Wrocławskie Targi Motocyklowe – Podsumowanie

IMG_20150314_133131Zapraszam do przeczytania mojej relacji z Targów Motocyklowych w Hali Ludowej:
na motocaina.pl

„Warto było uczestniczyć w tym wydarzeniu i każdy, komu motocykle są bliskie, z pewnością znalazł tam coś dla siebie. Bo tak, jak my ludzie różnimy się od siebie, tak różne bywają motocykle, ale ich serca i nasze serca potrafią bić tym samym rytmem.”

Wiosna, motocykl – raj!

Już w połowie tygodnia z niecierpliwością przeglądałam prognozy pogody na weekend i wtedy nie były jeszcze kolorowe – pogodę zapowiadali od poniedziałku wrrrrrrr. Na szczęście im bliżej weekendu, tym bliżej była ta upragniona wiosna! W sobotę jeszcze nieco pochmurnie, ale wyciągnęłam Pomidora, żeby mu wymienić akumulator i naprawić chlapacz przy przednim błotniku, bo się urwał.

Zalanie akumulatora kwasem nie było trudne, aczkolwiek respekt do tej czynności miałam wielki… Zostawiłam go potem otwartego na godzinkę, żeby sobie pobuzował i w tym czasie dostałam zawału, jak będąc w łazience słyszę mamę, jak mówi: „ale ciężki ten akumulator”. Dawno tak szybko nie biegłam 🙂 „Uważaj!!!! tam jest kwas otwarty!”. Na szczęście żadnej tragedii nie było, mama podniosła go idealnie w pionie i nic się nie wylało uffff!

Naprawianie chlapacza polegało na skróceniu go o naderwany kawałek, zrobienie nowych otworów i przykręcenie od nowa. Jak na blondynkę przystało, pierwsza próba zakończyła się zbyt małym rozstawem otworów, więc jeden z otworków przekształcić musiałam w jajko 🙂 Ale dałam radę? No jasne! hehe

Żeby nie było kolorowo – nowy akumulator nie dał rady obudzić Pomidora ze snu zimowego i musiałam go podpiąć do prostownika na kilka godzin, więc z jazd w sobotę nic nie wyszło… W niedzielę po kilku próbach, wreszcie usłyszałam ukochany dźwięk! Szybko poleciałam się ubrać w moto ciuchy (już zapomniałam ile to roboty hehe) i pojechałam – szukać piwa czerwona Warka (musiałam kupić w zamian za przysługę, co wcale nie było łatwe, bo w 4-tym sklepie dopiero były). Olej też coś świrował – po pierwszym odpaleniu prawie zniknął z bagnetu, a po pierwszej przejażdżce wszystko wróciło do normy. No i po złożeniu motocykla, została nam jedna śrubka – klasyka haha. Na szczęście osłona tłumika się o nią upomniała telepaniem 🙂 .

Pierwsze koty za płoty! Jak mi szło? Nadzwyczaj dobrze, jakby tej przerwy nie było. Moje lęki raczej tkwiły w głowie np. przy nawracaniu na małej powierzchni z wysokiego krawężnika – poszło zgrabnie, ale co się namartwiłam, czy dam radę?! 🙂 Moja ręka też nie była wdzięczna za takie traktowanie, bo zapomniała już zupełnie, jakie to obciążenie. Bark bolał początkowo na każdej nierówności, przybliżałam się do kierownicy, żeby mieć ręce bardziej zgięte w łokciu i nieco je amortyzować. Potem było trochę lepiej, pierwszy szok minął.

Miał do mnie wpaść Krzysiek na Trampku z Wrocławia, a mój plan obejmował odwiedzenie kolegi – motocyklisty, który akurat był w Złotym Stoku, a potem jakieś jeziorka paczkowskie. Ruszyliśmy po 13 i zrobiliśmy razem ok. 50 km, jakoś przez przypadek, bo nie mogłam trafić w to miejsce, gdzie byliśmy grupą 10-ciu motocyklistów. Ręka wołała o litość! Starałam się jej nie ściągać z kierownicy, bo ponowne podniesienie było trudne. Palce drętwiały przy dłuższej jeździe szorstkim, równym asfaltem. Dałam radę, ale jednocześnie cieszyłam się z powrotu do domu, bo to już była jej granica, na pierwszy raz.

Kuba w Złotym Stoku po raz pierwszy widział mojego Pomidora i fajnie skomentował, że jakiś taki duży (w porównaniu do Stringa), odpucowany i pierwszy raz widzi, żeby z jednego cylindra szły dwa wydechy 🙂 .

p.s. A mam też zapowiedzianą wizytę Magdy, która po przymiarce do mojego Pomidora kupiła sobie takiego samego, tylko niebieskiego. Z pewnością zrobimy sporo fotek! A poniżej kilka z dzisiejszego wypadu:

Weekend z podróżnikami

Nowy obrazPrzyznam się bez bicia – sezon jednak się dla mnie jeszcze nie rozpoczął… Dwa tygodnie temu pogoda była katastrofalna w Kotlinie Kłodzkiej i nawet chodzenie nie było łatwą sprawą, tak wiało! A ubiegły weekend (a nawet długi, bo od piątku) przesiedziałam na Festiwalu Podróżników w ramach Targów Turystycznych w Hali Ludowej. O ile piątkowy program był ciekawy jedynie w połowie, to kolejne dni były warte, spędzonego tam czasu (10-16).

Były prelekcje oblegane, jak Aleksander Doba (ciężko uwierzyć, że taki dziadunio ma taką krzepę! I poczucie humoru fantastyczne!), Krzysztof Wielicki (wysokie góry to nie moja bajka, ale słuchać go można godzinami) i Mela- mała reporterka (to był prawdziwy nalot dzieciaków i niezły chaos hehe). Były także prelekcje młodych ludzi, którzy niezrażeni przeciwnościami życia, autostopem i korzystając z couchsurfingu, ruszają w świat.

Osobiście największe wrażenie zrobił na mnie Łukasz Supergan (Word mi uparcie zmienia na Superman hehe), który pokonuje świat z plecakiem, przy czym ma niesamowitą wrażliwość na ludzi, przyrodę i robi piękne zdjęcia. Jego opowieści wprost hipnotyzują! Jeżeli mielibyście okazję gdzieś go posłuchać, to szczerze polecam. Na drugim miejscu postawiłabym rodzinę bez granic (www.rodzinabezgranic.pl), czyli polsko-niemiecką parę z dwojgiem dzieci, objeżdżającą świat. Urzekli mnie tym, jakimi są rodzicami i pozytywną energią, która z nich tryska.

Na sam koniec był także wątek motocyklowy – Krzysiek Wróblewski opowiadał o przygodach podczas podróży motocyklowej dookoła świata, w którą się udał wraz z Maxem. Niestety nie mogli tam być razem, bo Max największą podróż swojego życia przypłacił… życiem. Wróbel stara się prowadzić swoje opowieści wesoło, by oddać to, co razem przeżyli i jak do świata podchodzili. I w pewnym sensie Max nadal żyje w tych filmach, zdjęciach, opowieściach – możemy go tam poznać. Fantastyczni motocykliści!

Co mi właściwie daje słuchanie podróżników? Pobudza wyobraźnię, pozwala oswoić się ze światem, przełamywać ten strach przed nieznanym. To też ciekawa (bo taka bardziej praktyczna) lekcja geografii. Nawet Antarktyka wydała mi się fascynująca 😉 , a przecież zmarzluch jestem! Fajna jest ta różnorodność fascynacji osobistych podróżników, bo większość z nich ma swoje ulubione kierunki podróży i kraje. Nawet ja zaczęłam rozważać, gdzie bym się chciała znaleźć a gdzie, niekoniecznie… 😉

Wszyscy podkreślali, by nie bać się marzyć i określać sobie cele. Moim, być może stanie się podróżowanie, ale najbardziej to chyba chciałabym mieć taką rodzinkę, jak ta bez granic. Dzisiaj jadąc w tramwaju usłyszałam takie, nowe zaklęcie „Abrakadabra k….” 😉 i nie obawiam się go w tym celu użyć! 😀

p.s. Wieczorem wybieram się jeszcze na motocyklowe opowieści o Himalajach, Oli Trzaskowskiej i Krzysztofa Samborskiego. Opowiem jutro 😉

Update: Ostatnie spotkanie było idealnym zwieńczeniem tych opowieści podróżników – Ola i Krzysztof pokazali piękne krajobrazy, drogi, kulturę i ludzi zamieszkujących himalajskie zbocza. Opowiedzieli, na ile się da i jak wygląda tam podróżowanie motocyklem. Kameralny klimat w piwnicy wegetariańskiej knajpy, kilkanaście osób i świat oczami motocyklistów. Bardzo mi się podobało!