Zamkowo-pałacowa niedziela

W powietrzu czuć już mroźne nuty, ale ostatnia niedziela nieco przełamała je odrobiną słońca. Ok. 7 stopni zachęciło mnie do jakiejś, małej przejażdżki. A, że zimno to wymyśliłam po prostu spotkanie motocyklistów przy kawie czy herbacie w jakimś zamku pod Wrocławiem. Jeden mijałam czasem, ale okazało się, że zamknięty jest do odwołania – to padło na Zamek na wodzie w Wojnowicach. To malutki zameczek, który faktycznie stoi w małym jeziorku. Wewnątrz klimat został zachowany i przyjemna jest tam restauracja.

Umówiliśmy się na 13.00, więc wyjechałam trochę wcześniej zająć stolik. Początkowo zgłosił się jeden kolega, ale potem kolejni motocykliści/tki, aż uzbierało się 10 osób. Miła obsługa lokalu pozwoliła mi połączyć 2 stoły i już się wszyscy pomieściliśmy. Fajnie tak sobie pogadać, podsumować sezon i pośmiać się z ludźmi o tej samej pasji.

Później, już w nieco mniejszym składzie, postanowiliśmy odwiedzić cudnie odrestaurowany Pałac w Brzezinie. Trochę mieliśmy obawy, jak tak ekskluzywna restauracja przyjmie grupę motocyklistów, ale okazało się, że nie było żadnego z tym problemu. Również połączono dla nas stoliki i bardzo miło obsłużono. Menu było prawdziwie królewskie, ale zostaliśmy tylko na gorącą czekoladę i pogaduchy. Planowaliśmy jeszcze jakiś wspólny obiad, ale późna godzina rozbiła grupę i każdy pojechał już w stronę własnego domu. Zmierzch następuje teraz szybko, a razem z nim temperatury drastycznie spadają.

Żeby nie było, że za mało kilometrów, to kolega nieco pomylił trasę i wycieczkę też mieliśmy 🙂 . Fajnie spędzona niedziela – dziękuję!

Alpine Coaster w Szklarskiej Porębie

Jest już dużo zimniej, ale nie rezygnuje z motocykla. Odkąd mam 3-częściowy zestaw odzieży Macna na sobie, a pod nią termiczną bieliznę z wełną merino, to nawet 3 stopnie w Kotlinie Kłodzkiej w ostatnim dniu października – mnie nie złamały. Choć fakt, że dojechałam do domu z lekko przemarzniętymi czubkami palców rąk, mimo zimowych rękawic z membraną. Podejrzewam, że tu się mści trzymanie palców na metalowych klamkach hamulca i sprzęgła.

Droga powrotna była już przyjemniejsza bo stopni było ok. 9, tyle że już pod Środą Śl. złapał mnie lekki deszcz. Ubrania w deszczu też dają radę, tylko widoczność znacznie gorsza. Od pary, która w tych warunkach jest wszechobecna – ratowała mnie chińska wklejka zastępująca pinlock (nie ma go do mojego modelu kasku). Zapłaciłam za nią 40 zł i całkiem spoko sobie radzi, dzięki czemu w zimne dni nie muszę już otwierać kasku z powodu zaparowanej szyby.

Weekend zapowiadał się nieźle pogodowo, tylko zauważyłam, że nie działa mi prawy, tylny kierunkowskaz. Mam tam akcesoryjne kierunki ledowe, więc już załamałam ręce, że znowu będą wydatki. Na szczęście wrócił Emil i posprawdzał wszystkie przewody. Okazało się, że pod kanapą rozpadło się połączenie i mi to naprawił. Mogliśmy jechać na wycieczkę!

Każde z miejsc, które chciałabym jeszcze odwiedzić jest oddalone ok. 200 km od miejsca startu, a to jest trudne do realizacji przy tak krótkim dniu i lodowatych wieczorach. Wymyśliłam więc jakiś mniejszy cel – Alpine Coaster w Szklarskiej Porębie. Nie miałam okazji taką zjeżdżalnią grawitacyjną nigdy polatać, to postanowiłam sobie zafundować nieco dziecięcej radości.

Wyjechaliśmy z Emilem przed 10 rano, ale jazda tego dnia szła mi wyjątkowo topornie. Normalnie czułam się, jakbym dopiero wsiadła na motocykl po zimowej przerwie. Jak tankowaliśmy, to powiedziałam Emilowi, żeby sobie jechał przodem, bo ja się dzisiaj słabo na motocyklu czuje i nie chcę go blokować w zakrętach. A Emil odpowiedział, że właśnie widzi co wyprawiam i woli jechać z tyłu, żeby mnie zabezpieczać 🙂 . Uśmiałam się! Na szczęście po tej przerwie na stacji jazda już mi szła dużo lepiej, a jak były fajne partie zakrętów, to Emil leciał sobie przodem.

Pogoda dopisywała, drogi były czyste i suche, jedynie na jednej partii drogi wiatr boczny wiał tak mocno, że musiałam kompensować jego siły przeciwskrętem i przesunięciem ciała względem motocykla. A i tak próbował mnie zepchnąć do rowu. Odetchnęłam, jak już pokonaliśmy ten fragment trasy, bo już myślałam, że im bliżej gór tym gorzej i trzeba będzie zawrócić.

Na miejscu chwile szukaliśmy miejsca parkingowego, a potem toalety. W parku rozrywki bardzo sympatycznie przywitał nas pracownik, które też jest motocyklistą i polecił leżakowanie na tarasie. Jednak czasu mieliśmy mało, to skupiliśmy się na saneczkach. Nie mieliśmy co zrobić z kaskami to ubraliśmy je sobie na głowy, a przy okazji mieliśmy z jazdy śmieszne zdjęcia.

Saneczki są wciągane na górę metalową liną, a na dół zjeżdża się już siłą grawitacji. Hamulce działają mega mocno i cicho, co mnie bardzo zdziwiło – chciałabym mieć takie skuteczne hamulce w motocyklu! Hamowałam minimalnie tam gdzie wskazywały znaki, ale nie musiałam krzyczeć z powodu prędkości 🙂 . Najfajniej było w pochylonych zakrętach, bo uczucie prawie jak na motocyklu.

Po zjeździe poszliśmy na hamburgery po przeciwnej stronie drogi i nie wiem czy je polecać, bo obydwoje mieliśmy lekkie rewolucje żołądkowe po powrocie do domu. Trasa powrotna jakoś szybciej mi zleciała i już bez atrakcji wietrznych. Zdążyliśmy tuż przed zmrokiem, także wszystko wyszło zgodnie z planem. Być może to już ostatnia wycieczka w tym sezonie, chcą mam nadzieję, że jednak nie!

Ścieżka w Koronach Drzew

Jesień ciepłem nie rozpieszcza, ale tydzień temu przywiało do nas afrykańskie ponoć powietrze, było słonecznie i powyżej 20 stopni. Weekend przeleciał mi na rodzinnych imprezach, więc wzięłam urlop we wtorek i postanowiłam wykorzystać ten dzień na motocyklową wycieczkę. Zrobiłam w głowie przegląd miejsc, które chciałam w tym roku odwiedzić i padło na Ścieżkę w Koronach Drzew, którą w 2016 roku wybudowano w Jańskich Łaźniach. Trasa na 300 km w obie strony.

Miał jechać ze mną Emil, choć pod garażem nie było to takie pewne, bo jego ZX10 nie chciał znowu odpalić, mimo nowego akumulatora. Podpięty do samochodu na szczęście ożył i wizja jechania na jednym motocyklu oddaliła się w zapomnienie, uffff 😉 .

Miała nas prowadzić nawigacja TomToma 410, która jest taka sprytna, że wytycza trasę wg kryterium jej krętości. Daliśmy drogi średnio kręte i się zaczęło….. Co to ma być za frajda z zakrętów, jak wjeżdżaliśmy na takie prowincje, gdzie asfalt to był 50 lat temu, a teraz został jeden wielki wyryp! Raz nawet go wcale nie było. Spadała nam prędkość, a kilometrów nie ubywało. W połowie drogi zmieniliśmy trasę na najszybszą i już było spoko. Ta funkcja krętości świetnie sprawdzała się w Chorwacji, ale w naszym, kochanym kraju sprawia, że jazda staje się męczarnią.

Najfajniejsze trasy, kręte i znośne (bo nie idealne) były w pobliżu granicy i w Karkonoskim Parku Krajobrazowym. Mijaliśmy piękne przełęcze, gdzie jesienne krajobrazy były powalające, jednak dało się tam tylko zwolnić, bo miejsca na zatrzymanie się nie było, a samowolne – mogłoby być niebezpieczne dla innych kierowców. W Czechach jakość asfaltu znacznie się poprawiła, ale przybyło miejsc zimnych, zacienionych i mokrych, więc trzeba było zachować pewną ostrożność. Tak czy siak, od wyjazdu do Chorwacji brakowało mi zakrętów, więc na tej wycieczce gęba cieszyła mi się wielokrotnie 🙂 .

Dojechaliśmy do parkingu, gdzie były krótkie szlabany. Nigdzie nie napisali, czy motocykle płacą i ile, to przejechaliśmy koło szlabanów i podeszliśmy do kasy. Okazało się, że motocykle płacą normalne stawki samochodowe, ale kasjer, jak się dowiedział, że nie wzięliśmy tych biletów, to powiedział, że nie musimy się wracać, tylko stanąć w wyznaczonym miejscu i mamy parking za darmo. Miło z jego strony 🙂 .

Pierwszą konstrukcję tego typu już odwiedziłam, była to Ścieżka w Chmurach (Zieleniec i Sky Walk), która robiła wielkie wrażenie. Była duża i na szczycie góry, co otwierało przepiękną panoramę z każdej strony. Ścieżka w Koronach Drzew nie jest już tak duża, nie jest na szczycie góry, dlatego polecam oglądać te trasy w odwrotnej kolejności – od mniejszej na większą. Bo u nas powstał pewien niedosyt, że niby fajna ta konstrukcja, ale mniejsza, a fajny widok jedynie z jednej strony. Przez mniejszą średnicę i nachylenie deptaków, odnosi się wrażenie, że idzie się dużo, a do celu nadal daleko.

Plus taki, że podjeżdża się pod sam start trasy (na Ścieżce w Chmurach trzeba jechać wyciągiem lub się wdrapywać dłuższy czas) i początkowo deptak ciągnie się po prostu przez las. Całość zbudowana jest z drewna, ze wsparciem elementami metalowymi, a po drodze są liczne atrakcje dla dzieci, takie sprawnościowe tory przeszkód (można je pokonać lub iść zwykłym deptakiem). Gdy dojdzie się do konstrukcji, to na początku wchodzi się do strefy podziemnej, gdzie jest opis procesów zachodzących w glebie i atmosferze (oczywiście po czesku). Potem już można się „wspinać” na szczyt. Wracać można spacerkiem lub turbo zjeżdżalnią, wtedy powrót trwa ok. 7 sekund.

Na koniec poszliśmy do knajpki po drugiej stronie ulicy na smażony ser (jadałam lepszy) i wyjechaliśmy w powrotną trasę. W połowie drogi złapał nas już zmrok, a 30 km od domu, moja operowana ręka odmówiła współpracy i musieliśmy zrobić przerwę na jej ponowne uruchomienie. Jednak im mniej robię długich tras, tym moje ciało odzwyczaja się od takich wyzwań. Muszę to brać pod uwagę, przy kolejnym planowaniu wakacyjnego urlopu.