Poszedł String do doktora…

Pomyślałam, że przydałby się Stringowi jakiś konkretny przegląd u mechanika przed zimą. Umówiłam się z Krystianem na poranną wizytę, ale jak zobaczyłam ten szron wszędzie – to lekko zwątpiłam… Nie chodzi o to, że się jechać nie da, ale o to, że moje oczy konkretnie by łzawiły całą drogę, co mają w zwyczaju, jak jadę w temperaturze od 7 stopni w dół. O katarze nie wspomnę…

Na szczęście moto-doktor był przewidujący i postanowił, że oszczędzi mi tortur, i po motocykl przyjedzie ;-). String wstydu nie narobił i mimo, że zmarznięty to odpalił bez problemu. Pierwsze, co doktor zauważył to krzywa kierownica – wątpię, że to ja taka zdolna jestem, wszystkie gleby miałam w grząskim terenie i przy małej prędkości… Łańcuch jest do wykąpania i naciągnięcia. Zajrzy też do zaworów i ogólnie go wyczyści do zimowania.

Na wiosnę będzie piękny! Po głębszej analizie finansów (a raczej kredytu) i rynku – to raczej nie uda mi się zmienić motocykla na większy. Zadbam więc o Stringa, żeby mi jeszcze posłużył.

Jak się nie ma, co się lubi – to się lubi, co się ma! 😉

A cóż to takiego?

String budzi zainteresowanie, nie tyle w mieście, co w małych miejscowościach. Zdecydowanie wśród… dzieciaków, które z opadniętą szczęką potrafią obserwować mój każdy ruch, pod jakimś sklepem.

Na wsiach motocykle zanikają, zwykle ze względu na wysokie ich ceny w stosunku do samochodów. A kiedyś WSK i MZ – były przecież na każdym kroku.

Ale i znawcy tematu mnie zaczepiają, bo nie wiedzą, co to za model ;-). Nigdzie nie mam oznakowania Derbi, a Yamaha jest na silniku i plastikach (poprzedni właściciel miał fantazję). Tyle, że modelu Yamaha Senda nigdy nie było… Dźwięk też się podoba i obstawiają, że moto ma 30 KM. Chyba pomarańczowy KTM-owy kolor Stringa tak dodaje mu powera, albo blond włosy jego właścicielki? 😉

Podsumowując…

Wyjeździłam 1250 km na Stringu, dużo to czy mało? Sama nie wiem, mi tam ciągle mało ;-). Czasem ciężko mi opracować jakąś fajną konfigurację trasy, ale zauważyłam, że jak już wystartuję – to trasa znajdzie się sama!

Zwiedzam różne, boczne drogi i dróżki, a jednego po wyprawie na Czarną Górę nauczyłam się na pewno – duże błoto nie jest dla Stringa. Trzeba podkulić ogon i zawrócić, choć nie lubię się poddawać… Ale lepiej objeździć więcej tras, niż utknąć na tej jednej, błotnistej.

Mamy idealną, złotą i motocyklową jesień. Barwne krajobrazy zapierają dech i czasem odpuszczam gaz, żeby je trochę pochłonąć, i zapamiętać – bo niedługo będzie tylko szarość i białość ;-).

Na asfaltach zadziwia mnie to, że nie czuję kiedy skręcam ;-). Mam wrażenie, że łagodne zakręty pokonuje, skręcając głowę w kierunku zakrętu. Patrzę tam i jadę tam! wow 😉 Jazda w terenie to znowu, całkowicie pochłania mój umysł, nie ma czasu na myślenie o pierdołach, jak tu trzeba reagować! Tu kamienie, tu piasek, a tam kałuża – czujnym trzeba być ;-).

Czy żałuję, że mam słaby motocykl? Jeszcze nie, ale pewnie nadejdzie taki moment, kiedy prędkość – w której czuję się bezpiecznie, pokryje się z maksymalnymi możliwościami mojego motocykla.

Nie żałuję, że mam supermoto na początku swojej przygody z motocyklem. Pozwala mi to na rozwijanie umiejętności i na asfalcie, i w terenie. Poza tym waga Stringa nie stwarza mi żadnego problemu przy przepychaniu go, parkowaniu, czy podnoszeniu z gleby. Nie jest sztuką mieć duży motocykl i się go obawiać, sztuką jest wykorzystać dobrze ten sprzęt, który się posiada.