Międzynarodowy Dzień Motocyklistki

Dzień Motocyklistki, to nie jest takie święto, kiedy wszystkie motocyklistki mają wolne w pracy, a szkoda… Obchodzić je mogłam dopiero po 16, więc razem z Martą włożyłyśmy nasze „świąteczne” wdzianka i wyruszyłyśmy do Wrocławia, gdzie motocyklistki od rana już świętowały. Dziewczyny pojechały na kilkugodzinną, wspólną wycieczkę, a potem bawiły się grillu pod siedzibą Harleya.


fot. Andrzej Turczyn

Przywitałyśmy się z dziewczynami, trochę „pozwiedzałyśmy”, ale jednak jazdy nam brakowało, więc postanowiłyśmy jeszcze nieco polatać. Zaczepiłyśmy o Zamek Topacz obok i całkiem okrężną drogą ruszyłyśmy w stronę domu. Po drodze mijałyśmy „ciekawy” przypadek rzygania przez otwartą szybę w samochodzie podczas jazdy… A była dopiero ok.20 haha.

Chciałam odtworzyć trasę, jaką kiedyś jechałam z mapami google, ale ona miała zupełnie inne zdanie w tym temacie. Najpierw uparcie wysyłała nas na główne trasy, a potem przegięła w drugą stronę, bo wysłała nas na drogę, gdzie asfaltu nie było wcale. Dotarłyśmy do domów ok. godz. 21, a przy okazji wyszła całkiem urocza sesja naszych motocykli z różowymi chmurkami.

p.s. Ostatnie zdjęcie przerobiła Marta.

Majówka

Nie miałam jakiegoś genialnego planu na majówkę, bo ostatnio narzekałam nieco na brak wolnego czasu na tzw. leniuchowanie. Postanowiłam się nie spinać, że coś „muszę” i więcej się obijać, niż czas ten zaplanować. Weekend przemknął mi przeplatany rodzinnymi imprezami i grillami (ok 300 km przy okazji nawinięte z punktu A do B), a we wtorek powstał spontaniczny plan wzięcia udziału w weselnej paradzie.

Napisała do mnie Marta, że w naszym mieście zbiera się ekipa, by zrobić motocyklowe „łutututu” pod kościołem, gdzie ślub bierze motocyklista. Imiona pary młodej poznałam wprawdzie z etykiety ślubnej flaszki (którą każdy otrzymał), ale fajnie, że się załapałam po raz pierwszy na takie wydarzenie. Chwilę przed wyjazdem Marta wymyśliła, że może byśmy się jakoś na tą weselną okazję ustroiły? Poszperałyśmy w szafach i znalazły się kolorowe spódniczki, hawajskie naszyjniki oraz tasiemki.

Spotkaliśmy się na stacji benzynowej, gdzie zjechało się 16 motocykli z okolicy. Było też kilka dziewczyn, ale tylko ja i Marta na własnych motocyklach. Najwięcej było ścigaczy, więc nieco zaczęłam się martwić, jakie będzie tempo tej parady, ale organizator zapewnił, że ogarnie towarzystwo. Faktycznie tempo było spoko, hałasu mnóstwo i ogólnie robiliśmy wrażenie.

Tuż pod miejscowością nagle wszyscy zaczęli hamować, bo o mały włos nie wpadliśmy na policyjny patrol – grzecznie dojechaliśmy więc pod kościół. Musieliśmy chwilę poczekać na zakończenie mszy, potem to już było „łutututu” i palenie gumy 🙂 .Weselna sala była obok, tam odprowadziliśmy młodą parę i każdy otrzymał swój % z wesela.

Szkoda było tak pięknego dnia, by jechać do domu, więc z Martą postanowiłyśmy kontynuować szukanie zamku dla „motocyklowych księżniczek”. Zostałyśmy w kolorowych ozdobach, bo w końcu był 1 maj i trzeba wnieść w życie nieco radości. Wszyscy się uśmiechali na nasz widok (nawet policjanci), dzieciaki się cieszyły i ludzie machali. W sumie to stwierdziłyśmy, że musimy robić takie przebieranki częściej, bo ocieplamy tym samym motocyklowy wizerunek.

Tylko te zamki nieco słabe były, tzn pierwszy był fajowy, ale otwarty tylko w czasie wynajęcia na imprezy. A drugi, jak to Marta stwierdziła: „jakiś jaki ubogi” 🙂 . W tym przypadku muszę przyznać, że nie liczył się cel, ale droga – bo te były świetne. Czasem wąskie i odludne, czasem gładkie i kręte, a i pogoda nam dopisywała.

p.s. Nakleiłam już nowe paski na felgi Barracudy, które dostałam w prezencie od moto-style.pl. Świetnie się trzymają i dobrze wyglądają:

Rajdowa niedziela

Z sentymentu do mojej dawnej pasji, która mnie pochłaniała totalnie – wybrałam się na Rajd Świdnicki. Tak tylko symbolicznie, na jeden najbliższy odcinek, pod Świdnicą. Namówiłam Justynę, żeby ze mną pojechała, bo mieszka bardzo blisko trasy rajdu.

Dojechałam do Świdnicy, a potem już razem ruszyłyśmy w stronę odcinka. Po drodze nieco się pokręciłyśmy, ale udało się namierzyć start. Zaparkowałyśmy tuż obok… patrolu policyjnego. Ja tam mam zawsze o policjantach dobre zdanie, bo każde z nimi spotkanie miałam sympatyczne. Tak było i tym razem, pan sam nas zagadał, a rozmowa tak się rozkręciła, że musiałam przypomnieć, że zaraz startują 🙂 .

Musiałyśmy kawałek podejść, minąć linię startu i wejść do lasu, gdzie była partia zakrętów. Oczywiście pierwsze załogi w stawce robią piorunujące wrażenie, potem już więcej gadałyśmy, niż oglądałyśmy. Na koniec miał jechać rajd historyczny – to zeszłyśmy na start bliżej się przyjrzeć tym perełkom.

Potem dopadł nas głód i Justyna zaprosiła mnie do siebie na placki ziemniaczane własnej roboty. Było pysznie i nadrobiłyśmy wszystkie zaległości w rozmowach po zimowej pauzie motocyklowej. Usłyszałyśmy przez okno rajdówki i się okazało, że zjeżdżają się na metę w rynku – to tam też na chwilę poszłyśmy. Ładny ten ryneczek, a i ludzi na mecie było sporo.

Droga do domu fajnie zleciała, pogoda dopisała, więc niedzielę uważam za bardzo udaną!
A dzień wcześniej ściągałam swoje stare paski z felgi, zmyłam klej i odtłuściłam, żeby przykleić nowe, takie odblaskowe. Jednak po niedzielnym wyjeździe okazało się, że nie zbyt dobrej jakości, bo mi w czasie jazdy…. poodpadały!

Byłam też na przeglądzie, co uwiecznił na zdjęciu (po kryjomu) jeden z pracowników 🙂 Tuż przed nim mało nie dostałam zawału, bo sprawdzam światła i… kierunkowskaz ledowy z tyłu nie działał! Już tak kiedyś miałam i wystarczyło styki docisnąć. Ściągnęłam kanapę i dupa! Nie działa i już. Ostatni dzień przeglądu, śpieszę się do pracy na popołudnie, a tu taka niespodzianka! Na szczęście pan od przeglądów już na starcie powiedział, że też jest motocyklistą, więc była szansa na opanowanie sytuacji. Sam próbował mi usterkę usunąć, a gdy się nie udało to sprawdził wszystko inne, podbił mi przegląd, ale z adnotacją, że kierunkowskaz nie działał, ufffff. Przy okazji miło sobie z Marcinem o motocyklach i podróżowaniu porozmawiałam.