Moje „Strategie uliczne”

W tym moim małym stażu za kierownicą motocykla (3,500 tys km), spotkałam się z dwoma sytuacjami, które zapadły mi w pamięć – bo źle się mogły skończyć… Obydwie wynikały z „fantazji” innych kierowców i tylko dzięki refleksowi udało się uniknąć wypadku.  Takich sytuacji w książce „Strategie uliczne” nie znajdziecie ;-), a niestety mi się przydarzyły.

 

Obok poglądowy rysunek tych sytuacji, wybaczcie brak talentu rysunkowego (mam tyle innych „talentów”, że na ten już zabrakło ;-)).

 

Sytuacja 1: Pokonuję zakręt (linią wprost z podręcznika „Motocyklista doskonały”), a na nim oczywiście podwójna ciągła. Widziałam samochód za sobą, ale nie przyszłoby mi do głowy, że wyprzedzać mnie będzie na zakręcie. Łaskawie zatrąbił, bo nasze drogi mogły się spotkać…

Sytuacja 2: Wyjeżdżam z małej uliczki, droga czysta. W momencie wyjazdu zza zakrętu wynurza się samochód cudnie ścinający zakręt i zamiast po swoim (przeciwnym) pasie, jedzie wprost na mnie. Motogymkhana mi się przydała.

Dlaczego 125?

Po raz kolejny usłyszałam pytanie, czy pojemność 125 nie jest już dla mnie za mała? Przykro mi, ale nie podpiszę się pod zdaniem, że nie warto kupować 125-tki, bo ona się szybko znudzi (słyszałam to wielokrotnie przed i po zakupie). Wszystko zależy od tego, czego się od swojego motocykla oczekuje i co daje danej osobie frajdę z jazdy. Mi daje sama jazda po prostu i prędkość nie ma tu znaczenia (fakt, że jeżdżę coraz szybciej, ale jeszcze nie szybko).

Plusy 125-tki:

– zwrotność i lekkość, podnoszenie jej i „wytargiwanie” z trudnych miejsc nie jest problemem

– bardzo małe spalanie (2,5 litra)

– jakoś tam przyśpiesza i wyprzedzić też coś można

– jest łatwa do ogarnięcia, mocą nie zaskoczy i z kanapy nie zrzuca

Minusy:

– znów ta lekkość, odczuwalna na wybojach i przy wietrze

– nie zapierdala

– akurat moje moto nie oferuje też komfortu w długiej trasie

Podsumowując – nadal jest OK ;-)! Jeżeli wszystko jest sprawne to patrzę na swój motocykl z uśmiechem ;-).

Masaż karku konieczny ;-)

Jechałam dziś trasę 90 km, pogoda fajowa (tak mi się przynajmniej wydawało), bo nie upalna. Wyjechałam za Wrocław i jeszcze było znośnie, ale z kilometra na kilometr nasilał się wiatr, tak z prawej na lewo.

Huczało w kasku strasznie, ale gorsza była jazda. Cały czas ściągało mnie na środek drogi i żeby to tak przewidywalnie chociaż przebiegało… A tu raz mam nacisk wiatru i nagle puszcza! Wchodzenie w zakręty było wielką niewiadomą, bo nie wiedziałam czy w danym momencie – to mi ten wiatr pomoże, czy wprost przeciwnie.

Myślałam, że trzeba jechać wolniej? Oj nie – wtedy to dopiero String wykazywał talent baletnicy. Jechałam, więc normalnym tempem, cały czas kontrolując tor jazdy. Jedyny plus był taki, że przejeżdżające ciężarówki nie były ani trochę odczuwalne. W pewnym momencie „straciłam” lekko słuch – jak przy zmianie ciśnienia, pewnie od tego hałasu.

Ale najgorszy jest ból szyi! Momentami miałam wrażenie, że jakaś niewidzialna siła chce mi zdjąć kask, a innym razem, że głową popycham wielki ciężar. Szyja miała co robić, oj miała! Może takie profilaktyczne ćwiczenia ochronią mnie przed powstaniem „drugiej brody” na starość? 😀