Moto-Chorwacja: dzień 8 i 9, Balaton

Kolejnego dnia udaliśmy się w stronę granicy węgierskiej. Zmęczenie dopadło mnie straszne, psychiczne i fizyczne. Ostatnie zakręty przed granicą przejeżdżałam na wprost, albo na kwadratowo, jeżeli tylko nic z przeciwnej strony nie jechało. Nie wiedziałam, że można czuć takie zmęczenie, by nie mieć siły się składać w zakrętach haha.

Na granicy dokumenty nasze i motocykli zostały sprawdzone przez policjantów z obu krajów. Zatrzymaliśmy się w cieniu na pauzę i pan z posterunku podszedł do nas, spytać czy wszystko OK i nawet zaproponował nam sprawdzone miejsce na obiad.

Na Węgrzech urzekło mnie zachowanie motocyklistów, którzy witali nas uniesioną dłonią z daleka. Drogi węgierskie całkiem nam przypominały polskie, czasem gładkie (zwykle na skrzyżowaniach z większą drogą), ale częściej łata na łacie, koleiny i wyboje. Wszędzie sporo wozów policyjnych i ustawionych nad drogą, olbrzymich fotoradarów. Ale nie narzekaliśmy, bo w tym kraju chociaż było nas stać na jedzenie: obiad dwudaniowy, mięsny z napojami i kawą dodatkowo, dla dwóch osób kosztował ok. 70 zł. Testowaliśmy słynne, węgierskie gulasze, choć ciężko tu było coś wybrać z menu, bo język węgierski w mowie i w piśmie nie jest łatwy, raczej zupełnie niezrozumiały.

No i upolowaliśmy dwie (niebieska z Chorwacji, zielona z Węgier), bardzo zabawne z punku widzenia naszego języka, tablice:

Dotarliśmy do Balatonu, który pierwszego dnia jakoś nas nie zachwycił, zapewne to dlatego, że mieliśmy w głowie jeszcze cudowne widoki z Chorwacji. Znaleźliśmy pole namiotowe Tomaj Camping w dobrej cenie, dobrą oceną w necie też, jednak w weekend chyba tam nikt nie sprzątał, bo warunki w łazienkach były masakryczne. Narozlewana woda, trupy owadów wszędzie i generalnie słabo z czystością. Zostaliśmy nad jeziorem jeden dzień dłużej, to już obsługa nieco ten bajzel ogarnęła.

Namiot rozbiliśmy blisko wody, niedaleko był bar z posiłkami i napojami, bujane ławki na łańcuchach i niestety nieczynne już molo. W nocy spałam słabo, bo zaczęło lać i grzmieć, a wiadomo, jak to w namiocie – wszystkie dźwięki są jeszcze bardziej wyostrzone. Kolejna burza przeszła bokiem ok. 4 rano. Poranek powitał nas na szczęście czystym niebem, skusiliśmy się nawet na zamówienie jajecznicy i kawkę nad wodą. Dzień ten przeznaczyliśmy na straty haha, czyli na odpoczynek a nie jazdę, bo bardzo tego potrzebowaliśmy. Moja chora ręka też już była zajechana, a przed nami zostały dwa dni po prawie 400 kilometrów.

Odpoczęliśmy po śniadaniu i dotarło do mnie, że mam nic nie robić? Ale jak to? Haha Zaraz wszystko przemyślałam i zaczęłam namawiać Emila, że skoro jutro trzeba przejechać całą Słowację, to my nic z tego Balatonu nie zobaczymy! Wniosek – trzeba go obejrzeć teraz, już, zaraz 🙂 . Emil początkowo był przeciwny, mówił, że mogę pojechać przecież sama. Ale już po chwili zmienił zdanie i stwierdził, że w sumie do Balatonfured, te 40 km, można by się przejechać na jednym motocyklu. I tak to zamiast leżenia plackiem na plaży, znów byliśmy na motocyklu – to już chyba uzależnienie?

Dojechaliśmy do jakiegoś deptaka z pamiątkami, gdzie zaparkowaliśmy i tam też zaopatrzyliśmy się w upominki dla rodziny i znajomych (a dla niektórych już wieźliśmy Proseco z Chorwacji). Przespacerowaliśmy się promenadą i doszliśmy do małego portu, kupiliśmy sobie lody. Wszystkie plaże były prywatne i odpłatne, ale fajne jest to, że do miasteczek przy jeziorze można dojechać pociągiem.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy fajnych koniach z drewnianych klepek i militarnym muzeum. Ruch był spory i markety pozamykane, bo się okazało, że w poniedziałek jest u nich jakieś narodowe święto. Udało nam się dorwać mały sklepik, ale Emil przyniósł piwo, zamiast chleba, mówiąc że zakupy alkoholowe wychodzą mu najlepiej. Patrzę, a on niesie Radlery 0%, czyli chyba jednak nie! Haha W kolejnym sklepie udało się już kupić cudny, prawdziwy, długo świeży i mięsisty węgierski chleb oraz białego, półsłodkiego Tokaja na wieczór.

A wieczór był cudny! Zjedliśmy późny obiad, wzięliśmy sobie Tokaja na tą bujaną ławeczkę i wreszcie luuuuuzik. Woda Balatonu jest niby turkusowa z daleka, ale z bliska mocno mętna, a po wejściu do niej już całkiem brunatna. Tuż przed snem Emil mi przypomniał, że miałam zszyć żabę, bo jej głowa odpadła. Wyciągnęłam mini zestaw z igłami, zszyłam i poszłam spać. Rano się okazało, że Żaba Frania ma plecy z przodu! I chyba z tego powodu żaby w szuwarach tak rechotały głośno całą noc haha.

Moto-Chorwacja: dzień 7, Park Narodowy Jezior Plitwickich

Kolejnego dnia naszej wycieczki stała się rzecz niebywała – pojechałam motocyklem bez kompletnego stroju, pierwszy raz w życiu! Oczywiście nie polecam naśladowania i moje samopoczucie na motocyklu bez ubrania, też było okropne. Jechało mi się źle i bardzo niepewnie, żar z silnika buchał na łydki i generalnie miałam stresa, bo zawsze mam strój na motocyklu. Wszystko dlatego, że był upał, do przejechania jedynie 7 kilometrów, a do chodzenia ok. 4,5 godziny. Samobójstwem byłoby więc zwiedzanie Parku Narodowego Jezior Plitwickich w całym rynsztunku. Dzięki uprzejmości pani, u której wynajmowaliśmy pokój, mogliśmy zostawić nasz dobytek u niej.

Na to zwiedzanie przypadła sobota, więc obłożenie turystyczne było znaczne. Czekaliśmy w kolejce po bilety dłuższą chwilę, a kolejka rosła i rosła, aż zrobił się z tego niezły wąż. Mnóstwo przewodników wycieczek z kolorowymi parasolkami, żeby za tym punktem podążały ich „owieczki”. Na koniec się okazało, że nie można płacić w euro, ani kartą i pani odesłała Emila do kantoru obok (ceny to ok. 60 zł/os, a w sezonie będzie już 100 zł). Na szczęście do kasy mógł wrócić bez kolejki.

Park robi mega wrażenie, jest tam idealnie czysto, żadnych śmieci i zanieczyszczeń – woda krystaliczna! Natura w czystej postaci, a wśród niej drewniane deptaki, głównie bez barierek (jedynie przez przejściach w górę były), którymi podążają tłumy turystów. Jedna osoba robiąca zdjęcie potrafiła zrobić korek w poruszaniu się na kilka minut. Strach pomyśleć, co tam się dzieje w pełnym sezonie! Szybko dotarło do nas, że sukcesem będzie takie wyprzedzenie zbiorowych wycieczek, by spacerować już w grupie pojedynczych turystów.

Park składa się z kilku jezior położonych piętrowo, dzięki czemu woda przemieszcza się z najwyższego jeziora do niższych, tworząc bajeczne wodospady w skałach, kępach traw, a nawet na całej powierzchni lasu. Woda zmieniała swój kolor, ryby pływały blisko kładek, a wszystko, nawet na dnie – było doskonale widoczne. Cuda natury! Dotarliśmy do punktu, gdzie kolejny odcinek powinniśmy pokonać statkiem. Jednak, gdy zobaczyliśmy tą gigantyczną kolejkę do statków, w pełnym słońcu – to postanowiliśmy zrobić sobie pauzę na drugie śniadanie, a potem trasę tą przejść jednak pieszo. Mieliśmy moment zwątpienia, że to bardzo daleko, ale ścieżka wzdłuż jeziora była zacieniona i jakoś pół godzinki nam zajął ten średniej prędkości marsz. Przez chwilę grzmiało i szły czarne chmury, ale na szczęście wiatr je przegnał bokiem.

Dotarliśmy do punktu, gdzie musieliśmy jednak poczekać na malutką przeprawę statkiem, by kontynuować trasę. Tutaj statki kursowały zdecydowanie częściej, więc i czekania nie było dużo. Mogliśmy dotrzeć spacerkiem, kładeczkami do najwyższych jezior.

Drogę powrotną zaplanowaliśmy specjalnymi wagonikami z jedną przesiadką (statki i wagoniki są bez dodatkowych opłat), bo nogi już nieźle bolały, szczególnie, że chodziliśmy cały czas w tych naszych bucikach do wody 😉 . Pojazd jechał powoli, bo wciąż po leśnych serpentynach.

Gdy wysiedliśmy z drugiego pociągu, Emil wpadł w panikę, mówił „no zabijesz mnie!” i zaczął wracać tą samą drogą, mocno czegoś na ziemi wypatrując. Już myślałam, że zgubił dokumenty, a on zgubił Żabę Franię, która w jego kasku obeszła cały park! Gdy wsiadł do wagonika, to kask położył na kolanach i prawdopodobnie wtedy żaba wyleciała. Szybko wskoczył do naszego wagonu, załadowanego już w drogę powrotną na szczyt i na szczęście wypatrzył żabę pod nogami turystów. Ledwo wysiadł z nią przed zamknięciem drzwi wagonu. Oddał mi ją z ulgą i stwierdził, że przecież żaba musi z nami skończyć tą wycieczkę! Uśmialiśmy się i wróciliśmy na parking, rzucając okiem z góry na panoramę parku.

Wychodząc postanowiliśmy coś zjeść i dosiadła się do nas para z Kazachstanu. Sympatycznie sobie pogadaliśmy o naszej pasji motocyklowej głównie i wskazaliśmy im kilka miejsc, które warto zobaczyć. Pani stwierdziła, że po rosyjsku to z każdym słowackim językiem da się pogadać. Po powrocie załadowaliśmy torby na motocykle i ruszyliśmy na nocleg do sprawdzonego już Camp Zadar, który nas w Chorwacji witał i żegnał.

Moto-Chorwacja: dzień 6, droga numer 1

Trafiliśmy do punktu docelowego i trzeba było rozpocząć drogą powrotną trasą numer 1. Początkowo chcieliśmy dotrzeć do niej górską drogą, ale prognozy pogody straszyły nagłymi ulewami, więc zdecydowaliśmy, że wrócimy kawałek ósemką, by potem wpaść na jedynkę (ok 300 km). Dzięki temu mogliśmy jeszcze na chwilę zatrzymać się w Omiś, gdzie zachwyciły mnie fajne wieże wkomponowane w skały, stare budownictwo i wąskie uliczki.

Trasa nr 1 jest początkowo bardzo szeroka, prosta i kilka razy można przejechać się tunelami w skale, co było fajnym doświadczeniem. Byłam nieco zaniepokojona, że tak ma wyglądać ta droga powrotna, ale na szczęście później już było o wiele lepiej. Droga zrobiła się węższa i bardzo kręta, przy czym zakręty te miały zawsze bardzo bezpieczny profil i nawet jak wpadało się w zakręt 180 stopni – to był on poprowadzony na tak dużej powierzchni, że można śmiało i szybko go przejechać. To dawna, główna droga w Chorwacji, więc musiała być bezpieczniejsza, niż pozostałe i mieć dobrą nawierzchnię. Okolice jej były mocno wyludnione, dużo walących się chałup i ruin, bardzo mało stacji benzynowych (warto o tym pamiętać i zatankować na początku!), mało handlu. Widoki nie tak powalające jak przy wybrzeżu, ale góry wzdłuż trasy i ciągnące się przez kilkanaście kilometrów jezioro, też robiły wrażenie.

W czasie pokonywania pierwszych serpentyn spadło na mnie kilka kropli deszczu, a już w kolejnym zakręcie pod Sinj rozpętała się taka pompa z nieba, że zwolnić trzeba było do 40 km/h i w jednej chwili byłam już przemoczona do majtek! Nie ubrałam membran, bo było upalnie, a na wciągnięcie stroju przeciwdeszczowego nie było czasu, bo wszystko trwało kilka minut. Najlepsze jest to, że przed nami i za nami niebo nadal było błękitne i świeciło słońce! Emil zatrzymał się w zatoczce dla autobusów i spytał, co robimy? Postanowiliśmy jechać dalej, żeby wyprzedzić tą paskudną chmurę i zrobić pauzę przy jeziorze, które mieliśmy na trasie.

Skręciliśmy w pierwszą drogę, która prowadziła w stronę jeziora i był to świetny pomysł, bo potem między jeziorem a drogą wyrosła wielka skarpa, i zjazdów do wody już nie było. Po chwili skończył nam się asfalt i lekkim szuterkiem dotarliśmy do przecudnego jeziora. Krystalicznie czystego, otoczonego górami, cichego i odludnego. Genialne miejsce! Tam zjedliśmy drugie śniadanie, a ja postanowiłam przebrać bieliznę na suchą i jednak ubrać te membrany, żeby się odseparować od całkiem przemoczonego stroju. I słusznie, bo im dalej jechaliśmy, tym chłodniej się też robiło, a deszczowe chmury wciąż nas goniły i było słychać grzmoty w oddali. Zrezygnowaliśmy później z dłuższych postojów.

Po drodze trafiła nam się jakaś remontowa mijanka ze światłami i obok nas na chodniku zatrzymał się „Pan Żul” tamtejszy, już nieco wstawiony, więc rower swój prowadził. No i pokazuje nam na migi, że mamy super motocykle. Potem pokazuje na swój rower, że ten to do kitu jest, bo pedałować trzeba. Ale! Tu podniósł rękę w geście wykrzyknika i wskazał na samochód przed nami. Tamten pojazd jest jego zdaniem jeszcze lepszy, bo nie pada na głowę (co pokazał również) i zimno nie jest, ani za gorąco. To był świetny monolog ręczny i dawno się tak nie uśmiałam 😉 .

Przejechanie trasy poszło nam nawet szybko. Kierowcy innych pojazdów nie sprawiali nam problemów, jeden tylko wyjechał mi na czołówkę, wyprzedzając w zakręcie. Fakt, że na krętych drogach Chorwacji miejsc na wyprzedzenie jest niewiele. Spotkaliśmy też grupę włoskich motocyklistów, którzy wyprzedzali tak niebezpiecznie, że aż ciary mi przeszły po plecach. Jadąc przez kraje sąsiednie to ja byłam gwiazdą – jako kobieta na motocyklu, jednak w Chorwacji gwiazdą był zdecydowanie Emil, z tego względu, że na ścigaczu z bagażami, uprawia turystykę 😉 .

Dotarliśmy do miejsca naszego noclegu, które znaleźliśmy na szybko i w dobrej cenie na booking.com. Przeczytaliśmy opinie, że pani w Guesthouse Pavlicic (miejscowość Dreznik Grad), która wynajmuje pokoje jest bardzo sympatyczna, więc mieliśmy nadzieję, że pozwoli nam zostawić cały dobytek w pokoju, gdy pójdziemy zwiedzać na prawie cały, kolejny dzień. Gdy tylko zaparkowaliśmy i zabraliśmy się do wnoszenia bagażu – to zaczęło padać i grzmieć z oddali. Na chwilę też straciliśmy prąd w pokoju. Mieliśmy szczęście i udało nam się skutecznie odjechać kolejnej ulewie.

Jak przestało padać, to wybraliśmy się na mały spacer po okolicy, bo zainteresowała nas tabliczka pod naszym noclegiem, że niedaleko mamy jakąś wieżę. Niestety spóźniliśmy się i już była zamknięta dla zwiedzających. Myśleliśmy o jakimś późnym obiedzie, a właścicielka jakby czytała nam w myślach, bo przyniosła nam do pokoju cudowne naleśniki z dżemem! Po paru dniach marketowego żywienia, wcinaliśmy je, aż się uszy trzęsły haha.

Spaliśmy obok drogi, która była objazdem dla ciężarówek, ale nie to było najgorsze. Najgorszy był kościół po drugiej stronie drogi! Wyobrażacie sobie, że dzwony biły tam co 15 minut i to przez całą noc również! Masakra jakaś! Musieliśmy całkiem pozamykać okna, żeby jakoś dało się spać. Pani nam tłumaczyła, że to jakiś zwyczaj w związku ze zbliżającym się świętem.