Moto-Chorwacja: dzień 5, czyżby wreszcie jakieś plażowanie? ;-)

Celem kolejnego dnia w podróży była Baśka Voda, czyli najniższy punkt Chorwacji, jaki mieliśmy czas osiągnąć i tam też po raz pierwszy mieliśmy wygospodarować popołudnie na jakieś plażowanie. Na ten dzień w planie było jedynie 80 km, ale po drodze małe zwiedzanie w Splicie.

Zaczęliśmy jednak od kontynuacji zwiedzania Trogiru i czekał nas mały szok. Miasteczko niewielkie, kilka ulic, a rano rozgrywał się tam jakiś horror! Wielki korek, niekończące się ciągi aut i autobusów oraz niezważających kompletnie na nic skuterów. Leciały na czołówkę, po wszelkich ciągłych i wciskały się w każdą dziurę – strach było wykonać jakiś manewr, bo one były wszędzie! Kompletny chaos! Ulżyło mi, jak w końcu zaparkowaliśmy pod promenadą. Pospacerowaliśmy nieco, podziwiając stare mury miasta i przez przypadek staliśmy się atrakcją turystyczną dla skośnookich turystów, którzy zapragnęli mieć zdjęcia z motocyklistami z Europy 🙂 .

Chcieliśmy zobaczyć Pałac Dioklecjana w Splicie, ale zaparkowanie w tym mieście wcale nie jest takie łatwe. Ktoś nas jednak sympatycznie zaczepił i podpowiedział, żebyśmy podjechali pod płatny parking, bo tam jest krótszy szlaban i mała uliczka, gdzie mogą parkować skutery i motocykle. Na dziedziniec pałacu szło się przez kamienne, zimne korytarze, gdzie kwitł handel turystyczny (nie różniący się zbytnio od polskich straganów). Obejrzeliśmy pałac z grubsza, bo w pewnym momencie zaatakowała to miejsce taka ilość wycieczek (w tym młodzieży z Polski), że odechciało nam się tam dalej chodzić. Potem pojechaliśmy pod salon chorwackiej Yamahy, żeby się przywitać z tamtym oddziałem i strzelić pamiątkową fotkę.

Jechaliśmy we dwójkę, ścigacz + naked. Emil na Kawasaki ZX10 miał nawigację, więc zawsze prowadził tam, gdzie trasa wymagała zmiany kierunków, a w szczególności przez większe miasta, gdzie zgubić się można w 5 minut. Gdy było sporo wyprzedzania to prowadziłam ja, z tego względu, że Emil mniej miejsca i czasu potrzebował na taki manewr swoim motocyklem i jak się czasem rozbujał – to już po chwili był 5 samochodów przede mną. Jak ja wyprzedzałam pierwsza, to on na luzie mnie doganiał. Gdy lecieliśmy po zakrętach i serpentynach to układ był różny. Czasem prowadziłam ja, a Emil robił sobie odstęp na szybsze wchodzenie w zakręty, a czasem zasuwał przodem i na kawałku prostej toczył się, aż do niego dojadę. Jak byliśmy zmęczeni to już jechaliśmy razem równym tempem do celu.

Nauczyłam się przez te 6 lat jazdy motocyklem, by nigdy nie kopiować ruchów motocyklisty przede mną, bo czasem w swoim manewrowaniu bierze on pod uwagę jedynie swoje warunki, a nie to, czy zdążę też ja. Więc zawsze przy włączaniu się do ruchu, wyprzedzaniu, zmianie pasa, wchodzeniu w zakręt – wymierzam czas i miejsce na ten manewr samodzielnie. Gdybym wchodziła w zakręty i wyprzedzała w tempie motocykla Emila, to mogłabym tej wycieczki nie ukończyć 😉 .

Niby niewiele tego dnia robiliśmy, ale na docelowe Basko Polje dotarliśmy po godzinie 15. Ta część trasy była też już bardzo ruchliwa, bardzo dużo turystów podążało w stronę Makarskiej. Marzyło nam się pole namiotowe blisko wody i o tym zapewniał nas pan w recepcji. Okazało się jednak, że pole jest daleko od wody, wraca się pod górkę betonowym szlakiem, nie jest tam przyjemnie i jakoś ciemno. Bliżej były takie małe bloki z pokojami. Podjechaliśmy spytać o miejsce tam, ale ponoć już żadnego nie było dla gości. Na miejscu spotkaliśmy też grupę Polaków z Sulechowa, którzy w sumie wybierali się na lepsze pole w Krvavicy, ale auto im się zepsuło właśnie tutaj. Postanowiliśmy więc sprawdzić te polecane pole, kilka kilometrów dalej.

Autocamp Krvavica to malutkie pole, ale chyba najfajniejsze z dotychczas odwiedzonych. Recepcja była otwarta dopiero od 17 i Emil już mało nie dostał wścieklizny, bo z połowy dnia na leżakowanie został już nam jedynie wieczór. Całe pole jest podzielone na piętrowe placyki, rozdzielone kamiennymi murkami, a na każdym stolik i dwa krzesła. Łazienka niby mała, ale blisko. Były sznurki do robienia prania, to na późny wieczór już sobie to zaplanowałam (nie miałam motywacji na robienie prania codziennie, a zapasy bielizny właśnie się skończyły haha). Po rozbiciu obozowiska poszliśmy na pobliską plażę i obejrzeć małą marinę.

W międzyczasie zaczęły nas dopadać jakieś sensacje żołądkowe i z mojej, podręcznej apteczki przydała się Smecta. Próbowaliśmy przeanalizować, co nam mogło zaszkodzić i po wnikliwej analizie okazało się, że to… woda! Emil zakupił wodę z wysoką ilością minerałów, która wydawała nam się genialnym wyborem na upały i groźbę odwodnienia. Zdziwiliśmy się wprawdzie, że z boku butelki jest miarka z milimetrami, ale nie doczytaliśmy etykiety. Można jej wypić 300 ml dziennie, a my wypiliśmy po 2 litry na głowę haha. Na same wspomnienie smaku tej wody mnie teraz odrzuca 🙂 .

Wieczorem byliśmy podjadani tym, że wreszcie wykąpiemy się w Adriatyku, oczywiście wyposażeni w buty do wody. No i? Masakra! Woda lodowata, kamienie niewygodne do chodzenia i momentami zasypujące stopy. Emil się zaparł i jednak wykąpał, ja stwierdziłam, że moje kolana takiej krioterapii nie przeżyją i pozostałam na płyciźnie. Miejsce fajnie urządzone, więc pozostawiło miłe wspomnienia, a Emil już się nie domagał tak tego plażowania. Ja to nawet stwierdziłam, że zdecydowanie wolę jeździć motocyklem. Kolejnego dnia wyskoczyliśmy tylko na moment pożegnać plażę i pokazać, jak z niej najlepiej się korzysta haha.

Moto-Chorwacja: dzień 4

Kolejny dzień podróży zaczął się wyjątkowo zaskakująco. Ruszyliśmy i przez dłuższą chwilę musieliśmy jechać za samochodem ciężarowym (nie było możliwości wyprzedzenia), aż tu nagle z jego dachu zaatakowały nas czarne, foliowe worki! Czujecie, jaka to trauma dla motocyklisty? Czarny worek kojarzy się raczej jednoznacznie… My raczej skupialiśmy się na tym, żeby wykalkulować, jak ten worek leci i ominąć go na tyle, by nie wpadł na nas, albo nie wkręcił się gdzieś w koła! Później Emil zdążył wyprzedzić to auto, a ja musiałam odeprzeć kolejny atak, zanim też to zrobiłam.

Mieliśmy też awaryjne hamowanie: raz przy owcach, raz kozach i raz owczarkach na środku drogi, wcale nie kwapiących się, by z niej zejść oraz spotkaliśmy na swojej drodze zabójczy autobus (turystyczny, chorwacki), który nie uznawał żadnych ograniczeń prędkości w terenie zabudowanym. Jak Emil go wyprzedził, to wściekł się jeszcze bardziej, zajeżdżając mi drogę przy każdej próbie wyprzedzenia go! Psychol jakiś! Znalazłam jednak na niego sposób i ominęłam go na luzie, jak czekał w kolejce na zielone światło haha.

Z Nin udaliśmy się na wyspę Muter, gdzie zatrzymaliśmy się w cudownej uliczce i ze stopami w wodzie zjedliśmy drugie śniadanko. Trudno było się zorientować, że się na jakąś wyspę wjechało, bo cały czas były zabudowania. Następnie zatrzymaliśmy się w Szybeniku przy wybrzeżu i na chwilę obok historycznej twierdzy Św. Mikołaja na szczycie miasta.

Drogi są tutaj w dobrym stanie, ale w co niektórych miastach jest taki jasny asfalt z dużą ilością kamyczków, jednak nie szorstki a bardzo śliski, jak lód! W czasie zatrzymania, stopy same nam odjeżdżały, więc nauczyliśmy się, że trzeba zachować na nim ostrożność. W upale niebezpieczne też były takie łączenia pęknięć czarnym asfaltem. Po nagrzaniu, najazd na tą linię powodował uślizg koła, profilaktycznie wszystkie więc omijaliśmy.

Kolejnym punktem miały być wodospady Krka, jednak dotrzeć do nich wcale nie było łatwo, bo droga była w remoncie, wielki zakaz, a objazdu brak! Kręciliśmy się po okolicy, próbując skręcić w inne drogi, jednak żadna nie prowadziła do tego celu, choć były urocze. Wróciliśmy do punktu wyjścia. Emil podpytał ludzi z okolicy, jak tam dojechać i okazało się, że za zakaz się wjeżdża i potem skręca w jakieś mini uliczki przez podwórka. Za nami pojechały też dwa motocykle niemieckie, jednak jakoś nie chcieli się z nami zaprzyjaźnić. Po dotarciu do celu okazało się, że ani wody, ani wodospadów nie widać, trzeba się nieco więcej nachodzić, a nie byliśmy na to przygotowani. Było późno, było zbyt gorąco, by chodzić w motocyklowych ciuchach i nie chcieliśmy całego dobytku zostawiać bez opieki. No nic, został nam jakiś punkt do zaliczenia na kolejną wizytę w Chorwacji.

Droga 8 nie zawsze idzie wzdłuż wybrzeża i na chwilę znaleźliśmy się też w pięknych górach. Normalnie jakby ktoś je wyłożył równym zielonym dywanem. Miałam tam też przygodę. Zatrzymałam się, żeby zrobić zdjęcie, a Emil zauważył, że jedzie autobus to dobrze by było włączyć się do ruchu przed nim (bo ciężko wyprzedzać, jak ciągle zakręty). To ruszyłam, a nie zauważyłam, że nie mam stopki złożonej! Motocykl odpalił na sekundę i zaraz zgasł, a ja nie wiedziałam co mu się stało. Emil zaczął trąbić, że mam stopkę, autobus za nami, droga kręta z górki! Tak mi ciśnienie skoczyło, że zjechałam na pobocze, żeby odetchnąć i ruszyć od nowa.

Tego dnia zrobiliśmy jedynie 180 km, a naszym celem było pole namiotowe Camping Rozac. Wjechaliśmy tam przez Trogir, który strasznie nam się spodobał! Duża promenada pod palmami zakończona twierdzą, bardzo stare budynki, rynek i klimatowe, wąskie uliczki. Było już późno, robiło się szaro, to postanowiliśmy odwiedzić to miejsce dnia następnego.

Ten kemping był jednym z lepszych, na których spaliśmy. Czysty, zadbany, z dużą ilością kabin prysznicowych, otoczony z jednej strony plażą, a z drugiej zatoczką. Jedyną wadą był hałas dobiegający z drogi do późnej nocy. Zaprzyjaźniliśmy się tam z parą spod Lipska, która przyjechała na wakacje z trzema synami. Na widok motocykli dzieciaki oszalały z radości i tak się rozwinęła nasza jednonocna, sympatyczna znajomość. Najmłodszy, zwany przez rodziców „kamikaze”, najbardziej rozrabiał, ale jak przyszło co do czego, to jako jedyny nie odważył się usiąść na motocykl.

Moto-Chorwacja: dzień 3, mamy Adriatyk :-)

W domu ciężko mi wstać wcześnie rano, gdy mam dzień wolny. Jednak podczas wyjazdu jakoś tak naturalnie wychodziło nam wstawanie 6.30-7.00, co jednak nie znaczy, że po 8 już ruszaliśmy haha. Mieliśmy taką zasadę, że rano nic nas nie goni. Czyli na spokojnie łazienka, robienie śniadanka i osobno kanapek na drugie śniadanie, kawka, herbatka, a na koniec pakowanie sakw i namiotu. Zwykle schodziło nam do 9-10 godziny. W Chorwacji było to równoznaczne z temperaturą ok. 29 stopni, więc na końcu przyśpieszaliśmy, żeby wreszcie wsiąść na motocykle i poczuć przyjemny wiaterek.

Rozpoczęliśmy kolejny dzień jazdy, ponad 300 kilometrów z metą w Nin. Poruszaliśmy się drogą 23, która była genialna! Kręta, równa, pełna podjazdów i zjazdów. Na szczycie zatrzymaliśmy się na pauzę koło małego źródełka, skąd wielu kierowców czerpało wodę do picia. Przed nami było wciąż mnóstwo zakrętów i wiele opatrzonym moim ulubionym znakiem „Serpentina”, bardzo chciałam mieć fotkę z tym znakiem, ale niestety zawsze stały w takich miejscach, że groziło by to katastrofą w ruchu lądowym 😉 .


W połowie pokonywania kolejnej serpentyny, otworzyła się przede mną cudna panorama na Adriatyk, który zobaczyć mogłam pierwszy raz w życiu. Zaczęłam krzyczeć w kasku z radości i serce mało mi nie pękło, że nie mam gdzie się tam zatrzymać. Zjechałam nieco niżej, zatrzymałam się i poczekałam na Emila (on puścił przodem kilka ciężarówek, żeby mieć możliwość poskładania się w zakrętach w szybszym tempie), żeby go namówić na powrót w tamto miejsce. Na szczęście okazało się, że jadąc pod górę jest tam mała zatoczka widokowa i mogliśmy zrobić sobie pierwszą sesję z chorwackim wybrzeżem w tle.

Dojechaliśmy do drogi numer 8, która jest przepiękna ze względu na widoki, jak i ilość zakrętów. Masa zakrętów, do znudzenia – 50km/h na zakręcie w prawo wewnątrz lądu i 70 km/h na zakręcie w lewo na zewnątrz, na zmianę wciąż i wciąż… A prawej stronie Adriatyk, cudne skalne wyspy, a czasem wielkie przepaście. Emil się śmiał, że zawsze jadę bliżej środka jezdni zakręty w lewo i widać to było nawet po śladach na tylnej oponie Yamahy. Robiłam to jakoś odruchowo, broniąc się przed zbliżaniem się do tej bezkresnej przestrzeni 🙂 . Najbardziej żałowałam potem, że nie założyłam w tym czasie kamerki na kask, byłaby moc z widoków i zakrętów!

Ruchu nie było wcale! Byliśmy tylko my, droga i widoki! (dopiero bliżej Makarskiej ruch był spory) Początkowo zatrzymywaliśmy się co chwilę, potem już się nieco z tym pięknem oswoiliśmy i zatrzymywaliśmy się w miejscach wybitnie robiących wrażenie. Z czasem jednak było ich też mniej. Mogliśmy jechać nieco szybciej, bo dopadło nas późne popołudnie, a do celu nadal 150 km! Jednak ta górna część drogi 8 z Senj pozostała najcudowniejszym fragmentem naszej podróży.

Z założenia żywiliśmy się podczas pobytu w Chorwacji w marketach, na pełne posiłki w knajpach nie było nas stać (raz 2 hamburgery za 70 zł i ryba z frytkami + karczek za 100 zł ostudziły nasz apetyt). Podczas upału też, nie chciało nam się jeść czegoś gorącego, zwykle jakieś serki, jogurty, rybka w pomidorach itp. A czasem to dopiero wieczorem orientowaliśmy się, że nie robiliśmy pauzy obiadowej wcale. Zwykle listę zakupów, która obejmowała rzeczy na kolację i dwa śniadania, ustalaliśmy razem, potem Emil je robił, a ja zostawałam z motocyklami i bagażem. Raz na zakupy poszłam ja i pech chciał, że kasa sklepowa nie chciała przyjąć mojej karty (choć płaciłam nią wszędzie za paliwo). Zaczęłam dzwonić po Emila, a ten akurat urządzał sobie pogaduchy z kolegą przez telefon! Poprosiłam o kolejną próbę i udało się, ale korek w kolejce zrobiłam niezły! I to był ostatni raz, kiedy dałam się namówić na robienie zakupów 😉 .

Do tej pory nie miałam okazji podróżować tak długo, więc już pod koniec pierwszego dnia moje pośladki „wołały” o litość, potem zaczęły mnie pobolewać łydki i kolana z długotrwałej, jednostajnej pozycji. Miałam ze sobą żelową nakładkę na siedzenie i początkowo wydawało mi się to świetnym rozwiązaniem. Jednak po dwóch dniach w upale wkładka zaczęła mnie odparzać przez motocyklowe spodnie. Zrezygnowałam z niej i o dziwo, już chyba mój organizm się przystosował do jazdy. Gdy ból zaczynał doskwierać to robiliśmy przerwy, choćby na kilka minut, ale z czasem robiliśmy je coraz rzadziej. Zdecydowanie pomagało mi przesuwanie pośladków do tyłu, na najszerszą część sercowatego kształtu kanapy Yamahy, gdzie wygoda była największa.

Pod Zadarem złapał nas jeszcze objazd – bardzo kręty i wąski, niezłe akrobacje, ale za to z cudnymi górami w tle. Zatrzymałam się na chwilę by zrobić zdjęcia, a potem goniąc Emila skręciłam w złą drogę! On przeczuwał, że mi to grozi, więc drogi nade mną strzelił takie „łutututu” swoim ścigiem, że od razu się zorientowałam, że miałam pojechać górą i zawróciłam. W dotychczasowej podróży były też znajome akcenty: widzieliśmy trabanta, a dziadek w Tico wymusił na Emilu pierwszeństwo 🙂 . A policja po tajniacku jeździ niebieskim VW Polo.

Mój metalowy bark był bardzo dzielny, jednak trzeci, pełny dzień za kierownicą dał mu już popalić. Miałam problem z utrzymaniem kubka wieczorem, ale na szczęście na kolejny dzień tych kilometrów było w planie nieco mniej, więc zrezygnowałam z użycia tabletek czy maści (miałam pełen zapas). Regeneracja nocna bardzo mi pomagała.

Dojechaliśmy na kolejne pole namiotowe Ninska Laguna w Nin, który nie był wysokich lotów. Woda na monety i do tego nieregularnie to działało, łazienki od dawna nie remontowane, jedynie widok z pola był całkiem niezły i było tam molo, które o tej porze nie dotykało akurat wody. Ale trzeba zaznaczyć, ze tam po raz pierwszy w życiu zrobiłam sobie fotkę pod palmą, a raczej jej miniaturką haha, na szczęście później upolowałam kolejne!

c.d.n.