wiele zasobów finansowych i czasu, by przywrócić i zrekonstruować obraz pałacu sprzed lat. W międzyczasie był rozgrabiony, podniszczyła go też woda i ogień. Parter jest już odnowiony i częściowo umeblowany, a na piętrze nadal trwają prace remontowe. Pałac zrobił na nas wrażenie, właściciel również, bo zależy mu na zachowaniu pałacu dla przyszłych pokoleń.
oznor_soft
cof_soft
sdr_soft
Po zwiedzaniu udaliśmy się na szybki obiad, wyszło tak, że na Orlenie haha, a potem pojechaliśmy na kawę do fajnej restauracji przy stadninie konnej. Wracaliśmy już bardziej głównymi trasami, by zwieńczyć nasze święto grillem przy sklepie 4Slidery.