Raczej już zimowanie…

Nie odważyłam się jeździć podczas dwóch ostatnich weekendów, bo zimno było bardzo w Kotlinie Kłodzkiej (od gór już tu ciągnie 😉 ), a moja odporność pozostawia wiele do życzenia. Niewiele mi trzeba, by złapać katar i kaszel, a leczenie ciągnie się potem wiekami. Wiem, warto zadbać o odporność, hartować się itp. No OK, ale kto mnie zmusi? hehehhe Uwielbiam ciepły kocyk, grzane piwo z przyprawami, gorącą kąpiel i nie oddam tego bez walki! Biorę witaminkę C i tran – wystarczy 😉 .

Dostałam już prezenty z wygranego konkursu. Plecak Rebelhorna z bukłakiem nie jest mi zbytnio potrzebny, więc wymienię go dzisiaj z innym motocyklistą na tankbag, który z pewnością bardziej mi się przyda. Chemię Motula wykorzystałam do czyszczenia motocykla przed zimowaniem, a dostałam: spray do łańcucha, do mycia motocykla, do mycia kanapy, do usuwania rys, do odkażania kasku wewnątrz i jeszcze oponkę w sprayu. Niezły wypas 😉 Z pewnością się u mnie nie zmarnują, a Pomidor po prostu lśni w swoim, nowym garażu. Właśnie go wczoraj malowałam i dziś już zaatakował mnie wredny, nieproszony, przyduszający, łzawiący…. katar wrrrrrrrr. Ale przynajmniej Pomidor ma odpicowany domek na zimę:

Trekkingowy Pomidor

Długi weekend był dla mnie niczym weekend zwykły, bo pierwsze dwa dni wolnego ogarnęła biała mgła i zimno penetrujące do kości. Swoją aktywność ograniczyłam zatem do komputera i jak pogoda barowa nakazuje – towarzystwa przy flaszeczce. I takie dni są potrzebne dla reanimowania organizmu, bo cały tydzień chodziłam, jakaś zamulona, tłumacząc to sobie zmianą czasu na zimowy (może raczej zapadam w sen zimowy?). W pierwszą noc weekendu przespałam 14 godzin! A już nie ważne, że kolejne nieco zawaliłam hehe

kijkiW poniedziałek wraz z pierwszymi promieniami słońca miałam wizję! Postanowiłam wziąć kijki trekkingowe dla wzmocnienia ręki i pojechać Pomidorem w pobliskie górki. Sprawdziłam, czy w kufrze zmieszczą się: kask, buty i kije. Niestety te ostatnie wymagały specjalnych środków transportowych –> patrz załączony obrazek 😉 . Uskrzydlona tą piękną wizją siebie brykającej po słonecznych szlakach, udałam się w drogę.

I ja zupełnie nie rozumiem, dlaczego rzeczywistość nie nadąża za moją wyobraźnią???

Dojechałam i już pierwszy zgrzyt – słońce może i było, ale z drugiej strony tej góry, na miejscu był wiatr urywający głowę, szaro i buro. Potem drugi – kijki mojej mamy (swoje mam we Wrocławiu) nieużywane od lat, nie chciały się skręcić. Nie poddając się, przebrałam buty, „upolowałam” kija do ćwiczenia ręki i heeeeja. No i ostatni zgrzyt – trasa była masakrycznie śliska, kamienie mokre i wszędzie zgniłe liście, czyli zerowa przyczepność. Po kilometrze stwierdziłam, że póki mam nogi całe, to może już sobie wrócę… Ręka też coś miała focha i jęczała z byle powodu. Połaziłam sobie jeszcze po okolicy, już na dole i mimo wszystko optymizmu nie straciłam hehe. Mijałam fajnych chłopaków na trampkach i tenerkach – muszę się z nimi kiedyś zapoznać, bo oczywiście strzeliłam heloooooł i pojechałam, zamiast to zrobić od razu, i mieć z kim śmigać 😉

Na wtorek był plan zdobycia Ślęży, ale już po zderzeniu wyobraźni z rzeczywistością dzień wczesniej, plan zmienił się na motocyklowe ognisko w Mietkowie. Potem zderzyły się jeszcze raz (prawdziwy karambol!), bo to trasa zbyt długa dla mojej ręki, więc stanęło na Zbiorniku Sudety w Bielawie. Wstępnie zapowiedziała się Maja i dwóch kolegów.

dziewczynyRankiem słońca było mało, pojechałam zatankować, a ręka była w świetnej formie i miałam wrażenie, że jechać mogę na koniec świata! Jak dojechałam do Bielawy, to Maja właśnie zaparkowała, pozwiedzałyśmy okolicę i potem dołączyła do nas Agnieszka. Trzy motocyklistki, odmienne motocykle, ale łączy nas pasja i podobne poczucie humoru. To był super spędzony czas! Motocykliści w większej grupie do nas też jechali, ale zatrzymał ich pochód i krupnik w Świdnicy 😉 . Wyszło nam babskie popołudnie, bardzo udane!

Jeździło mi się fantastycznie, nie mam już problemów z szybkim omijaniem dziur, Pomidor się słucha 😉 . Jedynie czasem ta elastyczność (a raczej jej brak) mnie wnerwia, jak wjeżdżam w zakręt płynnie, a przy wyjeździe już mi robi dum dum dum, że bieg za wysoki. Na szczęście zmienia się go w sekundę.

Odkryłam też swój nowy talent – zatrzymywanie czarnych kotów zanim przebiegną mi drogę. Trzy razy udało mi się powstrzymać je wzrokiem od tego, strasznego czynu 😉 . A pamiętacie tego lisa?? Przyniósł mi jednak szczęście – wygrałam w konkursie Motocykla plecak Rebelhorna i zestaw chemii Motul 😉 .

Oj, te zakręty z górki

Pogoda nas, motocyklistów rozpieszcza. Piękne, jesienne weekendy nadal się zdarzają, mimo, że co chwilę ktoś wyskakuje z dramatyczną przepowiednią zimy stulecia. Ja tam zimy nie lubię, a kolejne kilometry na Pomidorze są mi potrzebne, by zdobyć większą pewność jazdy, ale i wzmocnić rękę, bo to jest dla mnie także rehabilitacja. Po każdej jeździe ręka – jej mięśnie dostają w kość, więc i się wzmacniają.

Zrobiłam ok 500 km na nowej maszynie, czasem strzelam sobie ten limit wytrzymałości ręki (60-70 km) w jeden dzień, a czasami rozkładam na weekend. Akumulator nowy już jest, aczkolwiek stary chyba się przestraszył – bo odpalał normalnie, więc jeszcze dam mu szansę dotrwania do zimy.

W sobotę zrobiłam małą traskę – ależ było pięknie! Kolorowe liście złociły się w słońcu (na szczęście są jeszcze na drzewach a nie robią ślizgawicy na drodze) i było cieplutko (jak na listopad). Powolna jazda sprzyja rozkoszowaniu się widokami! Cieszę się, że mam blendę w kasku, bo słońce jest teraz bardzo nisko i mocno odbija się od asfaltu – czasem nie widać, gdzie jechać…

W niedzielę umówiłam się z Tomkiem z Polanicy, upewniwszy się wcześniej, ze ma takie same preferencje prędkościowe (CBR 250). Moją mamę dopiero oświeciło, że i Tomek, i 3/4 motocyklistów, którzy u mnie byli, znam jedynie z internetu – bardzo była zdziwiona hehe. Ale, biorąc pod uwagę, że nie szukam przyjaciół od pierwszego wejrzenia, a jedynie ludzi z tą samą pasją do wspólnego jeżdżenia – to co może nie wypalić przy umówieniu się w ciemno? No nic! Tomek był bardzo fajnym i rozmownym kompanem.

Ostrzegłam go jedynie, że jak będziemy jechać z górki – to może się spodziewać wszystkiego hehe. No i przekonał się zaraz na starcie, jak trzeba było zjechać z ósemki do miejscowości z górki i 180 stopni. Musiał zwolnić, żeby we mnie nie wjechać, a pan za nim serdecznie go obtrąbił 😉 Zakręty tego typu były moją zmorą już na Stringu, jednak poręczność 125-tki pomagała mi wyjść z twarzą z każdej sytuacji. Przy Pomidorze nie jest mi tak łatwo manewrować…

Przeanalizujmy sytuację – pędzę z górki (pędzę to u mnie jakieś 60-70 km przy lokalnej drodze). Jest prosto, fajnie i gęba się cieszy. No ale… wyłania się ostry zakręt i co robię? odpuszczam gaz, żeby zwolnić, czasem redukuję, żeby hamować silnikiem. Czasem użyję jeszcze hamulca, czasem nie mogę puścić hamulca aaaaaaa! Czasem mam ochotę zatrzymać się, zsiąść i powiedzieć „pierd…. nie jadę!”. Oczywiście nie robię tego, pokonuję zakręt normalnie, a na koniec muszę przyśpieszyć, żeby z niego wyjechać bo tak dohamowałam 😉 I pukam się wtedy w głowę! Po co ta panika? Znów się uśmiecham, bo się udało! I tak do kolejnego zakrętu z górki, gdzie procedura się powtarza. A okazji do tego mam wiele, bo w podgórskich terenach mieszkam.

Ktoś też tak ma? Czy to tylko moja przypadłość?

Ktoś mi kiedyś powiedział, że nie ma znaczenia, czy zakręt jest z górki czy pod górkę – bo pokonuje się go tak samo. Chyba coś mu się pomieszało! Bo pod górkę to ja rumakuję yiiiiiha 😉

Mam taki plan, ale to może za kolejne 500 kilometrów (bo teraz to sama myśl o tym mnie paraliżuje), że pojadę na taką górę koło mnie, gdzie są dwie 180-tki z górki i będę je katować w obydwie strony przez parę godzin. Oczywiście, jak się odważę – to się pochwalę! 🙂

p.s. Pomidor się doczekał swojego kąta, małego garażu!