Pojechałam dziś odebrać Stringa z Karmelkowej, bo chłopaki od Moto Gymkhany montowali mi w nim gmole. Kasa to niewielka w porównaniu do cen jednego nawet plastiku do Sendy. Całkiem fajnie to wyszło, Paweł ładnie wszystko wkomponował:



Nie przewidziałam tylko tego, że zmieni się dźwięk – chyba powietrze inaczej przepływa, jest głośniej i mam wrażenie, że zaraz mi coś odpadnie ;-).
Był totalny upał i duchota, zero tlenu! Postanowiłam, więc do domu jechać dopiero jutro rano, musiałam tylko dziś wrócić do garażu. Ogólnie źle mi się jechało, w ciuchach i stojąc na światłach można było się roztopić! Jechałam już do świateł, coś mnie na chwilę rozproszyło, aż tu zauważyłam, że jadę wprost w tył stojącego samochodu (tył granatowego Forda Fiesty będzie mi się teraz śnił po nocach!). Okazało się, że przed nim stoi na przystanku autobus, ale nie było tam zatoczki – stali więc wprost na pasie.
No i od tamtej pory to nie wiem co robiłam… Na pewno hamowałam odruchowo przodem, a na trochę zapomniałam o tylnym. Po chwili już wiedziałam, że to nie wyda i nie stanę na czas. Skręciłam na ten przystanek (chyba puściłam na moment hamulec), na szczęście ludzie już byli załadowani w autobus i zatrzymałam się wreszcie! Krawężnik był wysoki i ja już byłam przygotowana, że oto właśnie strzelę zaraz swoją pierwszą asfaltową glebę, połączoną z testem nowych gmoli!
Byłam w lekkim szoku jeszcze chwilę, potem powoli włączyłam się do ruchu i pojechałam dalej. Taka sytuacja dała mi dużo do myślenia – o czujności w mieście, o awaryjnym hamowaniu i poprawieniu umiejętności, i wreszcie o dostosowaniu prędkości do takich awaryjnych sytuacji. Tym razem coś nade mną czuwało i wszystko dobrze się skończyło…