Alpy 2019: Zamek Neuschwanstein i Hohenschwangau

Chwilę mnie nie było, bo miałam urlop. W 2/3 spędziłam go na motocyklu, a po urlopie tak się wszystko ułożyło, że motocykl zmieniłam. Ale po kolei…

Na urlopową wycieczkę wybraliśmy kierunek alpejski. Na początek chciałam spełnić swoje marzenie i zwiedzić „Zamek Łabędzi”, którego zdjęcia od lat mnie zachwycają. Nie szykowałam się jakoś specjalnie, pakowanie zaczęłam w sobotę. Oczywiście otrzymałam na blogu dużo porad dotyczących wyjazdu, trasy, pakowania – część z nich wykorzystałam, a z części się pośmiałam. Bo porady, że mam wziąć kartę płatniczą zamiast namiotu, garnków, czy jedzenia uznałam za zabawne. Skoro je zabieram, to znaczy, że ich potrzebuję i nie mam złotej karty w banku, a jedziemy do krajów, gdzie wszystko kosztuje x4 w stosunku do polskich zarobków.

Mieliśmy to szczęście, że siostra Emila mieszka pod Monachium i mogliśmy tam kilka nocy spędzić. Do celu jechaliśmy 2 dni z przerwą przy granicy czesko-niemieckiej. We wtorek rano uderzyliśmy w kierunku słynnych zamków Neuschwanstein i Hohenschwangau, na które bilety dobrze jest rezerwować online (minimum 2 dni przed datą przybycia).

Wszystko przez wycieczki i dzikie, kilkugodzinne kolejki do kas w sezonie. Do biletów z rezerwacji kolejka zwykle jest krótsza, a odebrać je trzeba 1,5 h przed czasem zwiedzania, ponieważ potem wpadają w pulę biletów do tej drugiej kolejki. My byliśmy tam we wtorek na koniec wakacji, dlatego kolejka była jedynie na 10 minut stania. Pozostały czas przed zwiedzaniem zamków przeznaczyliśmy na tutejsze muzeum. Wstęp do tych 3 miejsc to koszt 36,50 euro/os. Motocykle zostawiliśmy na płatnym parkingu (3 euro/moto), gdzie pan pozwolił nam też zostawić kaski i kurtki.

Muzeum to głównie historia kolejnych pokoleń władców Bawarii, aż do czasów wojennych. Przy wejściu otrzymuje się słuchawkę z wybranym językiem, a przy każdym eksponacie/portrecie na ścieżce zwiedzania są numery, które po wciśnięciu umożliwiały odsłuchanie opisu do nich. Gdyby ktoś chciał odsłuchać wszystko, to obawiam się, że dwie godziny pobytu tam to za mało. Największe wrażenie zrobiły na mnie przedmioty z zamku, prezenty, jakie władcy otrzymywali i ich szaty. To była tylko zapowiedź tego, jakie wspaniałości są w tych zamkach. Poznałam też z grubsza historię całej rodziny oraz losy Ludwika II, który wymarzył sobie i zbudował „Zamek Łabędzi”.

Jako pierwszy zwiedzaliśmy zamek letni królewskiej rodziny, odnowiony Hohenschwangau. Przy wejściu są bramki i duży wyświetlacz z godzinami wejść, co bardzo ułatwia ogarnięcie takiej masy turystów. Wewnątrz także otrzymuje się słuchawkę w wybranym języku, ale zwiedza się już z przewodnikiem, który ma wszystko ma oko i uruchamia kolejne opisy w słuchawkach turystów, gdy jest na to pora. Przechodziliśmy przez kolejne sale, poziom pokoi królowej i króla. Wszystko cudownie zdobione, niepowtarzalne rękodzieła – bogate i prawdziwie królewskie salony. Niestety wewnątrz nie można robić zdjęć, także musicie mi wierzyć na słowo. Tutaj mieszkał Ludwig II podczas budowy Neuschwanstein i z okien przez lunetę obserwował postępy prac.

O ile pierwszy zamek był przy miasteczku, tak drugi jest na sporej górze. Można tam dojść pieszo – ok. 20-30 minut wspinania lub pojechać tam autobusem. Oczywiście w ubraniach motocyklowych i przy panującym upale wybraliśmy opcję łatwiejszą za 3 euro w obie strony. Autobus zawiózł nas w okolice słynnego mostu Marienbrücke, z którego rozpościera się górska panorama z zamkiem w samym centrum. Choć ja osobiście wolę zdjęcia, które robione są od frontu zamku ze szczytami w tle.

Tak, to co widzicie na zdjęciu poniżej to kolejka na most. Na szczęście szła szybko, bo w sumie ile można stać nad przepaścią, na drgającym moście, robiąc jedno ujęcie hahah.

Do zamku trzeba było zejść nieco niżej, a tam był podobny system bramki wejściowej i słuchawki z wybranym językiem. Zwiedzanie drugiego zamku też trwało ok. 30 minut. To krótko – zdecydowanie za mało czasu, by obejrzeć te wszystkie wspaniałości. No ale jedna wycieczka depcze po piętach kolejnej, więc to zrozumiałe. W tym całym chaosie, raz po raz, wyłaniały jakieś gwiazdeczki instagrama, by wypiąć tyłek na tle tak pięknej budowli. Ot, taki znak naszych czasów.

Spodziewałam się królewskiego poziomu wewnątrz zamku, ale to co zobaczyłam, faktycznie było wizją szalonego króla, jak nazywano Ludwika II. Zakochany w średniowieczu władca mieszał ze sobą różne style i nie oszczędzał na niczym. Sala tronowa cała w złocie, cudne malowidła na każdej ścianie, bogactwo w każdym, najmniejszym detalu mebli. Moim marzeniem było zobaczyć królewski zamek z wyposażeniem. Piorunujące wrażenie. Chyba to, że nie można robić zdjęć, a zwiedzanie trwa krótko, sprawia, że chce się tam wrócić. Zobaczyć jeszcze raz…

Testy, testy, testy…

Dzięki współpracy z Yamahą, Modeką i Inter Motors podczas swojego wyjazdu do Chorwacji mogłam testować motocykl MT-07, odzież i tekstylne sakwy. Miałam to szczęście, że produkty, które otrzymałam w pełni spełniły moje oczekiwania, a opisuję je w poszczególnych artykułach na motocaina.pl :

– Yamaha MT-07 w podróży

– Jasny komplet odzieży damskiej Modela Belastar Lady

– Sakwy tekstylne, boczne Oxford X50 oraz centralny rollbag Oxford RT60 od Inter Motors

– Letnie rękawice Modeka Air Ride

Moto-Chorwacja: dzień 10 i 11, powrót przez Węgry, Słowację do Polski

Rano dość szybko się spakowaliśmy i wystartowaliśmy o 9 w stronę słowackiej granicy, do pokonania było ok. 380 km. Kilometry leciały dość szybko, bo nie było już tak kręto. Początkowo przez kolorowe pola i winnice, następnie droga 82 – fajna też, a jak dojechaliśmy do krajowej 66, to już był tam spory ruch i mnóstwo ciężarówek. Po drodze zatrzymaliśmy się na smaczny, choć mały obiad w ludowej knajpie i w pięknych okolicznościach przyrody (górskie pasma ciągną się przy trasie od Bańskiej Bystrzycy) pokonywaliśmy kolejne kilometry, czasem całkiem kręte.

Zwykle prowadziłam, bo było sporo wyprzedzania. Potem odbiliśmy w bok w stronę Mikułasza, gdzie zamówiliśmy nocleg w Privat Abeta (Pavlova Ves), ponieważ wszystkie znaki na ziemi i niebie znowu zapowiadały burze i znaczny spadek temperatury. Tak też zresztą było… a my w fajnym domku z własną kuchnią i łazienką oraz cudownymi pierzynami.

Rano czekał na nas ostatni dzień wycieczki (ok. 400 km), słowacka kręta droga numer 584 z widokiem na niskie Tatry. Ruszyliśmy, minęliśmy Tatralandię i zamarzłam – okazało się, że ubrałam się zdecydowanie za lekko, jak na górskie warunki o poranku. Zatrzymałam się i ubrałam cieplej. Droga była cudna, równa i kręta, jednak musieliśmy na niej uważać, bo ulewa naniosła sporo piasku w zakrętach. Po drodze mijały nas wozy porządkowe, które spłukiwały i zamiatały asfalt w obie strony (szok!). Stawaliśmy czasem na fotki, mijaliśmy fajną zaporę, ale drugie śniadanie postanowiliśmy już zjeść po stronie polskiej.

Do ojczystego kraju wjechaliśmy przez Beskidy. Ależ tam były cudne widoki! Choć asfalt momentami tragiczny, potem wskoczyliśmy na równą, krętą drogę 941. I to by było na koniec z atrakcjami i widokami.


Przebiliśmy się w bólach przez Górny Śląsk, obiadek i trasa 45 w stronę Opola, potem 94 do Wrocławia. Plus z tego taki, że kilometry w miarę szybko nakręcaliśmy, ale jazdę po Polsce uważam za najbardziej męczącą i stresującą z całej wycieczki. Znów trzeba mieć czujność na każdego kierowcę obok i ciągle wyprzedzać jakieś „zawalidrogi”. Wróciliśmy do kraju, domu i rzeczywistości, w której żyć jakoś teraz trzeba 🙂 . Za to bogatsi w doświadczenia, mający w głowie jeszcze te cudne widoki i kolejne spełnione marzenie w kieszeni…

Myślę, że czerwiec i wrzesień to najlepsza pora na motocyklowe objeżdżanie Chorwacji. Temperatury ok. 30 stopni są do wytrzymania, ceny są ciut niższe, niż w sezonie. A przede wszystkim nie ma wtedy już tłumów turystów na plażach, w atrakcyjnych punktach i na drogach, dzięki czemu można swobodnie cieszyć się jazdą po krętych drogach i cudnymi widokami! Z całego serca polecam ten kierunek i z pewnością tam jeszcze wrócę!