Spotkanie z Anią Jackowską

img_8806castrolPoszłam na spotkanie z Anią Jackowską raczej neutralnie nastawiona i nie oczekiwałam niczego szczególnego. Dlaczego? Koleżanka pożyczyła mi kiedyś książkę Ani o podróży przez kraje bałkańskie, a ja długo, a nawet bardzo długo nie mogłam jej zwrócić. Nie dlatego, że nie mogłam się z nią rozstać, ale dlatego, że robiłam do niej kilka „podejść”, aż się w końcu poddałam i ją oddałam, przeczytaną jedynie do połowy. Nie mam problemów z czytaniem, robię to często i nawet 600 stron ciekawej książki potrafię przeczytać (prawie) jednym tchem. Nie jestem w stanie podać przyczyny, ale z tą lekturą się nie polubiliśmy, choć poprawnie była napisana i miała sporo zdjęć. Mając w pamięci tą moją walkę z przekazem pisanym, neutralne nastawienie jest w pełni uzasadnione 🙂 . Jednak po głowie kołatała mi myśl, że może Ania lepiej opowiada, niż pisze – więc dałam jej szansę. Mając na uwadze także fakt, że jej podróże są nie lada wyczynem!

Spotkanie odbywało się w kawiarni Literatka na wrocławskim rynku i niestety w sali, gdzie unosiły się kłęby dymu papierosowego. Miejsce wygląda klimatycznie, ale oddychać to się tam nie da! (na szczęście, podczas spotkania poproszono o wstrzymanie się od palenia). Przyszło kilka wrocławskich motocyklistek i po dwóch zmianach stolika, znalazłyśmy sobie satysfakcjonujące miejsce, a ja – to nawet „tron” i to czerwony! 🙂

Z Anią spotkałam się zupełnie przypadkiem przed barem (gdzie akurat zamawiałam herbatę), gdy wpadła do środka i nie wiedziała, co dalej 🙂 . Wskazałam jej drogę, a ona sympatycznie się przedstawiła i podziękowała, więc moja neutralność nieco odpuściła… Raczej mam intuicję do ludzi spotykanych pierwszy raz i tym razem „ocena” wypadła bardzo pozytywnie.

Opowieść Ani miała dotyczyć wzajemnego przenikania się odmiennych kultur i obejmowała obszar wszystkich, dotychczasowych jej podróży. Bo podczas podróżowania po egzotycznych dla Europejczyka krajach, zderzają się ze sobą i przenikają dwa światy: ten podróżnika (do którego jest przyzwyczajony) i ten nowy, dookoła. Między nimi budują się relacje i często wymiana: dóbr materialnych, uśmiechu i taka, na poziomie duchowym.

Co mnie w tej historii urzekło? To, że Ania opowiadała o tym wszystkim tak, jak czuła to w tamtym momencie. I nie tylko o sympatycznych spotkaniach, ale i o błędach własnych, dotyczących nastawienia do tego, odmiennego świata. O tym, jak ciężko otworzyć się i zaakceptować inną kulturę, jak ciężko iść „w ciemno”, w nieznane i jak strach czy zmęczenie potrafi zabić przyjemność z podróżowania. I w końcu o tym, jak nasz świat wewnętrzny (i w sumie ten zewnętrzny też) zmienia się i dostraja do „pozytywnych wibracji”, gdy tylko otworzymy się na to, co niesie życie. Zaakceptujemy to bezwarunkowo. Widząc plusy i to co już mamy, zamiast minusy i to co nas przerasta – zajedziemy zdecydowanie dalej! Już sama nie wiem, czy mówiła to dosłownie, ale takie myśli jeszcze długo po prezentacji nie dały mi spokoju.

Na pewno podkreślała, że właśnie na tym polega wyższość samotnego podróżowania, nad tym w towarzystwie. Samotna podróż jest prawie mistycznym przeżyciem, pozwala poznać i zrozumieć swoje własne funkcjonowanie w świecie. Podróżowanie to takie połączenie ciekawości i otwartości dziecka z procesem własnego dorastania – stawania się świadomym człowiekiem. Świadomym swoich myśli i motywów działania. Taka lekcja z człowieczeństwa.

Wyszłam z tego spotkania bardzo zamknięta, zamyślona. Może dla niektórych był to tylko pokaz slajdów z podróży, ale dla mnie dużo więcej! Biorę często udział w spotkaniach z podróżnikami i wiem jak wygląda świat, ale Ania pokazała mi przy okazji swoją, duchową drogę, biegnącą równolegle z tą, pod kołami motocykla…

Już za chwileczkę, już za momencik…

Planuję rozpoczęcie sezonu! Już ubiegły weekend można było uznać za sprzyjający motocyklistom, ale mój układ oddechowy był innego zdania. Wcześniejsza infekcja nadal dawała się we znaki, więc podróżowałam po świecie jedynie w marzeniach i… tramwajem. Tu zabawna historia, bo nawet w tym tramwaju wzrokiem odnaleźli mnie motocykliści, zrównali z tramwajem jazdę i pozdrowili LwG. Sympatycznie bardzo! Nawet mnie nie wkurzało, że oni jeżdżą a ja nie, bo w pewnym sensie zarazili mnie swoim szczęściem.

_DSC6334Planuję w weekend wyciągnąć Pomidora, zalać nowy akumulator (pierwszy raz mam taki z kwasem oddzielnie) i przejechać się po okolicy. Mam nadzieję, że żadne, nieprzewidziane sytuacje mi tego planu nie popsują!

Dzisiaj byłam u lekarza, co wyznacza zabiegi rehabilitacyjne – a czasem tak mam, że (chyba z przekory) coś tam o motocyklu wspominam, np. jak pytają o przyczynę złamania ręki. Czekam wtedy na reakcje, które w 70% są negatywne, w 20% neutralne, a jedynie w 10% pozytywne. Nie przejmuję się zbytnio zdaniem innych, bo to jest ich punkt widzenia, a ja mam swój. Ale czasem swoim nastawieniem i pozytywną energią udaje mi się wywołać w nich nieco więcej zrozumienia dla cudzej pasji.

Tym razem pani doktor była zainteresowana tematem i wychodząc powiedziałam jej, że bardzo jestem zdziwiona brakiem krytyki z jej strony (w końcu ledwo ruszam ręką, a nadal na motocykl siadam). A ona mi odpowiada, że jej mama żeglowała, tato uwielbiał szybowce, a ona sama była taternikiem, więc rozumie, że pasję w życiu powinno się mieć. Już ją polubiłam! 🙂

Ryzyko jest częścią życia, wypadki zdarzają się nawet ludziom nadmiernie asekurującym się, a samo życie jest „chorobą śmiertelną” – co nie znaczy, że życia trzeba się bać!

p.s. We Wrocławiu w dniach 27 lutego – 1 marca (Hala Ludowa) mamy Festiwal Podróżników – warto odwiedzić i posłuchać! Będzie też opowieść motocyklowa: mttwroclaw.pl
Zapraszam!

Polecam Mikołajom!

Mam sentyment do Dominatorów (bo mój Pomidor ma serducho od tego modelu) i na facebookowej grupie poświęconej temu modelowi, zupełnie przypadkiem zobaczyłam relację z podróży Asi i Daniela. Nie była to zwykła podróż, ale taka z wątkiem historycznym, bo 80-lat temu podobną trasę przebyli Halina i Stanisław Bujakowscy. Cała ich historia po latach została opublikowana w pamiętniku Haliny pt. „Mój chłopiec, motor i ja”. Szczerze mówiąc, słyszałam o takiej książce pierwszy raz w życiu, więc tym bardziej ciekawość nie pozwoliła mi przejść obojętnie, wobec takiego tematu!

BujakowscyHistoria zachwyciła mnie od samego początku, szczególnie ze względu na piękny język, barwne porównania i opisy pobudzające wyobraźnię. Z następnymi kartkami wciągałam się coraz bardziej, bo kolejne dni przynosiły bohaterom nowe powody do radości, jak i kłopoty, dosłownie zagrażające ich życiu! Często głodni, często bez paliwa, zostawieni na pastwę losu, czekali na jego uśmiech…

Czasami przegapiałam przystanek tramwajowy, taka byłam zaczytana! Przecież oni objechali „pół świata” motocyklem z bocznym wózkiem o mocy 10 KM! Polecam na prezent gwiazdkowy taką lekturę, a na zachętę – zapraszam do przeczytania mojego wywiadu z Asią na motocaina.pl